Pamiętacie, jak w przedszkolu i pierwszych klasach podstawówki rysowało się pory roku? Pani zima – oziębła, w sukni białej niczym śnieg, pojawiająca się zawsze w towarzystwie bałwana. Kwiecista wiosna, budząca wszystkich do życia, chodząca boso po świeżej, zielonej trawie. Lato pełne słońca, opalające się w leżaku na plaży. No i  pani jesień, ruda babka przyodziana w kolorowe liście, obowiązkowo z koralami z czerwonej jarzębiny. To były czasy! Wspominam o tym, bo po powrocie z Grecji, poza stęsknionym Bebkiem, w domu czekała na mnie właśnie ona – jesień. Tylko wygląda jakoś inaczej niż przed laty…

Wystarczyło kilka dni, aby jesień zmonopolizowała moje życie – wszystko teraz kręci się wokół niej. To ona decyduje, co jem, co piję, o której chodzę spać, w jakie ubrania mam ochotę się ubrać, jakiej muzyki słuchać, co robić w wolnym czasie… Jeszcze niedawno żyłam sobie na wypasie, jadłam, co chciałam, piłam, co chciałam, spać chodziłam, bo miałam na to ochotę, a nie dlatego, że padałam na twarz i nie byłam w stanie ustać na nogach. Teraz jest inaczej, teraz rządzi pani jesień i wszystko podporządkowane jest pod jej widzi-mi-się. I tak zaczęłam sobie uzmysławiać, że wszystko to, co dzieje się ze mną w tym okresie, dzieje się dokładnie tak samo od lat – mam te same zachcianki, te same rzeczy pochłaniają mój czas. To tak, jakbym co roku przeżywała to samo deja vu. A to po prostu moja pani jesień.

Pomyślałam wtedy o tych obrazkach z dzieciństwa i o tym, jak kiedyś wyobrażałam sobie tę porę roku. Liście? A skąd! Korale z jarzębiny? Żenada! Moja pani jesień wcale tak nie wygląda. Ubrana jest raczej w zgodzie z aktualną rozkładówką Vogue, jako że w tym czasie mam zwykle największą ubraniową zajawkę i uwielbiam przeglądać wszelkie modowe inspiracje. Z tego też wynika kolejna cecha pani jesieni – zazwyczaj jest bardzo pazerna na pieniądze, bo wszystkie oszczędności, i tak nadwyrężone po lecie, każe mi przepuszczać na zakupach. Wracając jednak do wyglądu – zamiast jarzębinowych korali ma na szyi gruby szal, na nogach zaś botki, czyli rodzaj obuwia, którego w mojej szafie najwięcej. I paznokcie ma zwykle pomalowane, bo nagle, po leniwym lecie, znajduje na to czas. Jak wygląda z twarzy? Jak Lana del Rey – nie dość, że retro stylówa tej wokalistki jest dla mnie „100% autumn”, to na dodatek jej piosenki zawsze królują na mojej playliście w okresie wrzesień-listopad. Numerem jeden jest oczywiście „Summertime sadness”, czyli hymn o odejściu lata i jesiennej depresji (tak ja sobie ją tłumaczę).

Co jeszcze? Moja pani jesień zawsze ma przy sobie ogromny zapas czekolady, można powiedzieć, że tabliczki wręcz wysypują jej się z kieszeni jej płaszcza, stąd bardzo chętnie obdarowuje mnie kolejnymi kosteczkami. Zawsze też nosi przy sobie paczkę chusteczek, którymi ratuje mnie w kryzysowych sytuacjach, gdy katar leci mi z nosa ciurkiem, bez opamiętania. Gdy męczy mnie kolejna infekcja, otula mnie ciepłym kocem i kładzie do łóżka, gdzie każe mi spędzać wszystkie wolne chwile. Jak ma lepszy dzień to podsunie temat ciekawego filmu, jak gorszy – nakłania do czytania książek, do których zasiadam z ogromnym zapałem, zwykle jednak ich nie kończąc.

Moja pani jesień ma czasem przebłyski geniuszu i staje się moją osobistą trenerką, motywującą mnie do ćwiczeń. Gdy stawiam opór, zmusza mnie do podjęcia próby założenia spodni, w które przestałam się mieścić po tygodniach objadania się lodami i leżenia do góry brzuchem (czyli po lecie, mówiąc krótko). Wysyła mnie więc na siłownię lub, jeśli dodatkowo dogada się z koleżanką-pogodą, zachęca do przebieżek po lesie. Często też towarzyszy mi i Bebkowi w spacerach, które stają się dużo przyjemniejsze w jej kolorowym otoczeniu. No, chyba że akurat tego dnia najdzie ją na serie wzruszeń i zaleje świat rzewnymi łzami. Bo beksa z niej straszna, co zresztą mogliśmy już wszyscy zauważyć w mijającym tygodniu.

Jest też niekończącym się źródłem inspiracji. Nie tylko tych modowych, bo inspiruje mnie również do przemeblowań w pokoju, mini-remontów, porządków w szafkach, a także do większych zmian życiowych. To zabawne, że podsuwa mi tyle pomysłów, skoro jednocześnie wciąż kładzie mnie spać. Niekoniecznie od razu do łóżka, ale na przykład w autobusach, tramwajach lub na kanapie w salonie.

Można zatem powiedzieć, że jest pełna sprzeczności, bo z jednej strony nuży i męczy, z drugiej mobilizuje, inspiruje, zachęca do działania. A ja jestem gdzieś pośrodku tej wielobarwnej układanki, ubrana w szal, botki, zasłuchana w sensualnym głosie Lany del Rey, ukryta pod grubym kocem. I zakatarzona, oczywiście.

A jak wygląda Twoja pani jesień?

Tak w kilku obrazach można podsumować moją panią jesień
Tak w kilku obrazach można podsumować moją panią jesień

Planuję pokazać Wam nieco więcej mojej pani jesieni, więc jeśli chcecie wiedzieć, jak jeszcze manipuluje moim życiem, to zapraszam na Instagram.

Do stworzenia mojej wizji pani jesieni posłużył mi Tumblr.

  • Tekstualna

    Czekolade mam, skarpety mam, zapas pyszne pachnącej herbaty mam, padam na twarz – tak. Czyli jest jesień. 🙂