Do napisania tego tekstu zabierałam się bardzo długo, bo aż kilka miesięcy (sumie tyle samo zajął proces powstawania naszej kuchni z IKEA, więc proporcje czasu zostały zachowane), co wynika głównie z faktu, że chciałam napisać coś wyjątkowego. Rozważałam stworzenie sztuki teatralnej, odegranie scenki albo stworzenie gotowego scenariusza filmowego. Nasze doświadczenia dawały mi duże pole do popisu, bo jest o czym opowiadać, ale ostatecznie postanowiłam przekazać Wam to wszystko ot tak, prosto z mostu. Dlaczego? Bo ta historia jest tak absurdalna, że broni się sama. Niepotrzebne są jej zbędne ozdobniki, metafory i opisy postaci (choć kilka osób w tej opowieści i tak się przewinie). Nie dam Wam jednak gotowej odpowiedzi na pytanie „czy warto kupić kuchnię z IKEA?”. Poznajcie naszą przygodę, obejrzyjcie zdjęcia gotowej kuchni i… zdecydujcie sami.

Jak wspomniałam, proces powstawania naszej kuchni z IKEA trwał długo, a żeby być dokładną to dodam, że były to ponad 3 miesiące. Na wstępie mogę zatem obalić mit, że zakup w IKEA to najszybszy sposób na nową kuchnię, bo przez 3 miesiące to byle stolarz wyczaruje kuchnię marzeń i na dodatek idealnie skrojoną do Waszych potrzeb. Niemniej jednak to właśnie czas realizacji skusił nas do wyboru IKEI. Co jeszcze?

Czy warto kupić kuchnię z IKEA?, czyli o naszym niekończącym się koszmarze

Dlaczego zdecydowaliśmy się na kuchnię z IKEA?

Najważniejsze czynniki, które z początku przekonały nas do zakupu kuchni z IKEA:

  • czas realizacji (mit obalony powyżej);
  • dostępność mebli i sprzętów (mit obalony w następnych akapitach);
  • doskonała obsługa (mit obalony w następnych akapitach);
  • wygoda – wszystkie usługi dodatkowe załatwiane od ręki w jednym miejscu (mit obalony w następnych akapitach);
  • estetyka i trwałość rozwiązań (jak dotąd to jedyny czynnik, którego nie mogę tego podważyć, ale nie mówię „hop”).

Jak widać, historia zapowiada się obiecująco. Ale to dopiero początek.

Ponieważ nasza kuchenna przygoda trwała długo i składa się na nią wiele dziwnych wydarzeń, aby uporządkować te wszystkie sprawy i ułatwić Wam przebrnięcie przez tę opowieść (my nie mieliśmy takich udogodnień, więc doceńcie…!) podzieliłam tekst na kilka części. Każda opowiada o osobnym etapie zakupu i powstawania kuchni z IKEA. Poniżej jeszcze mała ściągawka z tego, jak planowo miał wyglądać proces powstawania naszej kuchni (planowo tj. w momencie zakupu usługi wymiarowania i planowania, od razu zamówiono nam terminy transportu i montażu):

  • 15.07 – wymiarowanie kuchni w naszym mieszkanku
  • 16.07 – planowanie (projektowanie) kuchni z pracownikiem IKEA
  • 20.07 – transport mebli do naszego mieszkanka
  • 26.07 – montaż kuchni

A jak było w rzeczywistości?

HISTORIA POWSTAWANIA NASZEJ KUCHNI Z IKEA

Czy warto kupić kuchnię z IKEA?, czyli o naszym niekończącym się koszmarze

Tak dzisiaj prezentuje się nasza kuchnia (spokojnie, ta biała zmywarka jest tu tymczasowo :)).

1. Wymiarowanie

Wymiarowanie jest usługą dodatkową w procesie zakupu i razem z usługą planowania kuchni tworzy pakiet o cenie 199 zł. Chociaż IKEA na swojej stronie internetowej dostarcza klientom wygodny (podobno) program do projektowania kuchni, gdzie można samemu wprowadzić wszystkie wymiary, postanowiliśmy skorzystać z tych dodatkowych usług dla wygody i większej pewności. Stwierdziliśmy, że dwieście złotych to nie taki majątek (zwłaszcza w kontekście całościowego kosztu kuchni) i lepiej powierzyć to specjalistom, tak aby oszczędzić sobie dodatkowych zmartwień. O ironio…!

W związku z tym w pewne piątkowe popołudnie, w wyznaczonym wcześniej terminie, pojawił się w naszym mieszkanku młodziutki pan z IKEA, który zebrał pomiary całego pomieszczenia, w której kuchnia miała powstać. Tylko Luby był przy tym obecny i zapytany przeze mnie o wrażenia, powiedział, że chłopak wydał się kompetentny i że na żywo odręcznie wyrysował cały plan pokoju i kolejno dokonywał pomiarów. Pomyśleliśmy, że wszystko dobrze się zaczyna.

Co poszło nie tak?

Nazajutrz po wymiarowaniu mieliśmy umówioną usługę planowania (na konkretną godzinę, tj. 12:00). O 11:50, gdy byliśmy już w drodze do sklepu IKEA, zadzwonił do nas pan dokonujący wymiarowania. Powiedział, że właśnie się okazało, że zapomniał zebrać jeden wymiar i czy bylibyśmy tacy uprzejmi, aby zajechać do mieszkania i uzupełnić ten brak. Szczęśliwym trafem przejeżdżaliśmy wtedy obok naszego mieszkanka, więc nie był to dla nas duży problem (chociaż z tego powodu spóźniliśmy się później na usługę planowania). Nie byłoby w tym nic dziwnego, w końcu było sporo ścianek i wnęk do zmierzenia, więc jeden brakujący wymiar to nie katastrofa, ale okazało się, że rzeczony młodzieniec zapomniał zmierzyć… szerokości ściany, przy której miała stanąć kuchnia. Czyli nie zebrał tego naj, najważniejszego wymiaru w całym stworzonym przez niego rysunku.

Nie był to jednak koniec, bo już podczas usługi planowania okazało się, że brakuje kolejnych wymiarów. Na ścianie, przy której stanąć miała kuchnia, poprowadzono rurę z gazem, która odstaje od ściany na kilka centymetrów. Na dodatek w jednym miejscu w rurze zamontowano trójnik, który odstaje na kolejnych kilka centymetrów. Niestety młodzieniec od wymiarowania nie zmierzył odległości od ściany ani rury ani trójnika. Było to o tyle istotne, że gdyby ta wartość przekroczyła bodajże 6 cm, to kuchnia z IKEA w ogóle nie mogłaby powstać (w końcu meble mają standardowe wymiary i są planowane, aby maksymalnie przylegać do ścian). Więc ten niby drobiazg miał kolosalne znaczenie w projekcie.

Znów mieliśmy szczęście, bo tego dnia, chociaż była to sobota, na miejscu w mieszkaniu pracowała ekipa remontowa i przez telefon podali nam brakujące wymiary. Gdyby ich tam nie było, musielibyśmy odwołać całą akcję planowania kuchni. Tutaj warto dodać, że trwająca wówczas w IKEA promocja na kuchnie powodowała ogromne trudności w umawianiu jakichkolwiek usług, bo chętnych było więcej niż dostępnych terminów. A zatem mogło się okazać, że w ogóle nie udałoby się nam skorzystać z atrakcyjnej promocji.

2. Planowanie

Planowanie kuchni przez pracownika IKEA nie różni się niczym od planowania samodzielnego, bo i tu, i tu korzysta się dokładnie z tego samego programu dostępnego na stronie internetowej. Mimo to nie żałowaliśmy decyzji wykupienia tej usługi, bo pracownik podsuwał nam różne rozwiązania i uważam, że jego wiedza była nam bardzo przydatna. Na koniec otrzymaliśmy od niego gotowy projekt zwizualizowany w kilku rzutach oraz, co bardzo istotne, gotową listę zakupów, z którą wystarczyło udać się do kasy. Na liście znajdowała się ponad setka produktów, więc wyobraźcie sobie szukać tego samodzielnie…!

Co poszło nie tak?

Generalnie pan, który planował naszą kuchnię, wydał nam się bardzo kompetentny i od jego stanowiska odeszliśmy tego dnia bardzo zadowoleni. Pamiętam jak powiedziałam do Lubego: „trzeba napisać na stronie IKEI, jaki fajny i pomocny jest ten pan D.!”. Dzisiaj nie będę podważać jego kompetencji, bo nie widzę takiej potrzeby, ale nie mogę nie wspomnieć o kilku rzeczach, które jednak nieco namieszały. Po pierwsze, w opisanej powyżej sprawie rury gazowej i trójnika, który mogły uniemożliwić nam realizację kuchni z IKEA, pan D. jednak się mylił. Na początku nastraszył nas, że być może kuchni w ogóle nie uda się zaprojektować (jeśli rura za bardzo odstaje), a w drugiej kolejności powiedział, że chyba się uda, ale być może będzie trzeba zamówić specjalne, droższe blaty, które są głębsze niż te standardowe i pozwolą zakryć przestrzeń między szafkami a ścianą. Miny nam zrzedły, bo koszt tych blatów był trzykrotnie wyższy niż zakładaliśmy, ale koniec końców, po kilku telefonach do naszej ekipy remontowej, która dzielnie zdejmowała kolejne wymiary, pan D. oświadczył, że „powinno się udać” i zamawia dla nas standardowe blaty. Więc niby super, ale stresik jednak był.

