Jako osoba pozbawiona w to lato urlopu, z nieukrywaną radością przyjmowałam w lipcu pesymistyczne informacje pogodowe. Czerwiec był w tym roku przyjemnie ciepły, że bałam się o swoje zdrowie psychiczne, gdybym przez następne dwa miesiące miała zza okna biura przyglądać się urlopowiczom zażywającym kąpieli słonecznych tuż pod moim nosem. Więc gdy lipiec przyniósł ze sobą ochłodzenie, na początku przyjęłam go z wielkim entuzjazmem. Jeśli ja nie odpoczywam, to Wy też nie! – śmiała się moja zołzowatość. Ale gdy z tygodnia na tydzień pogoda była coraz gorsza, deszcze coraz bardziej obfite, a zakładane przeze mnie ubrania coraz grubsze, pomyślałam, że wcale nie jest mi do śmiechu.

Meteopatia nie jest uznawana za „prawdziwą” chorobę. Niektórzy śmieją się, że meteopata to po prostu hipochondryk chory na pogodę. Czyli że to jedna wielka ściema.

Nie da się ukryć, w meteopatii jest dużo niewiadomych i wątłych teorii, ale czy ktokolwiek z Was może powiedzieć, że jest w pełni odporny na zmiany meteorologiczne? Niechaj pierwszy rzuci kamień.

Jestem ostatnią osobą, która mogłaby coś takiego oznajmić. Są dni, kiedy przez ogólną ponurowatość panującą za oknami nie potrafię wstać z łóżka. Deszcz sprawia, że staję się drażliwa i jeszcze wredniejsza niż zwykle. Ale tegoroczne lato dowodzi, że pogoda ma na mnie wpływ jeszcze w innym wymiarze – w poczuciu czasu. Przez ostatnie tygodnie wielokrotnie zaglądałam w kalendarz, aby upewnić się, czy to aby na pewno lipiec. Chociaż moje życie toczyło się w trybie constans i wydawało mi się, że dni mijają leniwie jeden po drugim, parokrotnie zdarzyło się poczuć, jakby ktoś wyrwał mi z życiorysu całe tygodnie.

Rzecz w tym, że gdy panujące warunki atmosferyczne są totalnym zaprzeczeniem aktualnej pory roku, tracę grunt pod nogami. Można to porównać do pływania pod wodą: dochodzące do człowieka bodźce tłumi zagłuszająca otchłań i dopiero po wynurzeniu słyszy i czuje to co dzieje się wokół. W tym przypadku wynurzenie następuje, gdy wraca słońce i ciepło. Wtedy wyrywam się z tego stanu, co można porównać do łapania oddechu ponad powierzchnią wody. Takie histeryczne wdychanie powietrza, tak aby dostarczyć płucom niezbędnego tlenu. Czy raczej ciału i duszy niezbędnego słońca.

Tego lata czuję się tak samo. Nie wiem, jaki to miesiąc, jaki dzień tygodnia. Równie dobrze mógłby to być kwiecień albo październik, nie poczułabym różnicy. Nawet moja zołzowatość odpuściła i chętnie przywróciłaby lato na świecie. Niech już inni cieszą się tym urlopem, tylko przywróćcie mi proszę to ciepło, przyjemne muśnięcia słońcem i pragnienie, które ugasić może tylko mocno zmrożony arbuz jedzony na śniadanie, obiad i obowiązkowo kolację.

Niechaj więc stanie się lato!