Jeśli ktoś kojarzy mapkę naszej podróży, którą przedstawiałam w tym wpisie oraz na Facebook’u, to zapewne nie odnajdzie na niej miejsca, o którym dzisiaj napiszę. Sounion, czyli półwysep będący najdalej na południe wysuniętym skrawkiem Attyki, to zakątek, o którym można by pisać i pisać, ale tak naprawdę to powinno się go zobaczyć na żywo. Niewiele jest zabytków, które wręcz onieśmielają, ale świątynia Posejdona, która niegdyś w całej swej okazałości witała przybyszów z Morza Egejskiego, na pewno była jednym z nich. Bo skoro odjęło nam mowę na widok jej ruin, to jak dostojnie musiała prezentować się przed wiekami…

150919_sounion07

Podobnie jak Delfy, Sounion znalazł się na naszej liście greckich destynacji kompletnym przypadkiem – nawet większym, niż wspomniane Delfy, bo o wycieczce w to miejsce pomyśleliśmy na dwa dni przed przybyciem do Pireusu, ogromnego greckiego portu zlokalizowanego na obrzeżach Aten. To tutaj spędzaliśmy dwie noce w oczekiwaniu na prom na Santorini, a ponieważ Pireus, jak się spodziewaliśmy, nie oferował zbyt wielu atrakcji, sięgnęłam zawczasu po nasz przewodnik i wyszukałam alternatywy dla spędzenia dnia w centrum niezbyt schludnego miasta. I tak oto trafiłam na zdjęcie przylądka Sounion i tonem oświadczającym (tak bardzo dla mnie charakterystycznym…:>) oznajmiłam Lubemu, że jedziemy tam, koniec, kropka, dziękuję, zapłacone-zjedzone. Luby nie stawiał zbyt dużego oporu (a jakże) i tak oto nazajutrz po przybyciu do Pireusu udaliśmy się prosto na mini dworzec autobusowy, skąd regularnie odjeżdżały autokary do Sounion (a ja liczyłam, że to takie odludne, nieatrakcyjne miejsce i że nikt poza mną na to nie wpadnie :(…).

Droga okazała się być nadzwyczaj długa, co bardzo nas zaskoczyło. Szybko jednak odkryliśmy, dlaczego kilkudziesięcio kilometrową trasę autobus pokonuje w ponad dwie godziny – bo przy okazji rozwoził turystów po wszystkich nadmorskich kurortach w okolicach Aten. I tak z pełnego na początku autobusu do samego Sounion dotarła może 1/3 tych wszystkich osób, a wśród nich i my, dzielni podróżnicy.

Jadąc autokarem wzdłuż linii brzegowej wypatrywałam co ciekawszych miejsc, mijaliśmy mnóstwo plaż, hoteli, leżaków, wypożyczalni sprzętu, jednym słowem – cały ten turystyczny zgiełk. Ale nagle, ponad tym wszystkim, za szybą pojawił się zarys budowli, a raczej tego, co po niej pozostało – była to właśnie świątynia Posejdona. Widzieliśmy ją na długo przed dotarciem na szczyt wzgórza, na którym się mieściła, ponieważ położenie przylądka sprawiało, że był widoczny z naprawdę sporej odległości. Emocje rosły więc z każdą minutą, moja niecierpliwość tym bardziej nie ułatwiała sprawy i coraz ciężej było mi usiedzieć w fotelu nim pojazd w końcu się zatrzymał…

Coraz bliżej, coraz bliżej...
Coraz bliżej, coraz bliżej…

Ledwo wysiedliśmy z autobusu, ponieważ wiejący na wzgórzu wiatr dął tak mocno, że ciężko było utrzymać nam na głowach kapelusze, moja fryzura (z cyklu „bad hair day”) przestała ogarniać, co ma ze sobą zrobić, więc robiła, co chciała, a przewiewne szorty, które wybrałam na ten dzień, zapewniały rozrywkę masom, które mijały nas na ścieżce do świątyni – co rusz musiałam sprawdzać, czy nie odsłoniły zbyt wiele… Nie mniej jednak, po szybkim lodzie (obowiązkowo!) w pobliskiej kawiarni udaliśmy się w stronę wejścia na teren muzealny, czyli właściwy teren pradawnej świątyni.