Na tym jednak nie koniec, bo pan D. zasugerował, aby ze względu na tę przeklętą rurę i trójnik 3 szuflady umieszczone w dwóch szafkach zaprojektować krótsze (w IKEA są dwie głębokości szuflad, w zależności od rodzaju szafek; szafki mają 40 lub 60 cm, a szuflady odpowiednio 37 i 57 cm). Oznaczało to, że w jednej szafce o szerokości 80 cm dwie szuflady mieliśmy mieć głębokie na 37 cm, a w sąsiadującej szafce o szerokości 60 cm jedną szufladę o głębokości 37 cm. Niby nic, ale zauważcie, ile miejsca się przy tym traci. Ostatecznie nie mieliśmy wyboru i przystaliśmy na tę opcję. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby już przy montażu, miesiąc później nie okazało się, że nie ma potrzeby, aby te szuflady były krótsze. Nasz pan monter wyśmiał kompetencje pana D. i powiedział, że ta rura i trójnik w ogóle nie przeszkadzają i że mam pędzić do IKEA wymienić te szuflady na głębsze, aby od razu zamontować te właściwe. Znowu stres, czy zdążę, znowu jeżdżenie, znowu wymienianie…

Ostatnią rzeczą, którą pan D. sknocił (chociaż jednoznacznych dowodów jego winy nie mamy), to lista zakupów. Podczas montażu kuchni okazało się, że mamy za dużo o jedną szufladę szerokości 60 cm, za to brakuje nam jednej 80-centymentrowej. Stwierdziłam, że to dość łatwo wytłumaczyć, bo w związku z tymi zmianami głębokości pan D. mógł się pomylić ile których ma być (chociaż umówmy – nie powinien się mylić…). Znacznie bardziej dziwił nas fakt, że po montażu został nam jeden zupełnie zbędny element, który, jak poinformował nas pan monter, wykorzystuje się tylko i wyłącznie przy montażu płyt indukcyjnych. Tymczasem w naszym projekcie ani przez sekundę nie było mowy o płycie, kuchenka gazowa była jedyną opcją. Jakim więc cudem w liście zakupów, która generowana jest automatycznie na podstawie projektu kuchni (sic!) znalazł się zupełnie zbędny element? Czy to wina pana D. czy może IKEA naciąga swoich klientów i liczy „że nikt nie zauważy”…?

3. Dostępność produktów

Wydawać by się mogło, że mając gotową listę zakupów od pana D., wystarczyło tylko iść do kasy i być szczęśliwym posiadaczem kuchni (chociaż na razie rozdrobnionej na kilkadziesiąt kartonów i paczek). Tymczasem jeszcze przed dojściem do linii kas okazało się, że w magazynie sklepu brakuje przynajmniej dwóch produktów – jednego o nazwie SKÄRALID (który oficjalnie nazywa się „komb przechow”, cokolwiek to znaczy) oraz jakiegoś dodatkowego elementu.

Co poszło nie tak?

O ile ten drugi miał przybyć w dostawie następnego dnia, o tyle „komb przechow” miał dotrzeć dopiero po kilku dniach, już po wyznaczonym terminie transportu kuchni do naszego mieszkanka. Oznaczało to, że musieliśmy SKÄRALID dokupić osobno po kilku dniach (wiązało się to z ponowną wizytą w IKEA) i zawieźć do domu samodzielnie. Na szczęśnie nie był to duży mebel, więc nie było to bardzo trudne zadanie, chociaż umówmy się – nie było to w pełni po naszej myśli i kosztowało nas dodatkowy czas. No trudno, jakoś to przeżyjemy, c’nie (tego, co miało nastąpić później, już tak łatwo nie przeżyliśmy…).

4. Zakup kuchni IKEA na raty

W tej długiej historii nie mogę pominąć kwestii rat – bo na początku mieliśmy w planie skorzystać z tej opcji. Chociaż byliśmy w stanie pokryć koszty kuchni „na raz”, postanowiliśmy rozłożyć płatność w czasie i w ten sposób zachować środki na inne wydatki, w końcu remont wciąż jeszcze trwał i lepiej było nie wyzbywać się całej zawartości z konta. O chęci skorzystania z opcji spłaty ratalnej od razu poinformowaliśmy pana D., naszego projektanta. Mieliśmy pewne obawy, czy na pewno spełniamy wszystkie warunki (żadne z nas dotąd nie kupowało niczego na raty), zwłaszcza wymóg stażu pracy był szczególnie kontrowersyjny (Luby dopiero zaczynał swoją historię na rynku pracy, a moja firma działa krócej niż rok). Dokładnie wyjaśniliśmy naszą sytuację panu D. i ten powiedział, że to absolutnie nie będzie problem, bo raty dostaje każdy po wypełnieniu wniosku.

Co poszło nie tak?

Po odejściu od stanowiska pana D. udaliśmy się do stanowiska doradcy ds. zakupów na raty. Bardzo uprzejma pani wręczyła nam kilkustronnicowy formularz, a my zabraliśmy się za jego wypełnianie. Po około 20 minutach żmudnego wypełniania kratek, na ostaniej z kilku stron doszliśmy do rubryczki „Zatrudnienie”, gdzie można było wybrać jedną z dwóch opcji – umowa o pracę lub działalność gospodarcza działająca minimum rok. Zaskoczeni zapytaliśmy miłej pani, o co chodzi, skoro wcześniej zapewniano nas o tym, że staż na własnej działalności nie ma znaczenia, na co pani (jeszcze bardziej zaskoczona niż my) oświadcza, że to nieprawda i firma musi działać przynajmniej 12 miesięcy. Była na tyle uprzejma, że wykonała telefon „na górę”, aby się upewnić, ale werdykt był jednoznaczny – nie spełniamy warunków.

Było to o tyle irytujące, że straciliśmy ponad 20 minut na wypełnianie tego głupiego wniosku i na dodatek na zegarze była 20:30 (zamykają o 21:00), a my nie mieliśmy na jednym koncie całej kwoty potrzebnej do opłacenia kuchni. Niestety, mając rachunki w różnych bankach nie mogliśmy liczyć na szybki przelew z konta na konto. Mogliśmy przyjechać do IKEA nazajutrz, ale problem polegał na tym, że lista zakupów wygenerowana w programie planowania kuchni jest ważna tylko do końca danego dnia. Gdybyśmy przyjechali w innym terminie, musielibyśmy znowu odstać swoje w kolejce do stanowiska kuchni (w tym czasie kolejki były ogromne, bo wiecie, promocja; czekało się na swoją kolej nawet do godziny). Ostatecznie (po wykonaniu kilku telefonów ;)), udało nam się zebrać całą kwotę i dokonaliśmy zakupu przed zamknięciem sklepu. Ufff…! „No teraz to już z górki” – o ja naiwna, właśnie tak wtedy pomyślałam. Tymczasem…

5. Kompletowanie i transport

Transport mieliśmy umówiony na środę (20.07), czyli 4 dni po usłudze planowania. Byliśmy bardzo zadowoleni z tak bliskiego terminu, bo w okresie promocji czasem czeka się nawet kilka tygodni na dowóz mebli. Zapłaciliśmy za niego z góry 399 zł.

Transport miał dotrzeć do nas w godzinach 8:00-12:oo. Luby czuwał na posterunku w oczekiwaniu na „przesyłkę”.

Co w pierwszej kolejności poszło nie tak?

O 13:00 zadzwoniłam do niego z pracy, aby zapytać „jak tam?” po czym usłyszałam znamienne „nie przyjechali”. COOO? Luby szybko wykonał telefon na infolinię, po odczekaniu kilkunastu minut na połączenie, dowiedział się, że faktycznie był problem z transportem i został on przełożony na piątek, 22.07. Wszystko spoko, tylko czemu nas nikt nie poinformował…? No nic, dwa dni nas nie zbawią, smutek był, ale daliśmy radę. Niestety, w piątek sytuacja się powtórzyła – meble miały dotrzeć do nas do 12:00, po 13:00 Luby zadzwonił na infolinię i znowu usłyszał, że problem z transportem trwa dalej, ale w niedzielę (24.07) do 12:00 na pewno przywiozą wszystkie paczki. Zaczęło się robić nieprzyjemnie, tym bardziej, że na wtorek 26.07 mieliśmy zamówiony montaż… Nie mieliśmy jednak nic do gadania, więc przystaliśmy na tę opcję.

W niedzielę znów spędziliśmy w mieszkanku 4 godziny, aby po 13:00 wykonać trzeci już telefon na infolinię w sprawie transportu (warto zaznaczyć, że każde połączenie z infolinią kończy się rozmową z innym konsultantem, więc każdorazowo musieliśmy opowiadać wszystko od początku, pracownik infolinii musiał na nowo poznawać i badać sprawę i zanim mógł przejść do działań naprawczych, mijało grubo ponad 10 minut; doliczcie do tego czas oczekiwania na połączenie, który nie raz wynosił ponad 20 minut wiszenia na telefonie).

Tym razem usłyszeliśmy inne wieści: „z państwa transportem jest pewien problem i na razie nie wiadomo, kiedy meble dotrą”. „Jak to nie wiadomo? Przecież na wtorek mamy zamówiony montaż!” „Och, na wtorek? Jeśli tak, zrobimy wszystko, aby meble dotarły do państwa jeszcze jutro! Skontaktujemy się z państwem jeszcze dziś w tej sprawie.” Chyba nie muszę dodawać, że do końca dnia nikt nie zadzwonił?

Co w drugiej kolejności poszło nie tak?

W poniedziałek uznałam, że miarka się przebrała i przez infolinię niczego nie załatwimy. Pojechałam do IKEA, aby załatwić dowóz mebli osobiście – czas naglił, bo montaż miał się odbyć już nazajutrz. 45 minut czekałam w kolejce do „okienka” reklamacyjnego. Wyjaśniłam, na czym polega problem, na co kierownik zaczął dzwonić do firmy transportowej (IKEA zatrudnia do transportu niezależną firmę, w Trójmieście jest to firma Rhenus) i po ponad 20 minutach stania przy okienku dowiedziałam się, że nasza przesyłka została zgubiona w magazynie firmy transportowej. Pracownik tejże firmy OBIECAŁ (!) jednak kierownikowi z IKEA, że do następnego dnia na pewno uda im się te paczki znaleźć i całość dotrze do nas z samego rana, razem z ekipą montażową (która to ekipa również jest z firmy Rhenus, bo IKEA także te usługi outsourcinguje). Uspokoiłam się, że ogień został ugaszony i wróciłam do domu.

