Przyjeżdżając do Trikali nie mieliśmy jeszcze pomysłu, jak spędzimy drugi dzień w tym miejscu. Priorytetem była oczywiście Meteora, którą jednak zwiedziliśmy już pierwszego dnia – do dyspozycji pozostawała jeszcze doba. Z pomocą przyszedł nam oczywiście gospodarz hostelu, który podczas przyjmowania nas w swe progi, opowiedział pokrótce o wszystkich okolicznych atrakcjach (wspominałam o tym w części pierwszej). Gdy tylko padło hasło „waterfalls”, rozwiały się wszelkie wątpliwości odnośnie naszego drugiego dnia w Trikali…

Nazajutrz po zwiedzaniu Meteory trochę zaszaleliśmy ze spaniem i na nogi ostatecznie stanęliśmy dopiero około 11:00. Początkowo bolało mnie z tego powodu serducho, jak to zwykle w moim przypadku, ale po chwili zastanowienia doszłam do wniosku, że nie damy rady być na najwyższych obrotach przez 3 tygodnie, a przecież tyle trwać ma nasza podróż 😉 W związku z tym odpuściłam (#niemożliwe) i postanowiłam skupić się na absolutnym chilloucie tego dnia, zwłaszcza że w perspektywie mieliśmy dziką kąpiel w wodospadach.

Aby jednak dotrzeć do miejsca docelowego naszej wycieczki, znów musieliśmy zwrócić się w stronę greckiego przewoźnika autobusowego, tj. KTEL’a. Zmierzaliśmy do Pili – sąsiadującej z Triklą wioski (miasteczka?). Nasz hostelowy gospodarz tradycyjnie rozrysował nam papierową mapkę, jak dostać się do wodospadów z przystanku autobusowego i znów jego wskazówki okazały się kluczowe.

Gdy wysiedliśmy z busa w centrum (to za duże słowo w przypadku tej wioski, powiedzmy może – na centralnym placyku) Pili, zgodnie z zaleceniami udaliśmy się w stronę rzeki, której szerokie koryto widoczne było z daleka. Jak duże było nasze zdziwienie, gdy po chwili okazało się, że… rzeka wyschła 😉 Ogromne, kamieniste koryto rzeczne od dawna musiało był suche, sądząc bo bujnej zielonej roślinności, która zdążyła w międzyczasie wyrosnąć. Poczuliśmy delikatny niepokój – bez wody, nie ma wodospadów, a bez wodospadów nie ma naszej upragnionej kąpieli… Postanowiliśmy jednak iść dalej, w górę rzeki, tak jak wskazywała nasza papierowa mapka.

Most, a pod nim wysuszone koryto rzeki - niesamowity widok :)
Most, a pod nim wysuszone koryto rzeki – niesamowity widok 🙂
Nasza wędrówka
Nasza wędrówka

Poza obiecanymi wodospadami, poszukiwaliśmy jeszcze czegoś – kamiennego mostu, osadzonego pomiędzy dwoma brzegami rzeki. Z niecierpliwością pokonywaliśmy każdy kolejny metr, ponieważ odnalezienie zabytku oznaczało, że idziemy w dobrym kierunku – a skoro rzeki nie było (a miała być), to mieliśmy pewne wątpliwości, czy to aby na pewno poprawna droga 😉 Za którymś z kolei zakrętem koryta ukazała nam się poszukiwana budowla – piękny, kamienny most, o zaskakująco ostrym łuku i sporej wysokości. Pod nim dostrzegliśmy coś jeszcze – delikatną stróżkę wody. Nasza ulga była więc podwójna, bo oto był i most, i woda. Szanse na spędzenie dnia na przyjemnej kąpieli nagle wzrosły.

