Zgodnie z ustalonym planem, przeczytałam niedawno książkę autorstwa Sophii Amoruso pt. Girlboss (na polski przetłumaczoną jako Szefowa). To historia o tym, jaką drogę przebyła autorka: od zbuntowanej nastolatki, która nie potrafiła utrzymać żadnej pracy dłużej niż miesiąc, aż do CEO jednego z największych sklepów online na świecie – NastyGal. Książka okazała się niezwykle wciągająca i motywująca, ale pozostawiła mnie z jednym nurtującym pytaniem – skąd wiedzieć, że pomysł jest dobry?

Początki NastyGal

W tym tekście nie chcę recenzować książki Girlboss, bo jest ona jedynie punktem wyjścia do moich rozważań. Powinniście jednak wiedzieć, że Amoruso rozpoczynała swoją przygodę z handlem odzieżą od sprzedawania ubrań vintage na eBay’u. Buszowała w lumpeksach w San Francisco, wybierała najciekawsze perełki, organizowała mini sesje zdjęciowe z wykorzystaniem znalezionych ubrań, a następnie skrupulatnie opisywała je w treści aukcji. Tak zaczęła się historia jednego z najbardziej imponujących biznesów w historii mody. Co jeszcze ciekawsze, te początki Amoruso nie są aż tak bardzo odległe, bo miały miejsce w latach 2006-2008. Później przyszedł czas na własną domenę, własny sklep, pierwszy mały zespół i tak stopniowo rozwijało się marzenie Sophii. Trudno w to uwierzyć, ale potężna marka NastyGal narodziła się w lumpeksie i bardzo długo rozwijała w sposób organiczny, bez pożyczek i kredytów. Niesamowite, prawda?

A wszystko to zaczęło się od kilku wizyt w second-handach. Amoruso jeszcze wtedy nie spodziewała się, że osiągnie tak gigantyczny sukces, ale we wczesnych początkach swojej przygody z modą czuła, że to jest coś, czemu chce się poświęcić. Miała pomysł, miała w sobie pasję i poszła za ciosem. Miała też jaja, nie czarujmy się, one bardzo przydają się w biznesie. Ale na pewno to nie jaja, ale kreatywność, pracowitość i intuicja doprowadziły ją na szczyt.

I tutaj powraca moje nęcące pytanie – skąd wiedzieć, że pomysł jest dobry?

U Amoruso było to chyba przeczucie. Głęboko zakorzenione, nakazujące jej iść naprzód w kierunku, który wybrała. Nikt nie wróżył jej powodzenia, nikt nie brał na poważnie jej początkowych podrygów w handlu ubraniami. Ot, zbuntowana dwudziestoparolatka, która lubi szperać w lumpeksach, mnóstwo było takich dziewczyn jak ona. A jednak to ona dotarła na szczyt.

W moim życiu wpadałam już na genialne pomysły wielokrotnie, ale mało który wykraczał poza ramy wyobraźni. Nie dlatego, w nie nie wierzyłam, ale dlatego, że nie wierzyłam, że uwierzą w nie inni. Tymczasem historia lubi nagradzać właśnie tych, którzy wierzą w to, co robią i robią to nawet wtedy, gdy nie wierzą w to inni. Lista takich osób jest długa, a Amoruso jest jednym z najciekawszych dla mnie przykładów.

A zatem o tym, czy pomysł jest dobry, nie decydują inni. Na pewno decydujemy o tym sami, bo to my mamy szansę go zrealizować. Narodził się w naszej głowie, należy do nas i od nas zależy, co z nim zrobimy.

Ale co, gdy w naszej głowie takich pomysłów pojawia się mnóstwo? Kilka w tygodniu? Nawet kilka dziennie?

A u mnie tak bywa. Jeśli danego dnia szczególnie dopisuje mi kreatywność, jestem w stanie wpaść na kilka genialnych pomysłów i najchętniej za wszystkie zabrałabym się tu, teraz, od razu. Ale tego nie robię. Fakt, niektóre opuszczają mnie dość szybko. Wychodzę z założenia, że jeśli po przespanej nocy nie prześladuje mnie dana idea, to znaczy, że to nie ja mam ją ucieleśnić. To trochę nawiązuje do teorii Elisabeth Gilbert, opisanej w książce Wielka Magia. Pisarka wierzy, że natchnienie nas nawiedza i może z nami pozostać, ale może nas też opuścić i przejść na kogoś innego, kto zrealizuje dany pomysł. Ja również w to wierzę.

