Zawsze lubiłam się uczyć. Na początku objawiało się to bardzo starannym odrabianiem szlaczków w moim 16-kartkowym zeszycie w linię. Później nadeszły czasy podstawówki i codzienne przynoszenie dziecięcej edycji encyklopedii Larousse’a do szkoły (nie miałam niestety Świata Wiedzy, więc musiałam nosić całe książki – ale duma z tego, że mogłam na głos czytać klasie kolejne ich fragmenty była warta noszenia tych ciężarów!). W następnych latach edukacji uczciwie pracowałam na przydomek kujona. Nie przeszkadzało mi to, bo dobre stopnie i uczenie się sprawiał0 mi satysfakcję. Im byłam starsza, dbałość o oceny przemieniała się po prostu w dbałość o zdobywanie wiedzy. Czułam, że każda przyswojona informacja w jakiś sposób mnie ubogaca. A dzisiaj, już jako osoba dorosła, jak nigdy wcześniej przekonuję się o sile samorozwoju.

Objawienie na stoku

Mam w zanadrzu wiele anegdot dowodzących mojej potrzeby uczenia się, ale jest jedna historia, która raz na zawsze utwierdziła mnie w przekonaniu, że ja muszę się rozwijać, muszę iść naprzód, bo inaczej zostaję w tyle i pozbawiam siebie szansy na najlepsze widoki. Przekonałam się o tym półtora roku temu podczas wyjazdu narciarskiego. Przy tej okazji muszę nadmienić, że na nartach jeżdżę odkąd miałam 7 lat – wtedy pierwszy raz pojechałam z rodzicami w góry i pod okiem taty doskonaliłam sztukę płużenia. Przez wiele lat wyjeżdżaliśmy na ferie i dzięki temu mogłam stale rozwijać narciarskiego bakcyla. Ale w pewnym momencie przestałam osiągać postępy, nie potrafiłam polepszyć techniki nawet o jeden procent. Poniekąd wynikało to z blokady psychicznej – pod koniec gimnazjum uległam wypadkowi, z którego wyszłam z poważną kontuzją kolana i odtąd zawsze już miałam opory przed jazdą na nartach. Bałam się rozwijać w tej dziedzinie, bo jak wiadomo – narty kolanom nie służą. I tak mizerniałam na stoku, aż do momentu, gdy kompletnie straciłam zapał do tego sportu i wyjazdy w góry w końcu się skończyły.

Po kilku sezonach przerwy postanowiłam spróbować na nowo. Wyjechaliśmy całą paczką na narty, dwa dni pozjeżdżałam ze stoków, ale niestety – nadal czułam absolutny brak postępów. Postanowiłam zmienić taktykę, a dokładniej – zmienić dyscyplinę. Trzeciego dnia wyjazdu wypożyczyłam deskę snowboardową. Wydawała mi się mniej urazogenna dla kolan, stąd nie bałam się podejmować ryzyka aby ćwiczyć kolejne ewolucje. W ciągu kilku godzin na stoku zrobiłam większy postęp w snowboardzie niż w narciarstwie przez 7 poprzednich lat. Nie mogłam przestać, zjeżdżałam raz za razem, a satysfakcja z każdej kolejnej rundki w dół ze stoku była nie do opisania. Wypytywałam znajomych, jak wykonywać konkretne ruchy, jak skręcać deską, jak się obracać, jaką pozycję przyjmować, chłonęłam od nich wiedzę każdym porem mojego ciała i byłam przeszczęśliwa. Nawet upadki przestały być mi straszne, ba, motywowały mnie jeszcze bardziej. Czułam się Jagną Marczułajtis swojego losu, półtora dnia i oto jestem snowboardzistką!

/ Chciałabym Wam powiedzieć, że ta historia skończyła się szczęśliwie, ale niestety drugiego dnia nauki bardzo niefortunnie upadłam na zmrożony śnieg i pierwszy raz w życiu coś sobie złamałam. A że była to prawa ręka, moja snowboardowa kariera skończyła się w ciągu kilku minut 😀 Ale nie poddałam się! Wkrótce znów planuję wrócić na stok 🙂 /

Lekcja na całe życie. No, prawie całe…

Od tamtej pory ilekroć próbowałam zmotywować się do nauki czegokolwiek, zawsze w myślach przywoływałam sobie te chwile na stoku i uczucia, które mi wówczas towarzyszyły. Satysfakcja z każdej najmniejszej poprawy w mojej technice jazdy na desce była nie do opisania i napędzała mnie do dalszego rozwoju. A jednak, chociaż od czasu tych wydarzeń minęło raptem półtora roku, po zakończeniu studiów szybko zapomniałam, jak bardzo kocham się uczyć i jak bardzo potrzebuję zdobywać nową wiedzę. Gdy rok temu opuszczałam mury politechniki doskonale zdawałam sobie sprawę, że muszę rozwijać się dalej, a jednak bez narzuconego terminu egzaminu coraz trudniej było mi zmotywować się do nauki.

Podjęłam decyzję – nauczę się czegoś od nowa!

Niedawno postanowiłam coś zmienić – wrócić do pasji uczenia się. Postanowiłam nauczyć się czegoś od nowa – czegoś, co robię od zawsze, czyli fotografowania. Chociaż zdjęcia pstrykam już od kilkunastu lat, chociaż inwestuję w dobry sprzęt, obiektywy, oświetlenie, to nigdy tak naprawdę nie dałam sobie szansy, aby fotografii się nauczyć, zwłaszcza od technicznej strony. Niby wiem, co to przysłona, co to ogniskowa i niby trybu automatycznego w ogóle nie włączam (to prawda!), a jednak nigdy nie spróbowałam opanować samych podstaw. Do tej pory nie traktowałam fotografii jako czegoś, czego rzeczywiście można się uczyć. Robiłam zdjęcia, bo ich w danej chwili potrzebowałam – czy dla zachowania wspomnień, czy dla ożywienia bloga, ale to wszystko. A przecież czego jak czego, ale fotografii można się uczyć latami i nadal nie posiąść pełnej wiedzy.