Co w trzeciej kolejności poszło nie tak?

Nazajutrz od 8:00 Luby czekał na posterunku na przyjazd ekipy remontowej wraz z transportem (policzcie sobie, ile razy do tego momentu Luby albo ja byliśmy uziemieni w mieszkaniu w oczekiwaniu na IKEĘ – ile to nas czasu wszystko kosztowało…! A przygody trwały dalej). Do 10:00 nikt nie przyjechał. Nawet nie próbowałam dzwonić na infolinię, tylko czym prędzej pojechałam do IKEA (teraz policzcie, ile razy musieliśmy jeździć do tego sklepu). Znów około 40 minut czekania w kolejce, w końcu podchodzę do okienka reklamacyjnego, gdzie pracownik IKEA (niebędący kierownikiem) poprosił o wytłumaczenie sprawy od początku. Hmm, tylko od czego by tu zacząć…? Poirytowana powiedziałam, że to nie ma sensu i że proszę od razu o rozmowę z kierownikiem. Na początku zaczął mówić, że nie ma takiej możliwości, dopiero na moją bardzo dosadną prośbę, wymówioną z odpowiednią dozą irytacji, zgodził się przyprowadzić kierownika.

Miałam szczęście, bo był to ten sam człowiek co dzień wcześniej, oszczędziło mi to kolejnych minut tłumaczenia sprawy. Powiedziałam, że nie przyjechał ani transport ani ekipa i że CO TERAZ? Kierownik nie krył zdziwienia, przeprosił mnie za tę całą sytuację i powiedział, że zaraz ponownie wykona telefon do firmy transportowej. Kolejny kwadrans później wrócił ze swojego biura i oświadczył, że pracownik Rhenusa obiecał mu wyjaśnić tę sprawę i że on (kierownik z IKEA) obiecuje zadzwonić do mnie gdy tylko się czegoś dowie. Zapytałam go, co z montażem, który nam przepadł i powiedział, żebym się nie martwiła, bo to podlega pod montaż reklamacyjny i takie montaże wykonywane są poza kolejnością, więc gdy tylko wyjaśni się sprawa transportu i meble w końcu do nas dotrą, ustalenie terminu ich zamontowania będzie tylko formalnością. W sprawie transportu wyjaśnił mi natomiast, że jeśli by się okazało niemożliwe odnaleźć nasze zagubione paczki, to IKEA zobowiązuje się skompletować zamówienie na nowo i wysłać niezależnym transportem.

Ponownie przeprosił, na pocieszenie dał bon na obiad do restauracji IKEA (pewnie w myśl zasady: „idź się nażryj i nie zawracaj ludziom głowy”; chociaż oficjalnie było to w ramach przeprosin za długi czas oczekiwania w punkcie obsługi klienta). Odchodząc poprosiłam go jeszcze, aby wykonał do mnie telefon nawet wtedy, gdy sprawa się nie wyjaśni. Wytłumaczyłam mu, że mam dość czekania na telefony, bo nikt nigdy nie dzwoni i oczekuję informacji nawet o braku postępów, byle tylko wiedzieć, że ktoś o naszej sprawie pamięta. Zapewnił mnie, że NA PEWNO ZADZWONI.

… Co w czwartej kolejności poszło nie tak?

Oczywiście, nie zadzwonił. Nazajutrz moje poirytowanie przeistoczyło się we wkurw wszechczasów (chciałam uniknąć przekleństw w tym tekście, ale właśnie piszę 2815. słowo tego postu i chcę podkreślić, jak narastały we mnie emocje) i trzeci raz z rzędu pojechałam do IKEI. ZNOWU spędziłam na kanapie poczekalni dwa kwadransy, w końcu wywołują mój numerek, kieruję się do okienka i już z daleka widzę tego samego kierownika i ten jego wyraz twarzy mówiący „o kurwa, zapomniałem”. Zanim się odezwałam już on zaczął: „bardzo panią przepraszam, miałem dzwonić na koniec dnia, ale niestety tyle się działo…”. Bardzo chciałam się na niego wydrzeć, ale postanowiłam zachować twarz i podejść do sprawy na chłodno (chociaż oczywistym było, że w środku cała się gotowałam). Zapytałam, o co w tym wszystkim chodzi, na co pan kierownik wyjaśnił, że nasze zamówienie zostało zgubione, oni chcieli je skompletować na nowo, tylko problem jest taki, że w naszym zamówieniu znajdowały się dwa produkty, które były ostatnimi na stanie i na dodatek są to końcówki kolekcji, więc nie ma co liczyć na dostawę. Sprawa dotyczyła piekarnika i blatów.

Szczerze powiedziawszy, spodziewałam się tego problemu. W chwili zakupu kuchni wiedziałam, że są to końcówki serii (pan D. podczas planowania nam o tym powiedział i uprzejmie zadbał, aby nam zarezerwować w magazynie te produkty, gdyż bardzo nam na nich zależało). Stąd gdy transport wciąż był gubiony, wiadome było, że pojawi się problem brakujących towarów. Przygotowałam się więc na tę okoliczność i powiedziałam kierownikowi, że w takim razie niech IKEA pokryje koszty wymiany piekarnika i blatów na inne modele. Odrobiłam lekcję i wskazałam konkretne nazwy produktów, które nas interesowały – chodziło o to, aby w wyglądzie były maksymalnie zbliżone do tych z naszego projektu. Przypadkiem, oba produkty były droższe niż te z naszej listy zakupów. Byłam nastawiona na długie negocjacje w tej sprawie, tymczasem kierownik wydał się wręcz wdzięczny za przedstawione przeze mnie rozwiązanie i powiedział, że od razu bierze się za formalności związane z tą zamianą. Na koniec dodał, że mur beton zamówienie dotrze do nas nazajutrz i że zostanie wysłane prosto z magazynu IKEA i że firma Rhenus nie dotknie żadnej z naszych paczek (no dobra, nie tak brzmiały jego słowa, ale pewnie już przysypiacie, więc muszę dodać nieco pieprzu do tej opowieści; mocne, c’nie??).

Czy warto kupić kuchnię z IKEA?, czyli o naszym niekończącym się koszmarze

IKEA zgodziła się na własny koszt wymienić zakupione przez nas blaty KARLBY (które zgubili w transporcie) na blaty MÖLLEKULLA. Przyznam szczerze, że MÖLLEKULLA bardziej mi się podoba, bo nie ma klepek, tylko składa się z jednego płatu drewna. KARLBY wybraliśmy początkowo ze względu na cenę – były w promocji i kosztowały ponad połowę mniej niż MÖLLEKULLA.

… Co w PIĄTEJ kolejności poszło nie tak?

Gdy skończył majstrować przy sprawie kompletowania nowego zamówienia, oświadczył, że pora ustalić ponowny montaż (nagle opcja montażu reklamacyjnego przestała być aktualna, ciekawe czemu???). Tutaj moje serce stanęło, bo bałam się usłyszeć, jaki mają pierwszy wolny termin… „22 sierpnia” brzmiał wyrok (przypomnę, że w kalendarzu widniał tego dnia 27 lipca). „Postaramy się znaleźć alternatywne rozwiązanie, może poprosimy takiego pana Staszka, który robi dla nas awaryjne montaże, ale lepiej od razu wpisać państwa na ten termin, w razie gdyby inne możliwości nie wypaliły”.

„No dobra, niech będzie, i tak nie mamy innego wyboru” – brzmiała moja odpowiedź.

………. Co w SZÓSTEJ kolejności poszło nie tak?

Miałam obiecaną wymianę brakujących produktów na lepsze (w sumie „dostaliśmy” od IKEA ponad 1200 zł, bo tyle wynosiła łączna różnica cen tych towarów) i ustalony termin transportu i montażu (ten drugi niezbyt satysfakcjonujący, no ale co poradzę…). Psychicznie czułam się nieco lepiej, więc mogłam wracać do domu. Na dodatek pan kierownik zrobił coś niebywałego i na kartce napisał mi swoje imię i nazwisko oraz, O ZGROZO, numer telefonu do IKEA GDAŃSK! (nigdzie w internecie nie znajdziecie numerów do danego sklepu, a nawet jeśli wydaje Wam się, że znajdziecie, wszystkie są przekierowywane na oficjalną infolinię. Wszystko po to, aby scentralizować proces obsługi klienta i nie zawracać d. pracownikom sklepów). Powiedział, że na pewno nie będzie takiej potrzeby, ale dla mojego komfortu daje mi ten numer na wypadek jakiś nagłych problemów. „Na wypadek? Od razu mogę dodać ten numer do ulubionych w telefonie!” – pomyślałam.

………. Co w SIÓDMEJ kolejności poszło nie tak?

Ledwo przekroczyłam próg sklepu, przypomniało mi się, że przecież wystąpiliśmy z Lubym o zwrot kosztów transportu (w końcu usługa nie została wykonana poprawnie i to już 3 razy), więc postanowiłam wrócić się do pana kierownika, aby o to dopytać. Nie czekając w kolejce, od razu pokierowałam się do jego stanowiska i z wyrazu jego twarzy wywnioskowałam, że to nie koniec przygód. „Dobrze, że pani wróciła, jest taki problem…”

Może obstawicie, co tym razem się nie udało?

Otóż, zakupiony i opłacony (sic!) przez nas zlew DOMSJO w ciągu tygodnia od daty pierwszego umówionego dla nas transportu został wycofany ze sprzedaży i to na całym świecie. Kierownik wykonał telefon do działu kuchni, gdzie wytłumaczono mu (i co przekazał również mnie), że wraz z nowym katalogiem IKEA wymieniono syfony do zlewów i tak się jakoś złożyło, że te nowe syfony nie pasują do zlewów DOMSJO, więc zamiast wycofać te syfony, wycofali zlewy i teraz trzeba je przeprojektować i wyprodukować specjalne nakładki, aby dopasować do syfonów. Logiczne, prawda…? Nogi się pode mną ugięły, co od razu zauważył pan kierownik i pocieszył mnie, że do montażu został jeszcze miesiąc i że te zlewy wrócą do tego czasu, bo to topowy produkt i że jest w związku z tym mnóstwo reklamacji, więc IKEA ma nóż na gardle. Kto by pomyślał, że już po kilku minutach docenię przełożenie naszego montażu aż o miesiąc…!

