Do niedawna moje doświadczenie w zakresie remontów sprowadzało się przede wszystkim do dwóch czynności – malowania ścian i budowania domków w Simsach. Przez chwilę nawet miałam się za fankę remontów, bo to takie przyjemne zmieniać otoczenie wokół siebie albo przebudowywać wille mojego Sima. Tym bardziej, że w Simsach tworzyłam postać na swoje podobieństwo, więc rearanżując domek w grze czułam się prawie tak, jakbym urządzała go dla siebie w rzeczywistości. Stąd też tryb budowania stał się moją ukochaną funkcją całej gry, wszystko w nim było takie proste, łatwe i przyjemne. Aż pewnego dnia wzięłam się z Lubym za remont naszego pierwszego w życiu wspólnego mieszkania, takiego prawdziwego, z krwi i kości, czy raczej z cegieł i zaprawy. I szlag trafił mój entuzjazm.

Gdy padło hasło „remontujemy” nie mogłam spać po nocach z wrażenia. Oglądałam setki zdjęć na Pintereście, zainteresowałam się obszerną kolekcją magazynów wnętrzarskich mojej mamy, szukałam porad w internecie, rozglądałam się po sklepach stacjonarnych. Pierwszy raz w życiu pojechałam do Ikei wybierać coś więcej niż pościel czy przybornik na biurko. Nareszcie miałam powód, aby spędzić trochę czasu w dziale Kuchnie czy Łazienki. Cudowne uczucie. Gdy w końcu nadszedł moment, aby z fazy planowania przejść do fazy projektowania, mój entuzjazm topił się powoli, ale w trybie constans.

Rzecz w tym, że moje pojmowanie remontu kończyło się na obmyśleniu koncepcji. Nawet nie na projektu, ale koncepcji – wybrałam kilka fotek z Pinteresta, wymyśliłam, jak pomalować ściany i w sumie chciałam na tym poprzestać wierząc, że nazajutrz wszystko będzie gotowe. No ok, może nie nazajutrz, ale na pewn0 byłaby to kwestia tygodnia, no góra dwóch.

„I wtedy się obudziłaś” – powinien zabrzmieć głos narratora.

Jak to zwykle w życiu bywa, rzeczywistość okazała się brutalna. Nie tylko przestałam być fanką remontów, ja wręcz nienawidzę remontów, a trybu budowania w Simach nie uruchomię chyba przez lata. Bo życie to jednak nie The Sims.

Remont jest jak hydra

Przykładowo, gdy rozpoczynaliśmy naszą przygodę z remontem nie mogłam się doczekać pierwszych zakupów. Dzisiaj przeklinam chwile, gdy trzeba coś kupić. I to już nawet nie o pieniądze tu chodzi, chociaż wiadomo, że remont mieszkania, tym bardziej taki generalny, na jaki my się porwaliśmy, to bardzo droga zabawa. Ale zakupy męczą, bo wciąż czegoś brakuje, wciąż trzeba coś wybrać, wciąż trzeba podejmować decyzje.

Decyzje – słowo klucz w przypadku remontu.

Parkiet, panele czy deska barlinecka? Burzymy ściankę czy nie burzymy? Parapety plastikowe, drewniane czy MDFy? Drzwi 60-, 70-, 80- czy 90-centymetrowe? Z szybkami czy bez? Jak z szybkami, to o jakiej wysokości? Kafelki matowe czy błyszczące? Na podłodze gres czy kafle antypoślizgowe? Z którego sklepu, stacjonarnego czy internetowego? Płatność online czy za pobraniem? Odbiór osobisty czy kurier?

Oczywiście każda kolejna podjęta decyzja przybliża nas do naszego wymarzonego mieszkania. Pierwszego, wspólnego, urządzonego we własnym stylu mieszkania. I oczywiście, że cieszą mnie podjęte decyzje, cieszy mnie stół, który aż się prosi o złożenie, i ta sofa, która na razie czeka w garażu aż nadejdzie chwila, gdy zaszczyci nasz salon. Nawet te 70m2 podłogi, którą sami będziemy montować, to też mnie cieszy. Tylko cholera jasna, czemu to wymaga tyle uwagi? Czemu nie wystarczy powiedzieć „wezmę dębową deskę barlinecką” i po prostu ją kupić, zamówić transport i już? Niee, w rzeczywistości to tak nie działa. Zanim doszłam do kasy musiałam wybierać spośród sześciu odcieni dębu, później należało wybrać listwy przypodłogowe (drewniane, plastikowe czy MDF? kształt kanciasty, zaokrąglony, jakiś finezyjny?), w międzyczasie tak długo kręciłam się na dziale z podłogami, że zaczęłam rozważać opcję znacznie tańszych paneli. No ale dobra, niech będzie ta deska. No tak, ale nie mają tylu metrów na stanie, trzeba zamówić. Jak zamówić, to na kogo? Na kiedy? Transport samodzielny czy zamawiamy? Płatność dzisiaj czy przy odbiorze? Gotówką czy kartą? A MOŻE NA RATY?!

Pytań nie ma końca i na każde trzeba odpowiedzieć. Nie można się zamyślić i nierozważnie rzucić jakąś odpowiedź, bo możemy skończyć z 70 metrami podłogi która ni-ch..a nam nie pasuje. A weź się zorientuj o tym już po jej montażu i codziennie, dzień w dzień, w każdej chwili spędzonej w mieszkaniu przypominaj sobie o tym dniu przed laty, gdy zamyśliłaś się na dziale z podłogami i wzięłaś nie tę, co trzeba. Przerąbane.

Kiedyś myślałam, że remont sprowadza się do decyzji „remontujemy czy nie?”, ewentualnie „remontujemy samodzielnie czy bierzemy ekipę?”.

Tymczasem okazało się, że remont jest jak hydra. Gdy podejmiesz jedną decyzję, powstają trzy kolejne. I tak w nieskończoność, aż skończy Ci się cierpliwość albo kasa. Nie sądziłam, że nadejdzie w moim życiu chwila, gdy zatęsknię za debetem.