Gdy wraz z Lubym podjęliśmy decyzję o wspólnym zamieszkaniu, moje myśli wciąż kierowały się ku sprawom remontu, zakupu mebli, sprzątaniu. Proces przeprowadzki trwał u nas dokładnie rok. To kawał czasu i wydawać by się mogło, że wystarczający, aby oswoić się z myślą o nowym rozdziale w życiu. Wystarczający i dla nas, i dla naszych bliskich. Ale dzisiaj mogę otwarcie przyznać, że nie spodziewałam się, co tak naprawdę oznacza dla nas wspólne zamieszkanie. Bo przez 12 miesięcy przygotowań byłam tak zafiksowana na punkcie wprowadzki, że kompletnie zignorowałam fakt, że przeprowadzka ma też drugi koniec: jest nim wyprowadzka. I to ona okazała się najtrudniejsza.

„Wprowadźmy się już!”

Gdy w miniony piątek jak zwykle po pracy wróciłam do domu, myślałam tylko o tym, że muszę się spakować i przewieźć rzeczy do nowego mieszkanka. Przez ostatnie miesiące robiłam to już jednak wielokrotnie, więc poniekąd stało się to moją codzienną rutyną. Byłam tym już nawet nieco zmęczona i często powtarzałam Lubemu „wprowadźmy się już!”. Ale piątek miał być dniem, kiedy po przewiezieniu pakunków miałam już do domu nie wrócić. Wiedziałam o tym od tygodnia, bo tak z Lubym postanowiliśmy. Przez kilka godzin upychałam ubrania do siatek, książki pakowałam do plastikowych pudeł, potem cały ten dorobek starałam się zmieścić w niedużym bagażniku mojego samochodu. Wszystko działo się zgodnie z wcześniej uzgodnionym planem.

W końcu późnym wieczorem stanęłam w przedpokoju, aby oznajmić, że mogę już ruszać do siebie.

I dopiero wtedy, obładowana ostatnią partią siatek i toreb, stojąc przed żegnającymi mnie rodzicami, dotarło do mnie, że ja nie tylko wprowadzam się do nowego miejsca: ja wyprowadzam się z obecnego.

Taka kolej rzeczy

Ogarnęła mnie kompletna panika. Nie mogłam opanować łez, mimo że jednocześnie czułam się niezwykle szczęśliwa. Chyba nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiego koktajlu uczuć. Wiedziałam, że za 15 minut stanę w progu naszego wymarzonego mieszkanka, ale jednocześnie nie byłam w stanie ruszyć się na krok z progu rodzinnego domu. Pożegnanie przebiegało w smutnej atmosferze, chociaż  każdy z nas wiedział: przecież taka kolej rzeczy, tak musi być. Na dodatek przeprowadzam się do mieszkanka oddalonego o 10 minut drogi samochodem – przecież to nie koniec świata! (ani nawet Gdańska!)

W końcu zebrałam się w sobie, wsiadłam do samochodu i ruszyłam. Ryczałam przez całą drogę. Zawodziłam jak głupia, aż mi było wstyd, że być może słyszą mnie mijający kierowcy innych aut. Musiałam jednak wyrzucić z siebie tę mieszankę uczuć. Gdy dotarłam na miejsce, w drzwiach czekał już Luby z bukietem kwiatów na powitanie. I chociaż nie przestałam płakać, nasze wspólne mieszkanie rozpoczęło się na dobre. Po około kwadransie udało mi się uspokoić i w końcu zabrałam się za to nowe życie. A zaczęłam oczywiście od sprzątania.

Jeszcze Bebek…

To było 5 dni temu. Przez ostatnie doby już nie płakałam, z wyjątkiem krótkiej wizyty w domu, gdy pojechałam wyprowadzić na spacer siedzącego w domu Bebka. Weszłam do swojego pustego już pokoju i totalnie się rozkleiłam. Na domiar złego, gdy Bebek zobaczył, że ponownie zabieram ze sobą sporą ilość pakunków (nie udało mi się zabrać wszystkiego za pierwszym razem) i zbieram się do wyjścia, wybiegł do ogrodu, położył się na trawie i nie chciał ruszyć z miejsca. No po prostu nie do wiary! Nigdy nie robi takich numerów, a musiał dorzucić swoje 3 grosze akurat gdy ledwo panowałam nad sobą. No to usiadłam obok niego na tej trawie i płakałam dalej. Przeszło mi co prawda przez myśl, że być może wcale nie chodzi mu o mnie, tylko nie chce mu się siedzieć w domu, ale wolałam wierzyć, że podobnie jak ja jest pogrążony w głębokim smutku.

Dom = stałość

Opowiedziałam o tym wszystkim przyjaciółce i powiedziała, że pierwszy raz słyszy, aby ktoś rozpaczał po wyprowadzce z domu. Że powinnam być mega szczęśliwa, a nie zalewać się łzami. I najśmieszniejsze jest to, że ja naprawdę jestem szczęśliwa, ale jednocześnie niewyobrażalnie smutna. Nie chodzi tutaj tylko o tęsknotę za rodzicami i za Bebkiem, ale za całym moim życiem. Bo ten dom to było całe moje życie. To do niego wracałam każdego dnia po szkole, po studiach, po pracy, za nim tęskniłam w czasie dalekich podróży. To było to miejsce, w którym cieszyłam się swoimi sukcesami i opłakiwałam porażki. Tutaj rozwijałam swoje pasje, zakochiwałam się, rozstawałam, tyłam, potem chudłam, a na koniec znów tyłam (co zrobić).

Przez ponad 20 lat ten właśnie dom był stałym punktem w moim życiu: wszystko wokół mogło się zmieniać, ale wiedziałam, że zaraz wrócę do siebie. A teraz to się skończyło (możecie w to nie wierzyć, ale w momencie napisania powyższego zdania, znowu łzy spłynęły mi po policzkach, po prostu nie potrafię tego opanować! #beksa ).

Uwaga, nadchodzi jeszcze bardziej ckliwy morał!

Na różnych kiczowatych akcesoriach wyposażenia domowego często trafiam na ten „tani” tekst:

Home is where the people who love you live.

Więc teraz mam dwa domy, ba, pewnie mam ich więcej, bo powinnam doliczyć resztę rodziny: siostrę, wujów, ciotki (zakładając, że faktycznie mnie kochają, a z moim charakterem to różnie bywa, c’nie). To prawda, że moje życie na swój sposób się skończyło, ale jednocześnie zaczęło się coś zupełnie innego, nowego. Przeprowadzka to przede wszystkim wyprowadzka, ale skoro przez rok przygotowań skupiałam się tylko na wprowadzce, postaram się dalej trzymać tego podejścia. Nie myśleć o końcu, tylko o początku. Wszystko, co miało się wydarzyć i co miał mi dać rodzinny dom, już się stało, już to przeżyłam i mam w sobie. A teraz trzeba się otworzyć na ciąg dalszy, może z inną scenerią w tle, ale z tymi samymi ludźmi na pierwszym planie. Jakby to powiedziała Tekstualna: zaczynam od nowa 😉

A zacznę oczywiście od sprzątania.
 

(Visited 901 time, 1 visit today)