No nic, będziemy zatem czekać na wiadomość. Przy okazji zapytałam o ten zwrot pieniędzy za transport, usłyszałam: „Sprawy finansowe rozpatrują ludzie z Warszawy, ja nie mogę pani pomóc w tej sprawie”. Chyba czeka mnie kolejny telefon na infolinię…

W końcu coś poszło tak jak miało pójść!

Nazajutrz paczki przyjechały. Tacy byliśmy szczęśliwi! W końcu, po półtora tygodnia oczekiwania na towary, za które zapłaciliśmy kilkanaście tysięcy złotych, kuchnia była z nami. Chociaż upakowana w kilkadziesiąt kartonów, cieszyła zupełnie jak ta zmontowana. Błoga chwilo, trwaj…!

Czy warto kupić kuchnię z IKEA?, czyli o naszym niekończącym się koszmarze

Meble i sprzęty w końcu dotarły!

Ale żeby nie było za wesoło…

Przez 4 tygodnie dzielące nas od montażu parokrotnie bywaliśmy w IKEA w celach zakupowych, w końcu poza kuchnią mieliśmy do urządzenia też inne pokoje. Parokrotnie pytałam o dostawę DOMSJO, ale zawsze otrzymywałam odpowiedź, że nic nie wiadomo. W końcu przy trzecim podejściu pewien pan zajrzał do komputera i poinformował mnie, że termin dostawy DOMSJO to… 5 październik. COOO??? Machina emocji ruszyła na nowo!

Trafiłam wtedy na kompetentnego pracownika (a raczej pracownicę), która szybko znalazła rozwiązanie – zlew zastępczy. Objawia się to tym, że musiałam kupić najtańszy dostępny w IKEA zlew, monterzy zamontują nam go 22 sierpnia, a gdy w październiku dotrze dostawa DOMSJO, zostanie umówiony dodatkowy termin wizyty monterów, którzy podmienią zlew tymczasowy na ten docelowy, bez szkody dla reszty mebli. Przystałam na tę opcję, bo nie wyobrażałam sobie znowu przekładać termin całego montażu ze względu na niedostępność kolejnego produktu…

Czy warto kupić kuchnię z IKEA?, czyli o naszym niekończącym się koszmarze

Tak prezentował się zlew zastępczy, który służył nam przez dwa miesiące. Był tak mały, że drewniany blat wokół był wciąż mokry i nie nadążałam z wycieraniem… Zdecydowanie za nim nie tęsknimy.

6. Montaż i instalacja kuchni z IKEA

Etap kompletowania i transportu może Wam się wydać najgorszym ze wszystkich, ale poczekajcie na wielki finał, czyli montaż naszej kuchni z IKEA. Może on pozwoli Wam lepiej ocenić czy warto kupić kuchnię z IKEA. Bez zbędnych ceregieli, od razu przejdźmy do części pt.:

Co w pierwszej kolejności poszło nie tak?

Jak zostało umówione z panem kierownikiem, montaż miał się odbyć 22 sierpnia. Pamiętam mój stres, gdy tego dnia od 8:00 siedziałam jak na szpilkach w oczekiwaniu na dzwonek domofonu. Do 9:00 w mieszkaniu panowała idealna cisza, przerywana tylko moimi westchnieniami. Wiedziałam już, że sprawdził się najczarniejszy scenariusz i monterzy nie dotrą do nas w umówionym terminie. Wtedy też (po raz pierwszy w życiu) jako klientka zrobiłam taką awanturę przedstawicielowi firmy, że dosłownie czułam, jak tej całej IKEI idzie w pięty. Tym razem postanowiłam uszanować swój czas i nie jechać po raz n-ty do sklepu IKEA, tylko skorzystać z infolinii. Biedna pani konsultantka… Wydzierałam się na nią tak głośno, że musieli mnie słyszeć wszyscy na osiedlu, ale miałam to gdzieś. Byłam na skraju wyczerpania nerwowego i po prostu musiałam dać im to jasno do zrozumienia. Przeprosiłam też biedną konsultantkę, że trafiło na nią, ale „na kogo niby ma trafić, skoro jedyna opcja kontaktu z IKEA to ta idiotyczna infolinia?!?!?!?!?!”.

Obiecała, że wyjaśni sprawę i oddzwoni. Po 15 minutach oddzwania ktoś inny, rzekomo kierownik działu, przeprasza i zapewnia mnie, że ekipa montażowa będzie nazajutrz. „Jak to nazajutrz, skoro termin oczekiwania na montaż to u Was MIESIĄC?” – odpowiedziałam wk.wiona. „To wyjątkowa sytuacja, zamówiliśmy specjalną ekipę i na pewno będą jutro u pani”.

No i byli.

Co w drugiej kolejności poszło nie tak?

Gdy we wtorek, 23.08, stanęli w moich drzwiach punkt 8:00, chciałam ich wszystkich wyściskać. Później przypomniałam sobie, że są z tej okropnej firmy Rhenus, która zapewniła mi moc atrakcji przy transporcie więc pominęłam przytulanki, a monterzy wzięli się do pracy.

Zasuwali jak mróweczki od 8:00 do około 17:30. Tym razem to ja czuwałam na posterunku (Luby był w pracy) i cały czas obserwowałam postępy w montażu. Z godziny na godzinę ubywało kartonów, a ich zawartość przeistaczała się w naszą wymarzoną kuchnię. Piękna! Co rusz wysyłałam Lubemu MMS-y przedstawiające etapy jej powstawania, a on tylko czekał na więcej.

Na koniec szef ekipy dał mi do podpisania formularz odbioru kuchni, zapłaciłam za wykonanie usługi i w sympatii się rozstaliśmy. Gdy Luby wrócił z pracy, na jego twarzy pojawił się banan równie wielki, co na mojej. Długo przypatrywaliśmy się gotowej kuchni, wszystko w niej było idealne, i te kafle tak idealnie wpasowały się w szafki, i ten blat taki piękny…! No po prostu cudo!

I nagle, po kilku godzinach, zauważyliśmy TO. Tym czymś było 15 centymetrów różnicy pomiędzy umiejscowieniem płyty gazowej a okapu. Wiecie, okap to takie urządzenie, które z definicji powinno wisieć centralnie nad płytą gazową (…), tymczasem nasz okap był przesunięty względem płyty o 15 cm. 15 kuźwa centymetrów…! Do historii naszej rodziny przejdzie słynne zdanie wypowiedziane przez Lubego, który dostrzegł ten szkopuł: „Ej, Hanka, coś tu jest spierdolone…!” (wybaczcie przekleństwo, ale to cytat!). Wiecie, w tamtej chwili zabrakło mi już nazw emocji, aby wyrazić to, co czułam.  Nie będę się zatem silić na kwiecisty opis mojej reakcji, bo sama nie wiem, czym tak naprawdę była (…)

Czy warto kupić kuchnię z IKEA?, czyli o naszym niekończącym się koszmarze

Jedyne istniejące zdjęcie dokumentujące paskudną pomyłkę ekipy montażowej z IKEA. Dokładnie przyjrzyjcie się, gdzie jest płyta gazowa, a gdzie okap…

Jak do tego doszło i jak temu zaradzono?

Pewnie myślicie sobie teraz: „co za ciemnota nie zauważyła tego od razu?”, ale prawda jest taka, że to nie było takie oczywiste. Wynika to głównie z faktu, że dojście do naszej kuchni jest po skosie od przedpokoju i kąt widzenia sprawiał, że ten błąd nie był zauważalny od razu. Z bliska też tego nie widać, dopiero gdy stanie się dokładnie na wprost, w pewnej odległości, widoczna była pomyłka montażystów. Wyniknęła ona ze złej kolejności montażu – w projekcie kuchni przewidziano dwie zaślepki między dolnymi szafkami, ale monterzy zamiast stosować się do projektu zrobili zaślepki po swojemu i przez to dolne szafki przesunęły się w lewo, podczas gdy góra została tam, gdzie miała być. I stąd 15 cm przesunięcia.

Kilka telefonów i kilka dni później, ta sama ekipa montażowa była u nas z powrotem, aby poprawić co zepsuli. Bardzo obawiałam się demontażu i ponownego montażu mebli, bo nietrudno o jakieś odpryski, zarysowania i inne uszkodzenia. Przyznam szczerze, że zrobili to dość sprawnie, ale w wyniku przesunięcia dolne szafki z tyłu wyglądają jak sito (przypominam, że z tyłu leci rura gazowa, na którą wycięto specjalne otwory i przy wprowadzaniu poprawek konieczne było wycięcie otworów na nowo…). Nie obyło się też bez użycia nowego blatu – trzeba było wywiercić dziurę na płytę gazową w innym miejscu niż poprzednio. Szczęśliwie, po pierwszym montażu kuchni został nam cały jeden blat (planowaliśmy go zwrócić do IKEA), więc wystarczyło usunąć poprzedni i zastąpić go nowym, już z nowymi otworami. W końcu sytuacja została opanowana! Później udało nam się nawet odzyskać pieniądze za użyty drugi blat, chociaż okupiliśmy to kolejną wizytą w IKEA i kolejnymi 45-minutami spędzonymi w „okienku” reklamacji.

A CO Z DOMSJO???

Tutaj, o dziwo, obyło się bez niespodzianek. Dostawa dotarła do sklepu na początku października i ostatecznie zlew został nam zamontowany 28 października (wcześniej nie było terminów, c’nie…). Potem wizyta w IKEA i zwrot kosztów zakupu zlewu tymczasowego (musiałam im go odwieźć, aby zwrócili mi za niego pieniądze).

