Zrobiłam sobie ostatnio wspaniały prezent. Nie zapłaciłam za niego ani złotówki, a w zamian dostałam coś bezcennego – święty spokój i czysty umysł. I mam z tej okazji dobrą wiadomość: Ty też możesz się w ten sposób obdarować. Bo tak jak ja doznałam olśnienia, tak może olśnić Ciebie.

Mój newsfeed

Nie wiem, jakie strony obserwujecie w social media, ale jestem niemal pewna, że są wśród nich te związane z byciem fit, znajdzie się też pewnie kilka blogów szafiarskich albo fanpages dzielących się ze światem kompletnie bezwartościowymi linkami, których chwytliwe tytuły zawsze skuszą do kliknięcia. Wiem to, bo tak właśnie wyglądał mój newsfeed jeszcze kilka tygodni temu. Logowałam się na Facebooka czy Instagram i widziałam tylko takie rzeczy: ładne tyłki, gładkie uda, wydęte usta, sałatki, owoce, kolorowe koktajle, czekoladki, kawy, burgery, drogie torebki i kosmetyki, do tego dużo selfie w lustrze. Generalnie nic ciekawego.

Potrzeba prawdziwej treści

Coraz rzadziej zdarzało mi się trafić na ciekawy artykuł, bo nawet jeśli taki pojawiał się na Facebooku, zakrywały go fit inspiracje i stylizacje blogerek. A co najgorsze, ja naprawdę ekscytowałam się tymi dennymi newsami, którymi niektóre blogerki czy portale dzieliły się z internautami. I pewnie długo jeszcze spędzałabym czas przed snem oglądając snapy albo przeglądając fotorelację z codziennego życia tych osób, gdyby jedna z nich nie ścięła włosów i nie wywołała lawiny newsów, kłótni i plotek. To naprawdę był przełom, ale zupełnie inny niż się wszystkim wydaje.

Z pewnością część z Was kojarzy tę sytuację, więc nie będę jej szerzej opisywać, skupię się jedynie na tym, jaka była moja reakcja. Nie zdziwię pewnie nikogo: widząc, że kroi się mini afera, od razu zaczęłam przeglądać Snapchat szukając reakcji kolejnych zainteresowanych, czytałam komentarze na FB, przeglądałam ostatnie zdjęcia na Instagramie…

I nagle doznałam olśnienia

Całe szczęście, że w końcu przyszło, inaczej nie wiem, jak bym skończyła.Olśnienie było następujące – dziewczyno, właśnie straciłaś godzinę ze swojego życia próbując dowiedzieć się szczegółów „afery”, której początkiem była zwykła wizyta u fryzjera zwykłej dziewczyny, która poza liczbą fanów na FB (co to tak naprawdę jest?!) niczym nie różni się od przeciętnego Kowalskiego. Żenada! Uderzyło mnie to tak mocno, że od razu kursor skierowałam na przycisk „Unlike”. Za jednym zamachem usunęłam się z bazy fanów wszystkich topowych szafiarek. W ciągu kilku następnych dni zrobiłam generalną czystkę w znajomych i stronach, które obserwowałam. Poleciało mnóstwo głów, aż w pewnym momencie pomyślałam, że może to błąd, w końcu przez tyle lat dostarczały mi codziennej dawki newsów.

Zdrowa dawka frustracji

Ale potem przypomniałam sobie, co to były za newsy. Czyli te ładne tyłki, gładkie uda, sałatki i cała reszta… Jak to ma się do mnie, do mojego życia? Co im zawdzięczam? I jak świadczy o mnie taka prasówka? Wiele z tych stron polubiłam w myśl zasady, że będą dla mnie motywacją. Motywacją do aktywności fizycznej, lepszej diety, ciekawszego życia. W rzeczywistości jednak one zabierały z mojego życia całą ciekawość, a mnie raczej frustrowały. Wszechogarniające zdjęcia tyłków, brzuchów, jędrnych ud, wyrzeźbionych ramion, droga bielizna, drogie ubrania, drogie akcesoria, buty, kosmetyki… Dopiero gdy zniknęły mi z oczu uświadomiłam sobie, jak bardzo mnie to wszystko przytłaczało. Nie czerpałam z nich inspiracji, nie motywowały mnie do działania, zamiast tego codziennie o każdej porze dnia i nocy uświadamiały mi, że zjadłam nie to co trzeba, mam nie tę co trzeba metkę w spodniach i pomalowałam usta nie tą szminką, co powinnam. Jednym słowem totalna katastrofa.

Niczego nie żałuję

Od czasu dokonanej przeze mnie czystki minęły już ponad trzy tygodnie. Niczego mi nie brakuje, za niczym nie tęsknię, nie poczułam żadnej straty. Ba, nie jestem w stanie nawet powiedzieć, co tak naprawdę zniknęło z mojej codziennej prasówki. Zamiast przejmować się kto pierwszy ściął włosy, kto trzyma diety, a kto sobie odpuścił, skupiłam się na tym, co u mnie. Nagle znalazłam więcej czasu na czytanie, na robienie zdjęć, na obcowanie z bliskimi, na przytulanie Bebka, na snucie planów na nowy rok… Motywacji i pomysłów zaczęłam szukać sama, nikt nie podtyka mi ich już pod nos krzycząc „TAK MUSISZ WYGLĄDAĆ! TO JEST TOTALNY MUST HAVE! PAMIĘTAJ, DZISIAJ SIŁKA!”.

Jestem pewna, że uporządkowanie swojej wirtualnej przestrzeni miało realne przełożenie na mój nastrój, nastawienie, życie w rzeczywistości. To naprawdę był najlepszy prezent, jaki mogłam sobie sprawić tuż przed początkiem zupełnie nowego roku. Ogłaszam dziś oficjalnie, że będzie to rok spokojny, cichy i pełen wartościowych treści. A jeśli chcecie się czymś takim ze mną podzielić, jestem otwarta na wszelkie propozycje.

  • Amen.

    Kilka miesięcy temu zrobiłam to samo i jest mi o wiele lepiej. W między czasie jednak przybyło znowu kilka zjadaczy czasu, więc czas powtórzyć operację usuwania:) Polecam to robić regularnie:))

    • Hania

      Taki mam plan, faktycznie z czasem przybywa nowych stron, trzeba dać im chwilę, aby przetestować, a potem usuwać, co niepotrzebne. Do człowieka codziennie dochodzi tyle sygnałów, tyle tekstów, tyle bodźców, że zwykła higiena nakazuje, aby minimalizować tę ilość ile tylko się da. A najlepiej minimalizować ją przez filtr jakości 🙂