150919_sounion010

150919_sounion011

150919_sounion013

Budowla była naprawdę imponująca – może brakowało jej rozmachu, z jakim niewątpliwie tworzono antyczne sanktuarium Apollina w Delfach, ale jej lokalizacja i widoki wokół sprawiały, że nie miała sobie równych (i mogę to powiedzieć z czystym sumieniem, po zwiedzeniu sporej części Grecji). Gdzie się człowiek nie obejrzał, widział morze – intensywne, szmaragdowe morze, na którego tafli błyszczały miliony drobinek światła, a którego kresu próżno było szukać. Po Delfach myślałam, że minie sporo czasu, nim znajdzie się panorama mogąca iść w konkury z tą delficką, a tymczasem minęły raptem dwa dni i znów oniemiałam z zachwytu. Chociaż wiatr nie dawał za wygraną, to ostatnie, na co mieliśmy ochotę, to opuścić to miejsce. Obejście budowli zwykle zajmuje pewnie maksymalnie dziesięć minut, ale my chodziliśmy wokół i pochłanialiśmy każdy widok, każdy promień słońca, każdy powiew morskiej bryzy. Nigdy nie zapomnę tego wielkiego błękitu, który nas otaczał. Usiedliśmy na kamiennych ławach, które świątynia osłaniała od silnego wiatru, i obserwowaliśmy wszystko przez długi czas. Jeśli sanktuarium Apollina zwaliło nas z nóg swoim rozmachem i wielkością, to nie wiem, jak mam określić nasze wrażenia na widok świątyni Posejdona. Owszem, była znacznie mniejsza, ale fakt, że przetrwała tyle wieków, wystawiona na działanie silnych wiatrów, wody morskiej, palącego słońca, bił na głowę bogactwo Delf. Wyobrażaliśmy sobie, jak w starożytności marynarze wypatrywali jej na horyzoncie, poszukując drogi do Pireusu i Aten. Niesamowite miejsce, niesamowite wrażenia.

150919_sounion06

150919_sounion04

150919_sounion03

150919_sounion16

150919_sounion08

Poza świątynią i niedużą kawiarnią, w Sounion nie ma było nic więcej, co mogłoby zająć nam czas. Tak naprawdę to byliśmy nastawieni tego dnia na plażing, a tymczasem silne fale i skaliste wybrzeże zdawały się nam uniemożliwiać jakiekolwiek kąpiele. W dole, pod wzgórzem, na którym znajdowała się budowla, dojrzeliśmy spory hotel i kąpielisko, więc postanowiliśmy udać się  ich stronę. Jednak zejście w dół, które początkowo uznaliśmy za maksymalnie 15-minutowy spacer, okazało się prawie godzinną wycieczką, ponieważ kurort był „schowany” u stóp okolicznych wzgórz i dostęp do niego był możliwy jedynie po obejściu całej zatoki. Nie mogło to nas jednak powstrzymać przed upragnioną kąpielą, zwłaszcza, że poprzedni (i jedyny, jak do tamtej pory) raz, gdy kąpaliśmy się w greckich wodach morskich, miał miejsce prawie tydzień wcześniej.

150919_sounion014

150919_sounion05

Ostatecznie dotarliśmy do plaży, odbyliśmy upragnioną kąpiel i nie pozostawało nam nic innego do robienia, jak wrócić do hotelu w Pireusie. W tym celu pierwszy raz musiałam łapać na stopa autobus, bo było dla mnie przeogromną przygodą ;)) Wciąż oglądaliśmy się w stronę przylądka Sounion, który promienie późnego słońca oświetlały pomarańczowym światłem. Żałowaliśmy, że nie dotrwamy do zachodu, który podobno jest tutaj konkurencją dla zachodów na Santorini, ale czas i puste brzuchy nagliły nas do powrotu. W drodze do Pireusu widoki też były niczego sobie, więc nasze poczucie straty nieco ucichło. A powalające zachody postanowiliśmy zostawić sobie na pobyt na Santorini, na którą to wyspę udawaliśmy się już nazajutrz, we wczesnych, porannych godzinach…

Łapanie autobusu ;)
Łapanie autobusu 😉
Taki zachód oglądaliśmy w drodze powrotnej <3
Taki zachód oglądaliśmy w drodze powrotnej <3

C.D.N.

PS. Kilka dodatkowych zdjęć jest też na moim Instagramie, oczywiście!