Czy warto kupić kuchnię z IKEA?, czyli o naszym niekończącym się koszmarze

Gdyby ktoś zapytał mnie, jaki był ogromny krok dla ludzkości, powiedziałabym że wynalezienie dużych zlewów. Zupełnie inna jakość życia odkąd mamy nasz DOMSJO!

Po ponad 3 miesiącach nasza kuchnia była w pełni gotowa!

Czy warto kupić kuchnię z IKEA?, czyli o naszym niekończącym się koszmarze

Czy warto kupić kuchnię z IKEA?, czyli o naszym niekończącym się koszmarze

Czy warto kupić kuchnię z IKEA?, czyli o naszym niekończącym się koszmarze

***

Tak jak się spodziewałam, to najdłuższy tekst w historii bloga i trochę mi głupio, że dotyczy… kuchni z IKEA. Obiecałam sobie jednak, że ten tekst powstanie, a ponieważ nie chcę powierzyć go obcym serwerom, postanowiłam opublikować go u siebie na blogu. Chciałam też podzielić się tą historią z tymi, którzy etap kupowania kuchni mają przed sobą, tak aby mogli ocenić czy warto kupić kuchnię z IKEA. Taki był mój zamysł, ale skoro ten tekst ma prawie 5000 słów, obawiam się, że mało kto przebrnął do końca bez scrollowania. Jeśli Wam się to udało, to szacun! Może uda mi się z tego tytułu załatwić Wam darmowy obiad w restauracji IKEA, bo w sumie otrzymałam ich chyba z 5. Widać lubią dokarmiać ludzi!

W całym tym szaleństwie najgorsze było to, że okradziono nas ze wspaniałych wspomnień. Chciałam, aby urządzanie naszego mieszkania było przyjemnością, spełnieniem marzeń, które będziemy przywoływać w myślach przez długie lata. W końcu to remont zazwyczaj przynosi najwięcej kłopotów, dekorowanie wnętrz jest wyśmienitym deserem, nagrodą. U nas, ze względu na kuchnię z IKEA, było niekończącym się koszmarem, który zafundowała nam marka, o ironio, słynąca z prostych i funkcjonalnych rozwiązań.

Dla mnie przykrość była podwójna, bo IKEĘ uważałam za firmę o ludzkiej twarzy, taką, która nigdy nie zawodzi, a jeśli zawodzi, to potrafi to szybko obrócić na korzyść klienta. Nie wiem, gdzie podziały się nasze korzyści… W pewnym sensie nasza kuchnia obaliła mit IKEI jako firmy idealnej (serio, za taką ją wcześniej uważałam). Smutek, żal, chciałoby się powiedzieć wzorem mojego kolegi z pracy (pozdrawiam).

Dzisiaj gdy patrzę na naszą kuchnię, chociaż piękną i bardzo funkcjonalną, to jedyne, co mam przed oczami, to tego kierownika z IKEA i jego minę pt. „o kurwa, zapomniałem”. Szczęściarz. Też chciałabym zapomnieć, ale co poradzę… Pamiętliwa jestem.

PS. Ostatnio zauważyliśmy, że coś niepokojącego dzieje się z drzwiami naszej mikrofalówki… Chyba znów czeka nas wizyta w okienku reklamacyjnym IKEA.

  • Teresa

    Nie obraź się ale uśmiałam się strasznie przy czytaniu tego posta. Powinnaś napisać książkę o tworzeniu kuchni. Taki komediodramat.;) Ja nie miałabym tyle cierpliwości co Ty dla obsługi IKEA. I też przy okazji zburzyłaś mi obraz sklepu idealnego..

    Najważniejsze że już jest 😉

    • Absolutnie się nie obraziłam, wręcz przeciwnie – miło mi przeczytać, że ta historia kogoś rozbawiła, w gruncie rzeczy dokładnie taki efekt chciałam uzyskać 🙂
      To prawda – najważniejsze, że jest i działa i ładnie wygląda!

  • Adrianna

    Hmm, a gdzie lodówka? 😛

  • miałaś niezłego pecha! ale to nie znaczy, że nie warto kupować kuchni w ikea. ja też miałam z nimi przeprawę w związku z brakującymi częściami, spóźniającą się dostawą itp, ale generalnie nadal uważam że kuchnie mają fajne i że warto tam kupować. nie zdecydowałam się tylko na serwis projektowania i montażu od nich, a czytając Twoją historię tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że to była dobra decyzja. zaprojektowałam wszystko sama w tych ich programiku a w sklepie tylko pani spojrzała czy wszystko OK i doradziła kilka brakujących elementów. za montaż chcieli takie pieniądze, że druga kuchnie bym mogła kupić! Montowała nam zatem nasza ekipa remontowa i zrobili wszystko bardzo ładnie, sprawnie i tanio.
    bardzo duży minus w IKEA to są właśnie te końcówki i zmiany produktów – ja mam kuchnie starego typu i teraz już nic nie mogę do niej dokupić, np. zniszczyły mi się jedne drzwiczki i już takich nie mogę dokupić. tak samo z syfonem do zlewu. jak pękła śruba to musiałam jakimś domowym sposobem naprawiać bo takich syfonów już nie sprzedają…
    a tak z innej beczki: patrzę na tą Twoją kuchnie i nie mogę zrozumieć co to jest za niebieska rura idąca pod oknami? czy to jest gaz? czemu tak dziwnie?

    • O ile się nie mylę, ta rura jest od wody 🙂 Gazowa jest zwykle miedziana.

      • Kończy się tam gdzie kuchenka, więc chyba jednak to gaz. Pani właściecielko proszę rozwiać watpliwości 🙂

        • Gaz 😉 @disqus_ts2YZ2y5C7:disqus wygrywasz obiad w IKEA! ;DD

    • Zgadzam się, dlatego nie napisałam nigdzie w tekście „nie kupujcie kuchni w IKEA!!!” i zostawiam tę decyzję do prywatnego rozważenia. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nasz przypadek to pewnie jeden na tysiąc, może sto tysięcy i więcej (mówiąc o takim nasileniu zjawisk paranienormalnych), ale trafiło na nas i uznałam za stosowne o tym napisać. I pomimo tych wszystkich przeżyć, nadal jesteśmy stałymi klientami IKEA, ale na pewno mam zupełnie inne podejście do tej firmy i do zakupów w jej sklepach.
      Z kuchniami FAKTUM faktycznie są teraz problemy, ale czy korzystałaś z tej ich specjalnej strony www do zakupu części wymiennych? We wszystkich materiałach reklamowych na temat kuchni IKEA podkreśla, że nawet po wycofaniu jakiś kolekcji kuchni zawsze umożliwiają klientom dalsze zakupy zużywających się elementów. W Polsce ta stronka działa tutaj: https://twojfaktum.pl
      Co do rury – to nie my, to poprzedni właściciele… 🙂 Faktycznie jest to element instalacji gazowej, a podczas remontu nie chcieliśmy „bawić się” w zmianę instalacji (głównie ze względu na wysokie koszty i problemy z wkuwaniem rury itp.). Ale wydaje mi się, że mój pomysł z przemalowaniem jej na turkusowy kolor dodał jej dużo uroku i z elementu szpecącego stała się czymś ciekawym (wszyscy goście pytają „co to za fajna rura tam leci”) ;))

  • Ja pierniczę. Nie spodziewałam się aż takich rewelacji. Współczuję Wam, że musieliście z tym walczyć. Ale na maksa podoba mi się ten zlew biały, i to, że jest taki duży!

    Będę podsyłać tą historię znajomym, gdy będą się decydować na kuchnię IKEA 😀

    • Zlew jest faktycznie piękny, zresztą cała kuchnia bardzo nam się podoba 🙂 Szkoda, że gdy na nią patrzę, wracają te złe wspomnienia i negatywne emocje, bo z efektu finalnego jesteśmy naprawdę bardzo zadowoleni.
      Podsyłaj, podsyłaj 🙂 Chociaż moim celem, wbrew pozorom nie było odwieść wszystkich od kupna kuchni z IKEA, bo tak jak mówię – to rozwiązanie potrafi być wygodne, a kuchnie są naprawdę ładne i podobno trwałe. My mieliśmy pecha do sześcianu, ale coś mi mówi, że takich przypadków musi być więcej, w końcu dziennie spływają im dziesiątki, jeśli nie setki zamówień. Co jakiś czas coś musi się rypnąć i tym razem padło na nas. Nikomu nie życzę podobnych przeżyć.

  • soft1house

    „bo przez 3 miesiące to byle stolarz wyczaruje kuchnię marzeń i na dodatek idealnie skrojoną do Waszych potrzeb”

    Dziękujemy za artykuł sponsorowany przez lokalnych producentów mebli.

  • davidns

    Oj będziecie szybko wymieniać ten okap-pochłaniacz na porządny wyciąg, szczególnie że widzę tam kuchnię gazową, po kilu miesiącach będzie totalny syf i żółte meble…

    • Na razie (po prawie 3 miesiącach) nie zaobserwowaliśmy żadnych problemów, a ideę pochłaniacza zaproponował nam pan doradca – powiedział, że powinno być ok 🙂 Nasi znajomi mają podobnie – gaz+pochłaniacz i też nie mają problemów, więc może będzie ok 😉

      • davidns

        może mało używasz kuchni, u mnie po pół roku codziennego gotowania meble aż sie lepiły od mazi z osadów gazu…

        • W moim rodzinnym domu była płyta elektryczna i okap i tam to dopiero osadzał się tłuszcz. Wydaje mi się, że my gotujemy jak każdy przeciętny Polak, głównie obiady, raz na jakiś czas większa impreza – i jak dotąd nie zaobserwowałam żadnych wielkich trudności z utrzymaniem czystości w kuchni (nawet na matowych kaflach, które sąsiadują z kuchenką, nic się nie osadza). Jedynie co to przy gotowaniu w pomieszczeniu jest dużo pary, więc uchylam okno – na szczęście jest blisko kuchenki, więc para wodna szybko znika.

