Uff, udało się, już po! Wczoraj około godziny 12:15, na korytarzu II. piętra gmachu Wydziału Zarządzania i Ekonomii PG rozpoczęła się reszta mojego życia. Oto nie jestem już studentką, nie jestem już pseudostudentką tkwiącą w zawieszeniu pomiędzy końcem ostatniego semestru a obroną dyplomową. Oto stałam się absolwentką i poza koniecznością odebrania dyplomu z dziekanatu, moja przyszłość w żaden sposób nie wiąże się z uczelnią, na której spędziłam ostatnie 5 lat. Jakieś fanfary, fajerwerki, dziki bal, coś teges? No właśnie, czy i jak zmienia się życie po obronie?

Nie będę Wam ściemniać, że odkąd uporałam się z pisaniem pracy dyplomowej siedziałam z nosem w książkach i przygotowywałam się do egzaminu, bo tak naprawdę rozpoczęłam naukę na 5-6 dni przed terminem obrony 😉 Ale co by nie było, przez ostatnie półtora miesiąca czułam upierdliwy ciężar gdzieś na tyłach mojego umysłu. Nieważne, czy skakałam akurat na koncercie Rudimental, czy zwiedzałam Warszawę, czy zaczytywałam się w kolejnej fajnej książce… Wciąż czułam, że „wszystko super, ale jest jeszcze obrona”. Znacie to, prawda? To upierdliwe uczucie, że gdzieś, w nieodległej, ale bliżej nieokreślonej przyszłości czeka Was przykry obowiązek do spełnienia. Nie możecie go przyspieszyć, nie możecie opóźnić, nic tylko czekać na telefon z „wyrokiem” od dziekanatu (na moich studiach tak to działa – termin egzaminu jest znany na tydzień wcześniej i ani dnia w tę czy we w tą). Jak tu cieszyć się codziennymi przyjemnościami, jak wczuwać się w świąteczną atmosferę, no jak?! No ale w końcu stało się, w końcu przykry obowiązek został spełniony, dziękuję, pozdrawiam, zapłacone, zjedzone. Jak więc zmieniło się moje życie? Nie wiem, jakie jest Wasze zdanie, ale moim zdaniem różnica jest diametralna.

Wszystko sprowadza się do oczekiwań.

Nim nastała radość z zaliczenia egzaminu, codziennie budziłam się w zagraconym pokoju i obiecałam sobie, że po obronie posprzątam. Z przykrością spoglądałam na swoje zaniedbane paznokcie, obiecując sobie nadrobić manicure’owe zaległości po obronie. Wypożyczone z biblioteki książki smutno patrzyły na mnie z półki, cichutko kwiląc „a co z nami? co z nami?!”. Odpowiadałam im: po obronie. Tyle miałam pomysłów na posty na bloga! Oczywiście mówiłam: po obronie. Ileż spotkań planowałam, ile osób chciałabym w końcu zobaczyć! Ze wszystkimi umówiłam się na spotkanie po obronie. Na siłownię przestało mi być po drodze, ale, a jakże, opracowałam już plan treningowy na okres po obronie. Nawet moja skóra nóg i dłoni, wysuszona mrozami, dopominała się o uwagę, ale byłam konsekwentna. Mówiłam: po obronie!  Raz po raz wpadałam na inne istotne pomysły – praca, mieszkanie, generalnie plany, plany plany… Oczywiście termin realizacji po obronie.

Oczekiwałam zatem, że z chwilą opuszczenia sali egzaminacyjnej po ogłoszeniu pozytywnego werdyktu (jaki miałby być, helooł?! :P) moje życie totalnie się odmieni. Paznokcie będą zadbane, skóra nawilżona, ploteczki ze znajomymi szybko zostaną nadrobione, normalnie nowy etap życia, same pozytywne zmiany, nic tylko skakać ze szczęścia i brać się do roboty.

No właśnie, tu jest cały pies pogrzebany.

No bo jak to, nagle mam zakasać rękawy i zabrać się do pracy…? Ale, ale… Jak to? A obrona? Sieeet… Idealna wymówka mi się unieważniła…! Nagle nie mam już jak wytłumaczyć sobie swojego braku czasu na porządek i aktywność na siłowni, swoich niedomalowanych paznokci, nie mówiąc nawet o nienawilżonej skórze (smarowanie się codziennie po prysznicu balsamem to naprawdę, NAPRAWDĘ spore wyzwanie :P). Dla mnie zmiana diametralna, nagle okazuje się, że to wcale nie obrona wstrzymywała mnie od tych wszystkich wspaniałych planów, to po prostu ja, po prostu mi się nie chciało… Niesamowite odkrycie (!).

Sami widzicie, życie po obronie odmienia się nie do poznania.

W ciągu kilkudziesięciu minut tracimy wymówkę idealną i okazuje się, że to nie obrona stała za wiecznym brakiem czasu. Będziecie zaskoczeni, ile macie w sobie z leniucha! Ale co by nie było, zrobienie kroku naprzód, zostawienie za sobą spraw studiów i możliwość skupienia się na innych, przyjemniejszych lub po prostu nowych kwestiach, to naprawdę wspaniałe uczucie. Nieopisana, cudowna ulga, jakby ktoś po kilku miesiącach dźwigania dziwnego ciężaru nagle Was od niego uwolnił. Więc nawet jeśli tę ulgę trzeba okupić codzienną aplikacją balsamu nawilżającego, to warto!

(Visited 1 047 time, 1 visit today)