Top

Przed kilkoma minutami przeczytałam ostatnie zdanie w pierwszej od kilku miesięcy przeczytanej przeze mnie książce. Była to jednocześnie pierwsza przeczytana przeze mnie powieść sensacyjna i na dodatek polskiego autora. Po obejrzeniu „Ziarna prawdy” i przejrzeniu wielu pochlebnych opinii o dziełach, które wyszły spod pióra Zygmunta Miłoszewskiego, mój wybór był prosty. Nie było jednak prostym zdobycie jakiejkolwiek z jego książek, bowiem do każdej pozycji ustawia się bardzo długa lista oczekujących czytelników w bibliotekach miejskich. A nie mam w zwyczaju książek kupować, chyba, że naprawdę mnie natchnie. Z pomocą przyszedł mi niespodziewanie kolega, który przypadkiem trafił w domu na „Bezcennego”, autorstwa właśnie Miłoszewskiego. I tak zaczęła się moja tygodniowa podróż po krainie światowego malarstwa i tajemnych zakamarkach historii II wojny światowej.

Gdybym przeczytała jakąkolwiek książkę Dana Browna, pewnie porównałabym „Bezcennego” właśnie do „Kodu Leonarda da Vinci” czy „Aniołów i demonów”. Ale ponieważ jestem parszywą ignorantką literatury, takie porównanie mi nie przystoi, bo „co ja tam wiem”. Mimo to zignoruję moralne nakazy i jako laik, który historie stworzone przez Browna zna tylko z popularnych filmów z Tomem Hanksem, i tak posunę się do takiego porównania – bo „Bezcenny”, podobnie jak tamte powieści, na nowo kreuje rzeczywistość i historię powszechną, a wszelkie nieznane dotąd historyczne fakty w nim przedstawione mają swoje źródło właśnie w sztuce, podobnie jak było to w przypadku dzieł Dana Browna.

Akcja „Bezcennego” kręci się wokół legendarnego „Portretu Młodzieńca” Refaela Santi, który jest jak dotąd najbardziej poszukiwanym obrazem na świecie, a który zaginął w okresie II wojny światowej. Czwórka głównych bohaterów zostaje mianowana przez rząd RP do tajnej misji, mającej na celu odzyskanie obrazu, który rzekomo ma się znajdować w rękach prywatnego kolekcjonera. Z czasem okazuje się, że ich poszukiwania mogą zmienić nie tylko losy polskiej kultury i muzealnictwa, ale i całego współczesnego świata i ładu politycznego. Jakkolwiek patetycznie to brzmi, tak właśnie się okazuje.

Jak już wspomniałam, nie mam dużego doświadczenia w podobnych lekturach (i to stwierdzenie jest SPORYM niedopowiedzeniem), toteż każda przeczytana strona książki przynosiła mi nieznane dotąd wrażenia. Uwielbiam zagadki, tajemnice i ludzi poszukujących na nie odpowiedzi, zatem „Bezcenny” celnie trafia w moje gusta. Doceniam to, ile pracy kosztowało Miłoszewskiego przeprowadzenie odpowiedniego researchu, który pozwolił mu zgłębić chociaż w małym stopniu światowe malarstwo, a tym bardziej aby przenieść w ten świat takiego laika-czytelnika, jak ja. Wiem, że „to przecież jego praca, jako pisarza”, no ale nawet taka ignorantka literatury, jak ja wie, że nie każdemu autorowi się to udaje. Tymczasem Miłoszewski zgrabnie plótł swoją opowieść, łącząc różne fakty z historii powszechnej i historii sztuki, z czego wyszła całkiem spójna, wciągająca powieść. A ja uwielbiam, gdy ktoś wychodzi poza ramy i łączy dotąd niepowiązane ze sobą fakty, tworząc zupełnie nowy obraz. Obraz rzeczywistości, chociaż w przypadku „Bezcennego” można by mówić o obrazie w sensie dosłownym.

150209_bezcenny2

To, co również zwróciło moją uwagę podczas lektury, to sposób przedstawiania sytuacji przez autora. Być może stwierdzam najoczywistszą oczywistość i moje spostrzeżenie wyda się absolutnie żenującym znawcom literatury polskiej i światowej, ale jak wspomniałam – nie mam dużego doświadczenia, przyznaję się bez bicia. A to, na co zwróciłam uwagę, to efekt 3D narracji – Miłoszewski kluczowe sceny przedstawiał z punktu widzenia wielu niezależnych bohaterów, niektórych ożywiając w książce tylko po to, aby na kilka zdań stali się świadkami pewnych zajść dotyczących głównych bohaterów. Przez to naprawdę miałam wrażenie, że każdą taką sytuację widzę z wielu kątów na raz, dzięki czemu w mojej wyobraźni tworzył się obraz 3D, zupełnie jak po założeniu odpowiednich okularów. Sprytne, a jakże przyjemne dla czytelnika.

Ogólnie rzecz biorąc, książka zaspokoiła moją potrzebę literek, ale mam nadzieję, że nie na długo (w końcu zostało mi jeszcze trochę wolnego, pora na następną porcję!). Co prawda nie pobiłam rekordu w pochłanianiu jej (przeczytanie „Bezcennego” zajęło mi tydzień, a w szczytowej formie potrafię w tym samym czasie zaliczyć cztery podobne objętościowo powieści, jeśli tylko mnie wciągną), co mogłoby świadczyć o tym, że czegoś mi jednak brakło, ale nie będę narzekać. Im bardziej zagłębiałam się w historię pani Zofii Lorentz i pozostałych poszukiwaczy, tym ciężej było mi się od książki oderwać i drugą połowę „Bezcennego” pochłonęłam na jednym wdechu. A to dla mnie naprawdę bezcenne.