  • jjabrams

    Morał krótki i znany – kto wybiera najtańszą opcję na rynku ten niech nie spodziewa się ciastka i bitej śmietany

    • IKEA wcale nie jest najtańszą opcją, jest za to (a przynajmniej powinna być) najłatwiejszą i najlepiej dostępną. Jak widać, wcale tak nie jest. I nie oczekiwaliśmy ciastka i bitej śmietany tylko usługi, za którą zapłaciliśmy.

      • jjabrams

        Ikea to raczej synonimy „tanie i takie sobie”, „stać na mieszkanie, póki co nie stać na urządzenie”, a nie superlatywy „najłatwiej” czy „najlepiej”. Ta historia tylko to potwierdza. W razie problemów nie ma nawet dedykowanej osoby, do której można się zgłosić tylko infolinia z codziennie innym pracownikiem, którego cała sprawa mało obchodzi, bo już nigdy więcej z Tobą nie będzie rozmawiać.

        • To nie do końca prawda, bo od kilku lat IKEA zmierza w kierunku coraz lepszych jakościowo rozwiązań, ZWŁASZCZA w kontekście kuchni. Ich kuchnie naprawdę są trwałe, sprzęty AGD produkuje im Whirlpool i Electrolux, systemy zawiasów itp. są od Bluma, do tego dają bardzo długą gwarancję na meble i sprzęty. Jeśli chodzi o meble do mieszkania, to zgadzam się, że IKEA nie słynie z wysokiej jakości, ale kuchnie to inna historia i stąd też wysokie koszty kuchni IKEA, zwłaszcza gdy porównamy je do innych cen tej firmy. Stół kupisz u nich za 50-60 zł, ale za kuchnię musisz wydać od 8 do kilkudziesięciu tysięcy złotych (zależy to oczywiście od wielkości pomieszczenia). To nie wynika z widzi mi się marki, tylko z lepszej jakości (i wyższych kosztów produkcji) tych kuchennych mebli i sprzętów.

          • jjabrams

            W takim razie może coś się zmieniło z jakością, wówczas zwracam honor. 4 lata temu zastanawiałem się nad wyborem kuchni od nich jednak wizyta u kilku znajomych gdzie ich meble po paru latach się „porozjeżdżały” ze względu na słabe spasowanie i słabą jakość wykończenia szybko zweryfikowała, że to jednak nie jest dobry pomysł.
            Trzymam kciuki, żeby u was było inaczej.

          • Dzięki 🙂

          • dotevo

            Mylisz się. Zapłaciłem fużo za kuchnie. Minęły 2 lata i już wychodzą problemy jakościowe. A tania nie była około 12tys. za kuchnię 4m2

          • A masz kuchnię FAKTUM czy METOD? W 2014 roku IKEA zupełnie zmieniła system swoich kuchni, wprowadzając nowe meble i sprzęty, zupełnie różniące się od poprzedniej serii. Może to ma znaczenie. Bo w ostatnich latach od znajomych, ale też z internetu, czytałam o kuchniach IKEA same dobre rzeczy, z pojedynczymi wadami. Generalnie ludzie sobie chwalą ich kuchnie.

          • dotevo

            Mam z metod

          • No cóż, w takim razie brakuje mi argumentów, my używamy kuchni dopiero 4. miesiąc, więc nie jestem w stanie przewidzieć, co wydarzy się dalej 🙂 Ale z tego co piszesz, powinnam się chyba niepokoić 😉

        • Ale jeśli chodzi o obsługę – absolutnie się zgadzam, że u nich to leży, o czym się przekonałam przy okazji naszych kuchennych przygód. Byłam w szoku, że firma wytyczająca światowe trendy w obsłudze klienta i zarządzaniu (cała ta „skandynawska kultura organizacyjna”) tak fatalnie radzi sobie z tym w praktyce. Gdyby mi się to nie przydarzyło, w życiu bym nie uwierzyła…

        • cytrynka

          Ikea wcale nie jest najtańszą opcją. Owszem można wybrać coś taniego, ale jeśli ktoś ma konkretną wizję kuchni to już niekoniecznie. Ja mam całą kuchnie zabudowaną szafkami (ach ta pasja kulinarna – niestety sprzęty trzeba gdzieś trzymać ;-)) i w związku z tą ogromną ilością szafek, wymarzona kuchnia z Ikei wychodziła nas nieco drożej niż stolarz.
          W Ikei podoba mi się design i ich kreatywne rozwiązania, natomiast mam zastrzeżenia co do trwałości tych mebli. W moim rodzinnym domu była kuchnia z Ikei, niestety już po kilku latach meble brzydko pożółkły.

          • Oczywiście, że nie jest najtańsza. U nas jednak wygrała potrzeba szybkiej realizacji (o ironio, wyszło nam najdłużej w historii…!), no i łatwość realizacji (znów ta ironia ;pp). Kształt naszej kuchni jest tak prosty, że opcja Ikei wydawała się najwygodniejsza, bo nie mamy żadnych wnęk, skosów, po prostu zwykły kawałek pokoju, bez kombinowania. Design faktycznie mają fajny (za to ich uwielbiam), opcja dodatków, akcesoriów też jest super. O trwałości słyszałam raczej pozytywne rzeczy… Nie wiem, trudno mi się wypowiadać, zobaczymy jak będzie. Być może zależy to od rodzaju frontów i może od partii? Może są różnice pomiędzy kolejnymi partiami produkcyjnymi?

  • dotevo

    Też miałem przejścia z ikeą. Efektem są szafki, które wystają na futryne drzwi, tak, że widać je z salonu. To przez złe zwymiarowanie jednego z pracowników. Ikea zlała nas całkowicie. Że to nie ich wina, że pracownik się pomylił i meble się nie mieszczą. Odradzam.

    • Sam widzisz… U nas w sumie w wielu miejscach IKEA zachowała się właściwie, tylko że każda taka reakcja była okupiona naszymi telefonami i interwencjami. W żadnym przypadku firma nie wyszła z własną inicjatywą, np. ta sprawa z kompletowaniem – gdyby nie moja propozycja wymiany produktów, oni siedzieliby i biadolili „że brakuje towarów” zamiast zaproponować rozwiązanie. Gdyby nie moja determinacja do dzisiaj nie mielibyśmy ani kuchni, ani nawet tych paczek.

  • O rany, współczuję tych okropnych przejść, ale na pocieszenie dodam, że skończona kuchnia wygląda świetnie! Swoją drogą, jestem zaskoczona, bo zamawiałam w swoim życiu już 2 kuchnie z Ikea – 6 lat temu (jeszcze system faktum) i 2 lata temu (system metod) i za każdym razem wszystko poszło jak z płatka… Może to, że wymiarowanie i projekt robiliśmy sami (gotowy projekt jedynie skonsultowaliśmy z pracownikiem działu kuchni w Ikea), oszczędziło nam nieco potencjalnych problemów. Jestem bardzo zadowolona z jakości mebli, zwłaszcza że starsza kuchnia była urządzona bardzo oszczędnie i używana najpierw przez mojego męża, potem (kiedy się wprowadziłam) trochę przeze mnie, a od dwóch lat korzystają z niej lokatorzy, którzy niekoniecznie szanują wyposażenie wynajmowanych mieszkań 😉 Ząb czasu widać nieco tylko na blacie – czarny laminat zdążył się nieco porysować. Z kolei w nowszej kuchni białe szafki i blat Karlby wyglądają tak dobrze jak na początku, w systemach szafek też nic się nie psuje. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić w systemie metod to nieco gorsze wykonanie cokołów osłaniających nóżki – w faktum były sprawiały wrażenie sztywniejszych i bardziej solidnych.

    • Dziękuję za miłe słowa o kuchni 🙂 Mi też się podoba, chociaż wiąże się z nią tyle negatywnych przeżyć. Nasz pech w dużej mierze wynika z okresu, kiedy kupiliśmy kuchnię – końcówka lipca, sierpień i początek września to okres, gdy IKEA wprowadza nowy katalog i w związku z tym mają mnóstwo opóźnień i problemów. Część kolekcji jest wymieniana/wycofywana (zdziwiłabyś sie, jak wiele tych wymienianych/wycofywanych rzeczy jest, bo tego się nie odczuwa przy tak bogatym asortymencie, a my jak na ironię kupiliśmy dużo z tych „ostatków”…) i tak na przyszłość (gdybyś rozważała 3. kuchnię z IKEA :)) radzę omijać te terminy.
      Co do jakości też nie mam uwag, zgadzam się, że osłonki nóżek są wątpliwej jakości, ale jest to na szczęście minimalnie widoczny element, z daleka nikt się nie pozna, że jest z nimi coś nie tak 😉

  • Eryka Brokowska

    Ja niestety już dawno pozbyłam się złudzeń. Dla mnie ikea 3 lata temu straciła ludzką twarz i wiem, że ludzi mają w głębokim poważaniu. Mówię na swoim przykładzie i znajomych, sąsiadów, choć nasze doświadczenia nie opierają się na zakupach. Zdecydowanie nie jest to firma idealna.
    Kuchnia wygląda fajnie! Ale myślę, że zdecydowanie mniej nerwów, i pewnie też nie więcej pieniędzy, kosztowałaby zbudowana i szyta na miarę.
    Post świetnie napisany, z ciekawością doczytałam do końca. Dobrze, że macie już wszystko za sobą. Oby jak najdłużej Wam służyła.

    • Tak naprawdę opcję stolarza odrzuciliśmy ze względu na terminy, bo gdy w czerwcu zrobiliśmy mały rekonesans po znanych nam stolarzach, pierwsze wolne terminy na rozpoczęcie (sic!) współpracy mieli… na styczeń. A mieszkanie było gotowe poza kuchnią, nie chcieliśmy czekać aż tyle czasu na wprowadzkę. Ale jak widać, z IKEĄ wyszło niemal podobnie czasowo ;))
      Dziękuję za miłe słowa o tekście, cieszę się, że pomimo złożoności wątków i objętości dało się go przeczytać w całości i to jeszcze z wypiekami na twarzy :)) Pozdrowienia!

