To, że akurat w pierwszy dzień jesieni trafia mi się taki dzień jak dziś, jest paskudnym zrządzeniem losu. Bo zazwyczaj jesień witam z uśmiechem na twarzy. Przez wiele lat zupełnie nie doceniałam tej pory roku, ale od kilku lat cieszę się na jej przyjście i wiem, że niesie ze sobą dużo dobrej energii i zapału.

Ale dzisiaj przejdzie do historii nie zostawiając po sobie większego śladu. Moim największym sukcesem tego dnia pozostanie przyrządzona na śniadanie owsianka, którą jadłam po 11:00 będąc jeszcze w piżamie. Jeśli w piątek dzieją się takie rzeczy, to znak, że produktywność mnie opuściła i jest niemal pewnym, że do końca dnia nie zrobię nic z rzeczy ważnych i bardzo możliwe, że z tych nieważnych też nie. Po prostu, niczego dzisiaj nie zrobię. Na zegarku jest 13:28 i mogę potwierdzić, że jak na razie przepowiednia się sprawdza.

Leżę zawinięta w koc na moim ukochanym szezlongu, przewracam się na bok i patrzę w niebo. Jest szare, ledwo zarysowują się na nim delikatne chmury. Niebo też ma dzisiaj wolne od pracy – nie poraża nas błękitem, zamiast tego przybrało zasłonę dymną i pewnie też leży schowane, zawinięte w ciepły koc. A my musimy męczyć się tu na dole ze swoimi rozterkami, nie mając szansy spojrzeć na błękit u góry, który w chwilach zwątpienia zwykł przychodzić nam z pocieszeniem. Lubię patrzeć w niebo, gdy mi źle. Naprawdę czuję wtedy jakieś wsparcie, czuję, że nieważne, co dzieje się w moim życiu, to samo niebo już niedługo będzie świadkiem moich wzlotów, a nie tylko tych obecnych upadków. To dla mnie niezwykle pocieszające doznanie. Ale dziś tego błękitu nie ma, dzisiaj szukając pomocy patrzę w górę i widzę tylko szarość, wszędzie szarość.

W tym marazmie, będącym poniekąd wynikiem dopadającej mnie choroby, nadchodzą te krótkie momenty skupienia, w których jestem w stanie wysilić się na jakieś głębsze przemyślenia niż rozkminę, co zjeść następne (po tym, jak zjem to, co jem w tym momencie. Bo w takich chwilach zazwyczaj jem sporo). Te krótkie momenty skupienia uświadamiają mnie, że jest piątek, ludzie w tym czasie pracują, spełniają marzenia, odnoszą sukcesy, czasem tracą majątki, czasem zdrowie, ale generalnie coś ze swoim życiem robią. A ja leżę zawinięta w koc i ubolewam nad szarością nieba. Coś tu jest nie halo.

Te krótkie momenty skupienia wywołują u mnie czarne myśli, z których najczarniejsza jest ta, która podpowiada: „Zmarnujesz swój potencjał. Jeśli w ogóle kiedykolwiek go miałaś.”

O moim potencjale nasłuchałam się w życiu sporo i od wielu osób. A dzisiaj, mając 25 lat, dużo częściej dopada mnie myśl, że nie robię tego, co powinnam i że za 10, może 20 lat będę wspominać ten dzień, który przeleżałam bez ruchu, te zajęcia, którymi zaprzątałam sobie głowę w młodości i że wszystkiego tego będę bardzo żałować.

Te krótkie momenty skupienia wywołują u mnie obezwładniającą panikę. Boję się zmarnować, a jednocześnie nie mam absolutnie żadnego planu, jak tego uniknąć. Ja po prostu nie wiem, do czego zostałam stworzona i czemu chcę poświęcić życie. A gdy miałam 10 lat mniej, byłam pewna, że w wieku 25 lat będę już to wiedzieć.

Tymczasem leżę dalej w miejscu, trochę się trzęsę i nie wiem, czy to gorączka czy to ten strach. Krótkie momenty skupienia mijają równie niespodziewanie, jak się pojawiają i nadchodzi ten słodki czas zapomnienia, gdy leżenie zawinięta w koc na kanapie wydaje się nie być żadnym marnotrawieniem czasu.

***

Więc leżę. I myślę, że największym problemem nas, ludzi, jest zrozumienie istoty bycia – że na nasze „bycie” składają się wszystkie pojedyncze momenty życia, i te sukcesy, i te porażki i to leżenie na kanapie w bezruchu. I te krótkie momenty skupienia to też jest nasze życie. I z szacunku do nas samych, powinniśmy cenić każdą z tych chwil i mimo wszelkim niedogodnościom, fizycznym i psychicznym, iść naprzód. Wiem, że nie da się przejść przez życie bez leżenia, to po prostu niewykonalne. Ale nawet nie mając planu, nie znając celu, wolę te chwile, gdy coś ze sobą robię, choćby nie miało mnie to przybliżyć do szczęścia nawet o centymetr. Gdy coś jednak robię.

I teraz spojrzałam znów na niebo. To byłoby tak idealne, gdyby nagle stało się znów błękitne. Oczywiście nie jest, nici z mojego pocieszenia. Ale coś jednak się zmieniło – chociaż szarość nadal króluje tam w górze, przez zasłonę dymną przebija się więcej światła. I teraz nawet deszcz pada.

Jeśli niebo postanowiło jednak coś ze sobą zrobić, to ja też muszę. Więc wstaję.

(Visited 327 time, 1 visit today)