Top

Ostatnie tygodnie najlepiej udowadniają mi, po raz kolejny zresztą, że czas to najcenniejsze co mamy (jakkolwiek patetycznie by to zabrzmiało) i w końcu tak bardzo zaczynam pojmować, o co chodziło mojej projektowej koleżance Kasi z marzeniem o gratisowych godzinach dodawanych do doby (Kasiu pozdrawiam;)). Ale o czasie chciałabym dzisiaj napisać w nieco innym kontekście – w kontekście mojej weekendowej wizyty w Warszawie, którą mogę podsumować krótko i anglojęzycznie: it’s all about timing.

140923_wawa5

Bywałam w Warszawie już parokrotnie i w różnych okolicznościach – ostatnio powodem mojego pobytu w stolicy był listopadowy koncert Crystal Fighters, wcześniej bywałam tutaj głównie przejazdem, traktując miasto jako miły widoczek za oknem podczas przemieszczania się z dworca na lotnisko i z powrotem. Taką dłuższą i bardziej turystyczną wizytę w Warszawie ostatnim razem odbyłam jeszcze w liceum, stąd miałam (i z pewnością wciąż mam) spore zaległości w temacie. Tym razem wybrałam się do stolicy znów na krótko, bo na 3 dni, w wąskim gronie, bo tylko z mamą, i w bardzo konkretnym celu – odpocząć, obkupić się, wybrać się do teatru, dobrze zjeść i wrócić z powrotem do domu. Norma wyrobiona w 200%, ale nieoczekiwanie stało się coś jeszcze: oto ja, jedna z największych przeciwniczek stolicy jako adresu stałego pobytu, zaczęłam dostrzegać w tym mieście coś zupełnie nowego, co sprawiło, że wyjeżdżając wczoraj na A-dwójkę już obmyślałam plan powrotu i listę miejsc do odwiedzenia podczas ponownej wizyty.

140923_wawa2

Wstyd się przyznać, ale po wielu odwiedzinach stolicy, dopiero przy okazji tego wyjazdu wybrałam się na warszawską Starówkę… Jest cudowna niczym woda z Lichenia. Kropka.

I tutaj właśnie pojawia się kwestia czasu – pierwszy raz byłam w Warszawie wczesną jesienią, pierwszy też raz zatrzymałam się w części Śródmieścia bezpośrednio sąsiadującej z Łazienkami Królewskimi i pierwszy raz przybyłam tutaj z tak wielką potrzebą oderwania się, wyłączenia choćby na tych kilkadziesiąt godzin. I właśnie ten idealny timing sprawił, że jak nigdy wcześniej tak bardzo zadurzyłam się w tym mieście. Kilka lat temu o tej samej porze roku spacerowałam ulicami Paryża i nie sądziłam, że wkrótce zacznę dostrzegać podobieństwo między stolicą Francji a Polski. Jakkolwiek głupio to zabrzmi to Warszawa, którą zastałam w ubiegły weekend, wydawała mi się właśnie paryska, ale na swój czarujący, warszawski sposób. Do tej pory mówiłam, że najbardziej podoba mi się Warszawa jak z Magdy M., gdzie w tle wciąż leci piosenka Martyny Jakubowicz lub DeMono, a Maniek stale mruży oczy – taki obraz podobał mi się najbardziej, ale do czasu. Nie zamieniłabym niczego w klimacie, w którym spędziłam kilka ostatnich dni, bo zaspokoił wszystkie moje potrzeby i dał mi nawet coś więcej – nowy punkt widzenia tego miasta. A wszystko to dzięki temu, że ze swoją podróżą perfekcyjnie trafiłam w timing.

140923_wawa1

Nie wytłumaczyłam jednak, co w Warszawie jest takiego paryskiego. Po pierwsze – parki. Jarałam się jak kupka liści każdym, na który trafiłam. Uwielbiam takie, dokąd nie przechodzi się bezwiednie i zupełnie przypadkiem, ale dokąd człowiek celowo zmierza – bo może tu spędzić czas na chwili zadumy, zaczytania, zamyślenia albo wręcz przeciwnie, chociażby uprawiając wybrany sport. Takich miejsc jest w stolicy wiele, podobnie jak właśnie w Paryżu, tymczasem to ich najbardziej brakuje mi w Gdańsku. Poza Parkiem Oliwskim i Reagana, gdzie faktycznie jest klimatycznie, w naszej mieścinie brakuje tętniących życiem zielonych przestrzeni. Drugą natomiast cechą charakterystyczną, która przywodzi mi na myśl francuski matecznik, jest duża ilość placów, które na całe szczęście stały się obiektem zainteresowania mieszkańców i wielu restauratorów. Wszelkie skwery są drugim po parkach elementem przestrzeni miejskiej, które tak sobie cenię, bo podobnie jak tereny zielone stają się sercem miasta, tętniącym życiem, w którym nie da się nie poczuć tej niesamowitej energii ludzi, którzy bawią się i odpoczywają w jednym miejscu. Cudowny gwar niesie się uliczkami odbiegającymi od placu, będąc zaproszeniem dla każdego, kto znajdzie się w okolicy. A gdzie w Gdańsku znajdziemy takie miejsce? Chyba tylko gdzieś w zakątkach Dolnego Wrzeszcza.

140923_wawa3

Jeden z najbardziej oryginalnych i najtańszych wystrojów lokalu, jaki widziałam na oczy – białe powierzchnie, zero prawdziwych dekoracji, zamiast tego narysowane pędzelkiem obrazy, meble, zastawa stołowa. Super efekt:) A jedzenie jeszcze lepsze i wcale nie rysowane!

Oczywiście nie każde miasto musi być takie samo i nie każde musi mieć coś z Paryża, aby móc się nim zachwycać. W naszej stolicy Pomorza mamy całą masę miejsc, na których myśl cwaniaków-warszawiaków aż skręca. Jednak tym razem to Warszawa okazała się być dokładnie tym, czego mi było trzeba – odskocznią, czy wręcz wyrzutnią od tego, co mam na co dzień. Wybrałam się do niej w idealnym momencie, zaspokoiła każdą moją nawet najbardziej wybredną zachciankę – jak np. tą, aby jakimś cudem nagle znaleźć się w magicznym Paryżu:) Bo jak zawsze podkreślają wszystkie blogierki – Paris is always a good idea, a Warszawa jest dobrym pomysłem zawsze wtedy, kiedy dobry jest też timing.