  • Cygaretka

    Dla mnie Ikea nadal jest sklepem prawie idealnym. A też mamy ikeową kuchnię. Wydaje mi się, że ta promocja dała zarówno Ikea jak i klientom mocno w kość. Ekonomicznie na pewno była to kusząca opcja, natomiast my kuchnię kupowaliśmy i montowaliśmy już po jej zakończeniu i była to 3. kuchnia z Ikea „w rodzinie”. Wszystkie doświadczenia w ostatecznym podsumowaniu pozytywne. Oczywiście nie jest to hurra optymizm, jednak stosunek jakość – cena – obsługa dla mnie ciągle bezkonkurencyjna.
    Po przeczytaniu posta mam wrażenie, że trafił wam się pech w klasycznym wydaniu – jak nie idzie to nie idzie. Po całości 😉

    • To prawda, mieliśmy pecha po całości. Być może jesteśmy tylko parszywym wyjątkiem, który potwierdza regułę, że IKEA jednak jest dobrym sklepem i jakość obsługi tam nie zawodzi, w końcu zawsze wyjątki muszą być 😉 Ale bardzo ubolewam, że trafiło na nas i dlatego nigdy już nie spojrzę na ten sklep w taki sposób, jak wcześniej. Zawsze mi się wydawało, że pomimo swojej ogromnej skali, IKEA ma w sobie tego skandynawskiego ducha prostoty, użyteczności i taką ludzką twarz wobec klienta, a jednak to taki sam komercyjny moloch jak inny, tylko z fajniejszym designem i hot dogami za zeta. Poza tym rządzi się tymi samymi prawami co największe korpo tego świata, a proces rozpatrywania kolejno naszych problemów jest na to niezbitym dowodem.

  • Robert Banaś

    Ile ludzi tyle doświadczeń z Ikeą. Ogólnie lubię to miejsce, bo jest tam mnóstwo produktów, które ułatwiają życie i oszczędzają czas. Niestety trzeba na nich uważać. Wszystko trzeba najpierw dokładnie sprawdzać – szczególnie przy aranżowaniu kuchni. Widziałem niemal perfekcyjne kuchnie z Ikei – ale wszystko z wyższej półki Ikea + właściciele naprawdę dużo swojego czasu włożyli w to żeby było po ich myśli.


    Rob B
    http://completehome.pl

  • Omg… Trafiłam tu przypadkowo, przeczytałam i powiem tak, ja już po pierwszej wpadce rozniosla bym tą Ikea od środka. Szacun za cierpliwość, ja bym to wszystko poszła zwrócić, ten cały miliard pozycji, a niech mają. Współczuję bardzo bardzo. Mega słabe doświadczenie. Ja mam kuchnie od stolarza, a o mały włos miała bym z Ikea. Dzięki o panie!
    Pozdrawiam!

    • A dla Ciebie szacun za wytrwanie do końca tej opowieści, tym bardziej, że jak piszesz trafiłaś tu przypadkiem 😉 Ciesz się zatem swoją kuchnią od stolarza i omijaj ikeowskie stanowisko kuchenne 🙂 Pozdrowienia!

  • Magdalena Węcławek

    Wow! a wydawało mi się, że dziesięć telefonów do stolarza i tygodniowa obsuwa w montażu naszej kuchni to dużo… Fajna ta Wasza kuchnia 😉

  • Wiem, że post wisi już na blogu trochę czasu ale trafiłam tutaj kilka dni temu 🙂 Przeczytałam do końca i mimo, że sama przy takich przeżyciach rozniosłabym ikee na strzępy to tutaj się uśmiałam :). Doskonale to pokazuje życiową prawdę która mój – umiesz liczyć licz na siebie. Dlatego wymiarowaniem, planowaniem oraz składaniem mebli zajmujemy się sami! Bo wiem, że jak coś zepsuje to moja wina…a i doświadczenie mnie nauczyło, że niestety z fachowcami zazwyczaj wychodzi się jak Zabłocki na mydle to też całuję po rękach mojego ślubnego, który umie zrobić wszystko a jak nie umie to się naumie. Ze strony ikei wymagam tylko, żeby dowieźli te meble… bo dla mnie to jest wycieczka 200km, więc nie ma mowy o tym, żebym co chwile u nich była. Ewentualnie rozbiję obóz na parkingu:)

    • Masz rację, ja zazwyczaj kieruję się podobną zasadą – robię wszystko sama, jeśli tylko jest taka możliwość. W przypadku naszej kuchni postawiłam na inny front, ponieważ liczyłam, że ten jeden raz w życiu oszczędzę sobie nerwów, biegania i… czasu. Gdybym miała podliczyć straty jakie wynikły z zakupu kuchni w IKEA, zabrakłoby mi jednostek. Bo jak zmierzyć te nerwy, stracone godziny, a nawet łzy? Ludziom może się wydawać „ale chore psychicznie babsko!” (czytałam takie komentarze na swój temat, gdy tekst trafił na wykop.pl), ale tylko ktoś (a zwłaszcza kobieta), kto przechodził przez proces urządzania swojego pierwszego w życiu mieszkania, może zrozumieć, jakie to są emocje i ile to oznacza nerwów. Więc tak, na przyszłość polecam wybierać siebie zamiast IKEĘ.

      Dziękuję za komentarz, tekst wisi na blogu już jakiś czas, ale zawsze mam baczenie na nowe opinie 🙂 Pozdrowienia!

      • Bo wiesz, duża większość społeczeństwa nie przywiązuje do wagi do tego jak mieszka! W internecie widzimy piękne zdjęcia, blogi ale mam wrażenie, że to jest tak bardzo oderwane od tego jak faktycznie mieszkamy, że aż przykre. Ja nie mówię, że każdy powinien mieć stół z najnowszych targów desingu (sama nie mam i średnio mnie stać) ale jednak odwiedzając mieszkania znajomych w moim wieku widzę, że ewidentnie coś nie gra a już na pewno jest dalekie od moich wyobrażeń o mieszkaniu 30 latka, który umówmy się czasy studenckie i pierwszą kawalerkę raczej ma już daleko za sobą… stad niezrozumienie frustracji i emocji jakie powstają kiedy wybitnie coś idzie nie tak jakbyśmy sobie tego życzyli. Ja to doskonale rozumiem bo zeszły tydzień miałam pod znakiem wahań, euforii i płaczu 🙂 Cóż kobiety …

  • Borysomierz

    „Szósta kolejność” nie mówi nic o pójściu czegoś ‚nie tak’, więc WTF?

  • OMG! A ja planuję kuchnię w IKEA. Nastraszyłaś mnie, dziewczyno!

  • Ania Tom

    Mimo wszystko – kuchnia piękna 🙂 A skąd kafle na ścianie?

  • Ewa Pieńkowska

    Uśmiałam się do łez (choć to nieładnie śmiać się z cudzego nieszczęścia), ale powiem tak: dlaczego mnie to nie dziwi??? My też kupowaliśmy kuchnię w IKEA.Projekt i wymiary robiliśmy samodzielnie (już jedno wkurzenie mniej), oczywiście wybrałam fronty , ktore wychodza z produkcji , więc było ściąganie braków przez kuzynkę z innego miasta -IKEA między sklepami nie przesyła!).Montaż mąż robił sam. Nie chcialam ich zlewu , bo żaden mi nie odpowiadał , a wiadomo -ich szafki pasują do ich odpływów.Ale mam zdolnego męża wiec udało się, nawet uratowałam szuflade pod samym zlewem, choć mialo jej nie być 🙂
    Blaty- to samo. Gotowe fatalne, a z metra cena po zbóju . Trzeba było znów przeróbki, najlepsze było jak dokupowałam ostatni uchwyt do szafki. (to ja pomyliłam się w obliczeniach).Na uwagę Pana z IKEA ,ze tych uchwytów „nie da się zamontować do tych frontow” ,powiedziałam,że to dziwne , bo ten jest ostatni, resztę mój mąż już zamontowal -trzeba było widziec jego minę-bezcenna. Co do transportu to wieźliśmy naszym samochodem (nie wiedziałam ,że mój kombiak jest tak pojemny). Ale miałam kompletowanie i transport sypialni-nie było wpadki.Niestety uważać trzeba. Ja miałam tylko lepsze przeboje ze sklepem meblowym AGATA.Nigdy tam nie wrócę

  • Aga

    Kuchnia Ikea metod w moim wykonaniu. Dla mnie to luzik
    Wzięłam kompa odpaliłem program Ikea planem i wstawiłem meble w kilku wersjach. Potem razem z mężem podjęliśmy decyzję jednak z jedziemy do Ikea Janki i kupujemy. Tam podeszłym do obsługi zrobiliśmy jeszcze raz kosztorys i zakupilismy z dostawą do domu. Meble przyjechały do innego miasta ponad 100km od stolicy w terminie. Miła obsługa wnoszenia mebli, spokojnie bez pośpiechu. Potem mąż i ja samodzielnie z pomocą dzieci skrecalismy szafki. Miło było robić to razem. Mąż w piwnicy podcinali blaty, maskownice. Potem oboje mocowaniem po kolei szafki i sprzęt. Zajęło nam to tylko dwa dni. Kuchnia duża z wyspa. Całym sprzętem z Ikea. Mam te meble rok i dla mnie są ok. Front biły błysk. Polecam

  • Przeczytałam od początku do końca. Podziwiam Cię za spokój, bo ja bym już przy drugim dniu „bez transportu ” zrobiła z tego Kierownika czy każdego innego pracownika sieczkę. Kilkanaście tysięcy i taka obsługa! KOSZMAR. Kuchnia piękna, ale 3 miesiące koszmarku to absurd. Ciekawi mnie czy Wasze pierwsze zamówienie się odnalazło? Czy może nigdy magazynu skepu nie opuściło? Kocham Ikea i planuję kupić tam kuchnie, dlatego tu trafiłam, ale już sama nie wiem. Pozdrawiam 😊

  • WeronikaK.

