Powoli zaczyna do mnie docierać, że opuszczam zaszczytną lożę osób młodych. Mówiąc osoba młoda nie mam jednak na myśli rubryki „wiek”, ale stan umysłu i postrzegania rzeczywistości. Wiecie pewnie, co mam na myśli: osoba młoda to ktoś, kto jest panem swojego świata, nic nie musi, wszystko może i w każdej chwili ma możliwość zmienić swoje życie z niespotykaną łatwością. Jednego dnia chce być prawnikiem, drugiego podróżnikiem i nie ma absolutnie żadnych problemów z nagłą zmianą realizowanego planu. Wszystko dlatego, że osoba młoda nie ma zbyt wielu zobowiązań, a większość jej planów to plany na kiedyś tam. Może więc dostosowywać te plany z godziny na godzinę, bo ma przed sobą całe życie i wszystkie najważniejsze decyzje do podjęcia. Sporą część tych decyzji mam już za sobą i chociaż wiem, że dla mnie nie jest za późno, bo nawet dyplomu jeszcze nie odebrałam z dziekanatu, to jednak powoli zaczyna mnie dopadać FOPMC*, tj. fear of passing my calling.

Brak misji, brak powołania

Nigdy nie czułam powołania do żadnego konkretnego zajęcia. Zazdrościłam mojej starszej siostrze, która to powołanie ma od zawsze, ja tymczasem czułam się w tym względzie wybrakowana. Moja wizja zawodu zmieniała się z dnia na dzień, miałam już plany zostać sklepikarką, fryzjerką, weterynarzem. Im byłam starsza, tym pomysłów miałam coraz mniej i byłoby to całkiem normalne, gdyby nie fakt, że nie krystalizował się w tym wszystkim jakiś pomysł numer jeden. W końcu gdy jesteśmy mali przechodzimy fascynację chyba wszystkimi zawodami, ale z czasem któryś z nich staje się tym zawodem i wiemy, że właśnie z nim zwiążemy naszą przyszłość. I tak jak moja siostra od najmłodszych lat wiedziała, że zostanie lekarzem, ja zostałam z niczym. Brak jakiejkolwiek misji, jakiegokolwiek cienia powołania. Nic.

Myślałam, że to wszystko przyjdzie z czasem

Poszłam do podstawówki, później musiałam wybrać gimnazjum, po nim liceum i profil kształcenia, a na koniec studia. Każda z tych decyzji była dla mnie bardzo trudna, bo wciąż brakowało mi powołania. Dokonywałam więc decyzji na zasadzie mniejszego zła, czyli najbardziej optymalnego wyboru. Chociaż zawsze uważano mnie za humanistkę, w liceum postawiłam na klasę matematyczną – bo daje więcej możliwości. Pozwoliło mi to rozbudzić w sobie potrzebę uzyskania tytułu inżyniera, więc na studia wybrałam się na Politechnikę. Ale skoro brakowało mi powołania, znów podjęłam decyzję w oparciu o mniejsze zło. Wyeliminowałam wszystkie bardzo specjalistyczne studia, bo do żadnych z nich nie czułam chemii. Nie brałam pod uwagę budownictwa, informatyki, mechaniki… Stwierdziłam, że najlepiej wyjdę idąc na studia z zarządzania. Mogłam wybrać każdy inny kierunek i najpewniej z sukcesem się na niego dostać, a wybrałam ten, który jest obiektem kpin wszystkich inżynierów z krwi i kości. I tak zaczęłam studia na tzw. wydziale gier i zabaw.

Dzisiaj nie żałuję tej decyzji

Wiem, że była to najlepsza decyzja, jaką mogłam wtedy podjąć. Nie zmienia to jednak faktu, że idąc na studia z tą wiedzą o sobie, którą mam teraz, wybrałabym coś zupełnie innego. I dlatego czasem dopada mnie FOPMC. Jest jeszcze na tyle wcześnie w moim życiu, że mogę nadrobić wiedzę, której nie zdobyłam na studiach. Mogę pójść na specjalistyczny kurs, na studia zaoczne lub podyplomowe. Możliwości jest wiele, choć na razie jeszcze nie odczuwam silnej potrzeby, aby z tych możliwości korzystać. Przecież mam jeszcze czas. Ale czasem ogarnia mnie lęk, że któregoś dnia będzie za późno. Któregoś dnia przestanę być osobą młodą i nie dam rady nadrobić jakiejś straty, nie znajdę kursu, który pozwoli mi zrealizować nagle rozbudzone we mnie powołanie. I co wtedy, gdy będzie już za późno?

Nie starczy mi odwagi

Wiem, że współcześnie jesteśmy faszerowani hasłami o tym, że nigdy nie jest za późno; jesteś panem swojego losu; just do it! itp. Ale ja w nie nie wierzę. Chociaż wierzę, że drzemie we mnie ogromna siła i konsekwencja w realizacji raz podjętej decyzji, to jestem świadoma, że kiedyś faktycznie będzie za późno i nie odważę się rzucić wszystkiego w imię jakiejś idei. Na przykład nie zostanę już w życiu lekarzem. Ogarnia mnie przerażenie na myśl, że mając trzydzieści kilka lat obudzę się pewnego dnia i stwierdzę, że jestem stworzona, żeby leczyć. I nigdy nie spełnię swojego powołania. Nigdy nie uratuję czyjegoś życia, nigdy nie będę człowiekiem spełnionym. Nie czarujmy się, mając trzydzieści kilka lat, prawdopodobnie męża, dzieci, dobrą pracę, nie starczy mi odwagi, aby zaryzykować to wszystko i pójść na pięcioletnie studia, potem staż, rezydenturę… Na pewno nie jestem aż tak odważna, chociaż to stwierdzenie bardzo mnie boli.

I dlatego dzisiaj dopada mnie FOPMC

Akurat dzisiaj, ponieważ wiem, że jeszcze nie jest za późno, jeszcze dałabym radę zacząć jakieś studia na nowo, ukończyć je, znaleźć pracę. Ale powołanie jeszcze się nie odezwało, co nie oznacza, że nie odezwie się za rok, za 5 lat, za 15 lat. I co ja wtedy zrobię? Jako osoba młoda bez problemu dostosowałabym się do nowej sytuacji. Z łatwością ukierunkowałabym swoje całe życie w taki sposób, aby móc się realizować. Ale powoli przestaję być osobą młodą. I gdy o tym wszystkim myślę, dochodzę do wniosku, że nie być osobą młodą to największe wyzwanie jakie stoi przed osobami dorosłymi. Aby brać życie takim jakie jest, nie biadolić, że czegoś nam brakuje, tylko użyć wszystkiego tego, co się ma, żeby zbudować sobie taką rzeczywistość, o jakiej się marzy. Albo bardzo zbliżoną. Przekładając to na język osób młodych, a wręcz język dzieci – zamiast płakać, że brakuje nam kredki zielonej, lepiej połączyć siły niebieskiej i żółtej. A jeśli bardzo się postarać, z trzech podstawowych kredek można wyczarować całą paletę barw. Jako osoba dorosła będę robiła wszystko, aby tego dokonać.

 * Inspiracją do określenia „FOPMC” był tekst na blogu Riennahera, który polecam przeczytać.

(Visited 780 time, 1 visit today)