Most w Pili
Most w Pili
Wejście na most
Wejście na most

#AnanasoweGreckieWakacje #summer #PyliBridge ✌🏻️☀️🍍🌍🔥😍🗻💕

A post shared by Hania Ananas Połczyńska (@niezly_ananas) on

Sam most zaś robił naprawdę spore wrażenie. Wybudowany z dużych kamieni, stromy i wysoki, można z niego było obserwować sporą część okolicy. Przy nim powstała urokliwa kafejka, a mieszkańcy Pili rozstawili też kilka straganów ze świeżymi owocami. Zrobiliśmy z Lubym kilka pamiątkowych zdjęć i ruszyliśmy dalej, w górę rzeki. Ze względu na zwężające się koryto wody, musieliśmy wejść na asfaltową drogę, która w tym miejscu nie była najbezpieczniejszą opcją dla pieszych. Wąski przejazd wśród górskich zbocz ciężko mieścił dwa samochody jadące w przeciwnych kierunkach, a co dopiero jeszcze piechurów! Szliśmy więc „gęsiego”, jak za złotych dziecięcych lat w przedszkolu i podstawówce, wciąż rozglądając się na boki. Nie mogliśmy się nadziwić, gdzie się znaleźliśmy – Ananasowe Greckie Wakacje miały być związane z morzem, a tymczasem znajdowaliśmy się w wysokich górach Pindos (hehe), otoczeni dziką naturą, a zamiast morskich fal dobiegał nas tylko szum płynącej w dół rzeki.

Górski krajobraz towarzyszył nam przez całą wędrówkę
Górski krajobraz towarzyszył nam przez całą wędrówkę

150828_trikala6

Nasz hostelowy gospodarz zapowiedział, że trasa z Pili do wodospadów zajmie nam około 2 godziny. Przyszykowaliśmy się więc jak na sporą wyprawę, ale ostatecznie dość szybko znaleźliśmy się u celu. Autor naszej mapy poinformował również, że przy wodospadzie mieści się urokliwa kafejka i faktycznie, gdy dotarliśmy na miejsce, naszym oczom ukazał się niezwykły widok: w tle wodospad na rzece, a kilkanaście metrów ponad nim, na „półce” skalnej, stało kilkanaście metalowych stolików kawiarnianych. Rozpływałam się z zachwytu. Na wejściu stał nieduży budynek, w którym szybko dokonaliśmy zamówienia (dla mnie oczywiście lody, a jakże), po czym rozsiedliśmy się przy stoliku z najlepszym widokiem. Poza nami i kelnerką nie było w tym miejscu nikogo, NIKOGO! Żadnych Januszów, Chińczyków, żadnych tłumów… Tylko my i natura, no i dwie gałki całkiem smacznych lodów. Bosko!

Mieliśmy dobre przeczucie, biorąc ze sobą tego dnia grę „Szmal”. Pierwsze półtorej godziny na miejscu spędziliśmy właśnie grając, dodatkowo popijając zimne napoje, kosztując deseru i napawając się widokiem wodospadu. Nie mogliśmy się nadziwić magią tego miejsca i tym, że byliśmy tutaj zupełnie sami. Dopiero po jakimś czasie pojawiło się dwóch innych klientów, ale wciąż atmosfera była bardzo kameralna.

150828_trikala7

W końcu jednak zebraliśmy się z kafejki, aby odbyć planowaną kąpiel. Nasza wizja plażingu i smażingu została rozwiana już w pierwszej chwili po dotarciu na miejsce, ponieważ wzdłuż brzegu nie było miejsca na rozbicie „obozowiska”. Nie mogliśmy odpuścić sobie jednak wejścia do chłodnej, górskiej wody. Powiedziałabym nawet, że bardzo chłodnej, ale mimo to zanurzyliśmy się 😉 Największym przegranym tego dnia był Luby, który wziął ze sobą maskę do nurkowania, podczas gdy po wejściu do rzeki woda sięgała nam mniej więcej do połowy piszczeli 😀 Luby oczywiście twardo stał przy swoim i w końcu znalazł miejsce, w którym można było się przynajmniej trochę zanurzyć. Widoki nie były jednak zbyt ciekawe, może poza wszechobecnymi krabami, które mnie atakowały (a jakże), oraz rybami, którym zawdzięczam Fish Spa (a przynajmniej tak wytłumaczyłam sobie ich „podszczypywanie”).

Opuszczenie wody i tego magicznego zakątka przyszło nam z wielkim trudem. Rozglądałam się w każdą stronę, wypatrując co ciekawszych ujęć, robiłam multum zdjęć… Było cudownie, tak naprawdę, naprawdę cudownie. Śmialiśmy się z Lubym, że Salonik nawet nie ma co porównywać do walorów Trikali i jej sąsiedztwa, co nie ukrywam – było dla nas obojga sporym zaskoczeniem.