    Przeczytane od dechy do dechy 🙂 Swoją Ikeowską kuchnią cieszę się od 4 dni. Również mieliśmy wymiary potem planowanie i z czystym sercem mogę powiedzieć, że jesteśmy zadowoleni. Kuchnię kompletowaliśmy sami chodząc po magazynie około 2 godziny z 4 stronicową instrukcją zakupu. Samodzielny transport i samodzielny montaż przy pomocy rodziny i przyjaciół. Jedyne z czego nie jestem zadowolona to wybór blatu Karlby, trzeba się z nim obchodzić delikatnie 🙂 chyba wolałabym zwykły blat… no ale już docięte i zamontowane. Swoją opinię na temat żywotności mebli będę znała za kilka lat. Ale ze swojego doświadczenia stwierdzam, że było WARTO! pozdrawiam 🙂 (planowanie i zakup Ikea Bydgoszcz)

    • dor dor

      czyli sami pakowaliście na wózek i szukaliście wszystkich rzeczy, trochę mnie to przeraża bo będziemy musieli zabrać dzieci :0-(

  • Justyna Łoś

    W związku z tym, że właśnie stoimy przed wyborem „producenta” naszej kuchni i już dwie osoby poleciły mi Ikeę, postanowiłam sprawdzić co na to internet. Przeczytałam całą Waszą historię, jakże smutną, no! i dzięki niej wiem, że nie chcę kuchni z Ikei. Tą radość, którą Wam odebrała Ikea nam zabrali sprzedający mieszkanie, więc już starczy emocji i jednak ktoś inny umebluje naszą kuchnię – oby bez podobnych przeżyć..

  • dor dor

    mój koszmar się dopiero zaczyna (mam nadzieję że jednak nie będzie tak źle). zamówiliśmy i zapłaciliśmy za usługę wymiarowania i planowania 250zł. Co dziwne nie dostałam żadnego potwierdzenia mailem lub sms że wszystkie godziny zarezerwowane są faktycznie. Była informacja tylko na stronie,że na min 24 godz przed wymiarowaniem ktos zadzwoni.oby. Pytanie mam jak to wygląda już po tym jak masz w ręce listę zakupów. trzeba samemu chodzić po magazynie i szukać szafek? mój mąż planuje sam przewieźć meble w kilku turach i sam złożyć (kwestia kasy, meble bierzemy na raty ale za dowóz ok 500zł a zlożenie ponad 1000 prawdopodobnie). Ale nie wiem czy można tak sobie jeździć i na 10 razy przywozić meble.

  • Jacek

    A mnie sie kuchnia nie podoba.

    Sam zaprojektowalem i zmontowalem 6 kuchni Ikea. I jeszcze 8 z BRW. Specjalistow z Ikei omijam z daleka, bo robia wszystko , aby sprzedac cos dodatkowego, co niekoniecznie jest niezbedne.

    Ale wracajac do kuchni.
    Zlewozmywak, rzecz gustu. Pewnie ladny, ale niekoniecznie praktyczny.
    do tego lepiej, zeby stal przy oknie, bo wiecej swiatla przy zmywaniu, a piekarnik moze sobie stac w ciemnym rogu po prawej
    Wystajaca zmywarka , jakby z wystawki w niemczech.
    3 fixy dwudzieski, zmarnowane miejsce, pieniadze i estetyka
    wiszace szafki sa „ciezkie”
    garnki na zewnatrz wyspy, sa cool, ale sie kurza i zadna to ozdoba.
    stół piknikowy pewnie niepraktyczny jak cholera.

    szkoda ze zamiast kuchni, nie wrzucilas na bloga projektu, mozna byloby uniknac paru bledow.

    • Najważniejsze, że nam się podoba i jesteśmy z niej zadowoleni.

      Kilka uwag do tego, co napisałeś:
      – zlew jest super, bardzo duży i przez to mega wygodny, jedyny minus to brak ociekacza, ale korzystamy z maty do suszenia naczyń, przynajmniej możemy ją zdjąć gdy jej nie używamy i nie zabiera wtedy miejsca.
      – zlew stoi tam gdzie stoi, ponieważ tam było przyłącze wody. Nie chcieliśmy zmieniać nic w rurach i dodawać sobie pracy, nam tamto miejsce odpowiada, a czasy gdy się stało przy zlewie godzinami i myło naczynia już dawno minęły. Poza tym bardzo chciałam mieć słupek szafek z piekarnikiem, a ze względu na odpływy wody, rury i wentylację, miejsce przy oknie było jedynym, gdzie mogliśmy taki słupek umieścić. Nie było opcji zamiany miejsc zlewu z piekarnikiem.
      – „wystająca zmywarka jak z wystawki” – gdybyś przeczytał tekst uważnie, wiedziałbyś, że zmywarka jest tutaj tymczasowo. To stary model, który dostaliśmy „w spadku”, a ponieważ działa i służy nam dobrze, nie wymieniliśmy jej. Docelowo w tym miejscu stanie ładniejszy model i większy. Ta zmywarka to 45 cm, idealna dla dwóch osób, z czasem wymienimy ją na większą 60 cm i stąd duża zaślepka obok. nie jest to wiec marnowanie miejsca na „fixa”, tylko myślenie perspektywiczne, tak aby móc wymienić zmywarkę bez wymieniania szafek.
      – w projekcie miały być tylko dwie zaślepki – ta od okna (ze względu na wystający parapet) oraz ta obok zmywarki, która z czasem zniknie. Środkowa zaślepka powstała przez błąd montażystów – po akcji z przenoszeniem płyty gazowej, konieczne było przeniesienie dolnych szafek, ale nie chciałam, aby demontowali nam słupek, żeby uniknąć rysowania sprzętów itd. Stąd zgodziliśmy się na dodatkową zaślepkę, ale jest ona winą tylko i wyłącznie błędu po stronie montażystów od IKEA.

      Odnośnie garnków, szafek wiszących itd. nie będę tego komentować. W ogóle nie chciałam odpowiadać na Twój komentarz, ponieważ zdaje się wynikać z czystej upierdliwości i tego, że chyba lubisz się przypieprzyć do byle czego, ale oczywiście „masz prawo do własnego zdania” i liczę, że moja odpowiedź będzie dla Ciebie satysfakcjonująca 🙂

  • Magdalena Luchter

    Ile mniej wiecej kosztowala ta kuchnia ? zastanawiam sie nad kuchnia na zamowienie i chcialabym porownac koszty.

    • dor dor

      kupiliśmy tydzień temu, szafek mamy dużo 8 szafek górnych wysok 40cm, 3 górne 60cm,1 narożna 100-ka, 4 słupki w tym jeden agd na mikrofale i piekarnik, i 7 szafek dolnych. do tego oświetlenie i zlew 700zł i bateria 299zł.bez blatu. ok.13000zł w sumie. mieliśmy mierzenie i planowanie wcześniej. Było ok wszystko.potem od razu raty 0% i czekanie na kompletowanie zamówienia. U nas tylko kilka rzeczy braliśmy sami z magazynu sklepowego-oświetlenie, uchwyty i baterię, resztę odbieraliśmy skompletowane z magazynu zewnętrznego

  • Yaga

    Haha, dobrze, że nie przeczytałam tego PRZED zamawianiem kuchni z Ikea 🙂
    My zamawialiśmy też w promocji i też chciałam wymiarowanie i projektowanie jako płatną usługę. Ale ze względu na promocję nie było terminów w okresie promocji, więc zaryzykowaliśmy, zmierzyliśmy wszystko sami, narysowaliśmy w planerze, potem w Ikei tylko zatwierdzenie i do kasy 🙂 A kwestię rur rozumiem doskonale, też mieliśmy problem. Tylko na szczęście u nas rury są za lodówką (lodówka wystaje), za zmywarką (minimalnie wystaje) i za szafką na zlew (w której nie ma szuflad, więc wszystko zostało podcięte).
    Montaż robi mój cudowny mąż po pracy i myślę, że idzie mu całkiem dobrze (bo jesteśmy w trakcie) – okap z płytą zrównywał prawie co do milimetra, żeby się zgadzało. I myślę, po przeczytaniu kilkunastu historii z montażem Ikei, że dobrze, że nie wzięliśmy od nich, bo na pewno coś by nie wyszło 😉

  • Fajnie się czyta tą historię; tak … prawdziwie 🙂 Ja przez ostatnich kilka lat montowałem kuchnie z Castoramy – te lepszejsze (bo są i te gorsze). Teraz dziewczyna nakręca mi Ikeę jak makaron na uszy. Już dostaję drgawek, jak słyszę nazwę tego sklepu 🙂 W każdym razie mam kilka przemyśleń:
    1. Lepiej samemu wiedzieć co do czego w projektowaniu/składaniu kuchni, bo łatwo można skorygować majstra, aby nie nabijał kosztów
    2. Wpierw planowanie na pustych ścianach – wtedy wszystkie rurki wodne, czy gazowe lub elektrykę od razu można rozłożyć wedle potrzeb, aby szafki były później funkcjonalne
    3. Warto porównać ceny choćby w kilku miejscach – mając rozrys kuchni i wiedząc czego się chce, można poszukać tańszych a równie dobrych rozwiązań
    4. Niekoniecznie zakupy w tym samym sklepie dodatków/gadżetów to dobry finansowo pomysł. Nieraz można trafić na identyczne gdzie indziej (np. rączki do szafek, nóżki, podświetlenie, listwy do wieszania, baterie, zlewy) za mniej, niż połowę ceny!!
    5. Projektując dla siebie stawiałbym na funkcjonalność. Projektując pod flip’a – na wygląd 🙂
    Nie wiem, czy uda mi się wyłgać od Ikei, bo druga połowa strasznie się nakręciła tym sklepem. Tylko przeraża mnie, jakbym miał jechać 140 km po jakąś szafkę, co miała być, ale jej nie było w momencie zakupu.

    Pozdrawiam