Top

W krótkich urlopach najlepsze jest to, że są. Że na kilkadziesiąt godzin można totalnie odlecieć i wcale nie potrzeba nam do tego parogodzinnej podróży samolotem w odległy zakątek świata. Czasem wystarczy chillout w domu, innym razem wypad do domku za miasto albo do nieco bardziej oddalonego miejsca. Nieważne dokąd, ważne z kim i jak. W moim przypadku wybór towarzysza był oczywisty, celu wycieczki natomiast – zupełnie przypadkowy. Takim sposobem trafiliśmy to Torunia, przeze mnie nazywanego polskim Toronto. I totalnie odlecieliśmy.

toronto1

Wybór lokalizacji okazał się strzałem w dziesiątkę pod paroma względami. Po pierwsze, z Trójmiasta do Torunia bardzo łatwo jest się dostać, więc niewiele czasu z naszego krótkiego urlopu straciliśmy na sam transport – to się ceni. Po drugie, to idealne miasto na weekendowy wypad – człowiek nie zdąży się zorientować, że nie ma tam wiele do oglądania, bo zaraz wyjeżdża;) Ale przede wszystkim Toruń jest naprawdę piękną, miniaturową miejscowością (mówię „miniaturową”, chociaż to kwestia dyskusyjna – w końcu ma jedynie o połowę mniej ludności niż Gdańsk), w której można się oderwać od codziennego życia. A przecież to bardzo istotne, skoro ma się do dyspozycji zaledwie kilka dni wolnego. Chociaż tutejsze Stare Miasto można obejść w niecałą godzinę, to jednocześnie jest tak ładne, że wcale nie razi jego niewielki rozmiar. Dodatkowo pełno tu urokliwych restauracji i kafejek (o tym za chwilę), które idealnie nadają się na przystanki przedłużające nasz niedługi spacer po toruńskiej starówce. Słowem – polecam Toronto, zwłaszcza zapracowanym, którzy wielu możliwości wyjazdu nie mają.

toronto6

Urokliwe zakątki toruńskiego Starego Miasta

W naszym przypadku istotny był jeszcze jeden argument przemawiający za wyborem Torunia – byliśmy w nim niecałe 3 lata temu. To naprawdę sporo ułatwiło: zwykle przybywając w nowe miejsce mam poczucie, że przecież wypada coś pozwiedzać, coś zobaczyć, nawet kosztem niewystarczającego relaksu. Tymczasem wracając do Toronto zaledwie po kilku latach mieliśmy pewność, że wszystko co najważniejsze już widzieliśmy i dzięki temu bez żadnych wyrzutów oddawaliśmy się innym uciechom ciała i ducha – a mieliśmy z czego rozrywki wybierać, ze względu na ofertę hotelu, w którym się zatrzymaliśmy…

Jeśli zaś mowa o hotelu, to muszę przyznać, że nie mogliśmy lepiej trafić. Pierwszy raz będąc jeszcze studentami udaliśmy się w tak niestudenckie miejsce – zwykle lądujemy w przytulnym hostelu, a tym razem w nazwie naszej miejscówki zabrakło tego „s” i miało to ogromne znaczenie dla jakości całej wycieczki (a zawdzięczamy tę przyjemność ofercie na gruperze). Dzięki temu, że pogoda była iście tropikalna, a Hotel Copernicus wyposażony jest w piękny zewnętrzny basen, do wieczora nie wychylaliśmy nosa poza jego teren. Klimat miejsca był niesamowity, co z resztą łatwo zauważyć na zdjęciach. Leżąc do góry brzuchem na hotelowych leżaczkach i podnosząc wzrok ponad książkę czy gazetę, śmialiśmy się wspólnie z Lubym, że nikt z nas nie spodziewał się wyjazdu w tropiki… nad Wisłę. A dokładnie tak się czuliśmy.

Tak wyglądały nasze poranki <3

Tak wyglądały nasze poranki <3

Gdy nudziło nas foczenie się na słońcu, wyruszaliśmy w miasto. Tutaj na miano „hitu” zasłużyły trzy atrakcje – rowery miejskie, lody Lenkiewicz i restauracja Chleb i wino.

  1. Rowery – bo dały nam możliwość chociaż krótkiej aktywności po dniu leniuchowania (a także pozwoliły spalać setki kalorii, które dostarczał nam śniadaniowy szwedzki bufet w hotelu <3). Wystarczyło się szybko zalogować na stronie internetowej, aby już po kilku minutach móc wypożyczyć wybrany dwuślad i ruszyć na przejażdżkę po urokliwym Toruniu.
  2. Lody Lenkiewicz natomiast były (i są!) hitem z oczywistych powodów – uciechy podniebienia zawsze się ceni, zwłaszcza gdy dostarczają chłodu w upalne popołudnie. Na uwagę zasługuje też pojmowanie wielkości przez właścicieli sieci – chociaż wiadomo, że „małe jest piękne”, to w kwestii porcjowania lodów zdecydowanie popieram tą lenkiewiczową, gdzie jedna gałka równa się trzem standardowym i to „z górką”:)
  3. Ostatnia zaś wymieniona atrakcja, czyli restauracja Chleb i wino, przychodziła nam z pomocą, gdy kubki smakowe domagały się konkretniejszej potrawy niż słodki, lodowy deser. Chociaż obiecaliśmy sobie, że tym razem w końcu trafimy do słynnego, toruńskiego Manekina, to sąsiadująca z nimi włoska restauracja skutecznie pokrzyżowała nam plany. Ale nie obwiniamy jej, bo miała argumenty nie do podważenia – jednym z najważniejszych było obłędne spaghetti carbonara czy tagliatelle w sosie śmietanowo-truflowym. Rozpływam się na samo wspomnienie tych smaków i zachęcam Was do odwiedzenia Chleb i wino przy najbliższej okazji – zaręczam, że nie pożałujecie.

Jakimś sposobem, w wyniku splotu czystych przypadków, udało nam się spędzić wymarzony urlop w tropikach nad Wisłą. Chyba naprawdę zasługiwaliśmy na ten relaks, bo sprzyjało nam wszystko – hotel, pogoda, miejskie atrakcje. Mimo, że z zazdrością przeglądam aktualności na fejsie, gdzie znajomi chwalą się zagranicznymi wojażami, to nie zamieniłabym tych kilku dni spędzonych w Toruniu na żadną Hiszpanię, Włochy czy inną Portugalię (chociaż oczywiście nie pogardziłabym dodatkową wycieczką w te rejony). Dawno już nie byłam na urlopie, który zadowoliłby mnie tak kompletnie, jak miniony weekend w polskim Toronto. Kto by pomyślał, że szczęście jednak można sobie kupić i to po okazyjnej cenie w serwisie zakupów grupowych.

 

PS. Jeśli ktoś pozazdrościł nam urlopu, odsyłam do wciąż aktualnej oferty na gruperze.