150828_trikala8

#AnanasoweGreckieWakacje #Greece #summer #trip ☀️🍍❤️🌍🔥💕😍✌🏻️🗻📷

A post shared by Hania Ananas Połczyńska (@niezly_ananas) on

Jednak to nie był koniec wrażeń tego dnia. Poza pieszym przejściem trasy z powrotem do Pili, czekała nas droga powrotna do Trikali i hostelu. To właśnie ten moment wycieczki pozwolił mi całkowicie zanurzyć się w atmosferze tych stron, otworzył oczy na to, co najbardziej lubię i cenię sobie w podróżach – na lokalny folklor, nieskażony turystyką. Pili to miasteczko żyjące swoim tempem, które wyznaczają raczej pory roku, a nie sezony turystyczne. Widać było, że tubylcy w żaden sposób nie są nastawieni na gości, chociaż oczywiście gdy już korzystaliśmy z ich pomocy, byli uczynni i pomocni. I wtedy właśnie to poczułam – swojskość, folklor, uprzejmość, o których tyle czytałam w przewodnikach. Dopiero w takich odludnych miejscach, jak Pili, dało się poznać te cechy Greków, w końcu możliwe stało się przyjrzenie, jak żyją naprawdę, z dala od zgiełku Meteory i innych wielkich zabytków, tutaj, w cieniu ogromnych szczytów górskich, pośród oliwnych gajów, dzikich winorośli i drzew limonkowych, z których nikt nie zrywa owoców, bo są tak pospolite, jak dla Polaków klony i dęby.

Drzewa uginały się pod ciężarem owoców - nikt nie reagował :O
Drzewa uginały się pod ciężarem owoców – nikt nie reagował :O

Chociaż droga powrotna autobusem przebiegała tak samo, jak w stronę „do”, to z ogromnym zaciekawieniem przyglądałam się temu, co przewijało się za oknem. Patrzyłam na piękną, nieskażoną naturę, na pola uprawne, takie tradycyjne, a nie wielko powierzchniowe plantacje; na dzieci bawiące się na podwórkach; na starszych panów, którzy w centralnym punkcie każdej wioski grali w karty i szachy (niesamowity widok!); na Babiczki siedzące w cieniu własnych chałup. Ale najciekawsze były reakcje ich wszystkich na jadący autobus. Chociaż według rozkładu bus przejeżdżał przez te miejscowości co najmniej parokrotnie, to zawsze pojawienie się machiny powodowało, że każdy mieszkaniec wioski podnosił wzrok ponad to, co akurat robił, i przyglądał się z zaintrygowaniem. Tak jakby zastanawiali się, kogo tym razem przywiało w ich strony, kto to taki wysiądzie na jedynym przystanku w wiosce, co go tu sprowadza i co przywozi ze sobą. Z ogromną przyjemnością przyglądałam się tym reakcjom, wciąż zastanawiając się, jak wygląda życie codzienne w tych stronach.

Widok z autobusu w drodze powrotnej
Widok z okna autobusu w drodze powrotnej
Typowy widok w Grecji - starsi panowie grający w karty
Typowy widok w Grecji – starsi panowie grający w karty

***

Nazajutrz po wycieczce do wodospadów i pełnej folkloru wioski Pili opuszczaliśmy nasz hostel w Trikali. Tym razem uśmiech nie schodził nam z twarzy – spędziliśmy trzy noce w urokliwej, górskiej miejscowości, zobaczyliśmy jeden z najwspanialszych zabytków wszechczasów, mieliśmy okazję przyjrzeć się Grecji w jej „naturalnym środowisku”, a na dodatek w perspektywie czekało nas jeszcze wiele wrażeń. Następnym przystankiem w Ananasowych Greckich Wakacjach były Delfy…

C.D.N…

Nasza podróż wciąż trwa! Codziennie na Instagramie i na Snapchacie (@haniape) pojawia się dużo zdjęć i filmików, więc polecam się 🙂