I wiecie co? Dzięki temu odżyłam.

Wróciła ta iskra, ten zapał do pochłaniania wiedzy kilogramami, a satysfakcja z każdego postępu rozlewa się na całe moje życie. Jestem przeszczęśliwsza widząc, że coraz lepiej radzę sobie ze światłem, doskonalę kompozycję, łapię ostrość na każdym zdjęciu (albo prawie każdym). Wciąż chcę więcej. To dlatego spędzam wiele godzin przeglądając fotografie w internecie, ale nie tak po prostu, bezwolnie, tylko dokładnie analizując, jak ustawiono ludzi i obiekty, jak zbudowano scenerię, jak posłużono się światłem. Widzę coraz więcej takich niuansów i coraz lepiej wychodzi mi wdrażanie ich w życie. Postanowiłam też więcej czytać na ten temat – kupiłam kilka książek, jeszcze nie wszystkie udało mi się przeczytać, ale regularnie je przeglądam i wyciągam z nich konkretne informacje. A co najważniejsze – robię zdjęcia nie tylko dlatego, że potrzebuję danego kadru w danym momencie, tylko dla samodoskonalenia. Po prostu testuję różne ustawienia, sprawdzam pomysły zaczerpnięte od innych, eksperymentuję. Werbuję też koleżanki, aby zgodziły się pozować – w końcu jak inaczej mam się nauczyć dobrego portretu? Jedna sesja już za mną, kolejne są w perspektywie, a ja nadal chcę więcej.

Kilka lat w 14 dni. To możliwe!

W ubiegły piątek robiłam sesję dla jednego z klientów (mam to szczęście, że fotografia staje się też moim zawodem i to z coraz lepszym skutkiem). Bałam się, bo pierwszy raz wykonywałam sesję żywności. A że klientem jest restauracja, jakość zdjęć ma bezpośrednie przełożenie na to, czy uda im się dane potrawy sprzedać czy nie. Przed przystąpieniem do pracy kilka dni przeglądałam w internecie strony poświęcone tej dziedzinie fotografii, analizowałam też błędy z mojej poprzedniej sesji dla tej samej firmy (nie była to sesja żywności, ale aranżacji stołów). W końcu nadszedł dzień zdjęć, całe przedsięwzięcie trwało kilka godzin. Dobierałam światło, testowałam różne ustawienia w aparacie i… nie przestawałam się uśmiechać. Od poprzedniej sesji dla tej firmy minęły raptem 2 tygodnie, a ja zrobiłam większy postęp w fotografii niż przez ostatnich kilka lat. 14 dni! Nie twierdzę, że jestem już foto-mistrzynią, bo to oczywiście nieprawda, ale poprawa jest widoczna gołym okiem i to sprawia mi nieopisaną radość.

Przekonałam się o sile samorozwoju jak nigdy wcześniej

Gdy po wspomnianej sesji wracałam do domu, uśmiech dalej nie schodził mi z twarzy. Znowu pojawiła się w mojej głowie ta myśl: ależ ja lubię się uczyć! Zdobywanie wiedzy, samorozwój – to jest to, co mnie napędza. Ale nie jestem w tym względzie wyjątkowa, każdy tak ma! Nie wierzę, że istnieje człowiek, który w żaden sposób, w absolutnie żadnej dziedzinie nie stara się o postępy albo robiąc je nie odczuwa z tego powodu satysfakcji. Ludzie od zawsze zabiegali o wiedzę, inaczej nie mielibyśmy ajfonów, internetu i pewnie do dzisiaj jeździlibyśmy samochodami z kwadratowymi kołami (przepraszam, jakimi samochodami…????). Jednak czasem zdarza nam się zapomnieć o radości uczenia się – w to jestem skłonna uwierzyć, bo sama przechodziłam ten etap po studiach. Łatwo jest zapomnieć o sile samorozwoju, rozleniwić się. Właśnie dlatego mam dzisiaj propozycję dla Ciebie, tak właśnie, dla CIEBIE. Zrób sobie tę przyjemność i zacznij się uczyć. Nie musisz wkuwać dat z historii starożytnego Rzymu, daruj sobie wbijanie do głowy zawiłych reguł fizycznych. Pomyśl, co naprawdę lubisz robić i daj temu szansę. Naucz się tego od nowa, od zera. Wypożycz z biblioteki książki (albo kup je, jeśli masz taką możliwość), dołącz do grup dyskusyjnych i forów, zapisz się na kurs, czytaj poradniki online. Obiecuję, że nie pożałujesz. Jestem pewna, że już przy pierwszych postępach dojdziesz dokładnie do tego samego wniosku, co ja:

„Uczę się, więc jestem”.

A zatem uczmy się i bądźmy. Bo jeśli nie idziemy do przodu, zostajemy w tyle i pozbawiamy się najlepszych widoków. A choćbyśmy mieli złamać przy tym rękę, choćby i prawą – to warto! Gojenie trwa kilka tygodni (sprawdzone info), a wiedza zostaje z nami na całe życie. No, dobra, zrosty kości też zostają, ale wciąż – WARTO.

(Visited 471 time, 1 visit today)