A zatem pozostaje pewna pula pomysłów, które przetrwały dłużej niż dzień i są z nami. Skąd wiedzieć, który z nich jest dobry, który przyniesie nam szczęście, który pozwoli realizować nam swoją pasję, który może kiedyś przyniesie nam sukces i fortunę? (choć zaznaczam, że w moich rozważaniach pomysłów nie sprowadzam do biznesu; pieniądze są przydatne, ale ważniejsze jest dla mnie spełnianie się w tym, co robię na co dzień)

Chciałabym podać Wam gotowe rozwiązanie tego problemu, ale nie potrafię. Mam jednak odpowiedź, która w pewnym stopniu powoli rozwikłać tę tajemnicę twórczego życia:

Realizujcie każdy pomysł, na jaki wpadniecie

Serio. Jeśli starczy Wam na to energii, czasu, może pieniędzy, róbcie to. Możecie wyznaczyć sobie jakieś warunki (u mnie warunkiem jest reguła jednej nocy), a wszystkie idee, które je spełnią, wcielajcie w życie. Być może z wielu pomysłów, tylko jeden okaże się być czymś prawdziwym, być może przez długi czas będziecie imać się wielu zajęć, wielu myśli i żadna donikąd Was nie zaprowadzi. Ale gwarantuję, że każda Was ubogaci, każda Was czegoś nauczy. Nigdy nie można powiedzieć, że realizacja pomysłu był stratą czasu, bo jeśli w niego wierzycie i daje Wam on chociaż chwilę szczęścia, to warto. A pośród wielu idei, kiedyś traficie na tą jedyną albo dwie „te jedyne” albo jeszcze więcej (w końcu każdy ma swoje indywidualne potrzeby). Wyobraźcie sobie, że moglibyście je stracić tylko dlatego, że nie spróbowaliście.

Sophia Amoruso spróbowała

Stworzyła sama sobie pracę marzeń, dzięki której mogła się w pełni realizować. W swojej książce Girlboss wielokrotnie podkreśla, że zawsze była kreatywna i wpadała na różne pomysły, jak tą kreatywność wykorzystywać. Aż w końcu trafiła na ten jedyny i to zaprowadziło ją aż do posady CEO NastyGal. A żeby nie było za różowo, to mogę dopowiedzieć Wam zakończenie tej historii, którego nie znajdziecie w książce, bo wydarzyło się długo po jej napisaniu, około miesiąc temu: NastyGal jest na drodze do bankructwa, a Amoruso ustąpiła z fotela prezesa. I co, myślicie, że żałuje decyzji o założeniu marki? Wątpię, i to nie tylko dlatego, że wciąż jest jedną z najbogatszych kobiet w biznesie.

Moje zakończenie, a raczej… nowy początek

Po przeczytaniu Girlboss moje szare komórki działały na najwyższych obrotach. Książka zainspirowała mnie jak żadna inna i przez kilka dni chodziłam jak nakręcona. Czułam dodatkowy przypływ kreatywności, czułam, że muszę znaleźć dla niej nowe ujście. I znalazłam.

Nie wiem, czy wiecie, ale mam takie dziwne hobby, że lubię zaglądać do księgarni i oglądać okładki książek. Tak, potem chętnie te książki czytam, ale nie ukrywam, że niezwykłą przyjemność sprawia mi oglądanie ich. Szukam w sklepach najpiękniej wydanych egzemplarzy, wiele z nich trafia z czasem do mojej prywatnej biblioteczki, inne wypożyczam z biblioteki, aby chociaż przez chwile móc się nimi cieszyć. Oceniam książki po okładkach – dokładnie tak! Ostatnio wpadłam na pomysł, aby tymi znaleziskami się dzielić. Na początku chciałam o tym pisać tutaj, na blogu, ale potem stwierdziłam, że chcę czegoś innego. Pomyślałam o nowym koncie na Instagramie. Mogłabym korzystać z mojego obecnego profilu, ale tak wciągnęło mnie snucie nowych planów, że od razu wymyśliłam nazwę profilu, w myślach projektowałam nawet logo… Wiadomo, jak to ja, nie mogłam się doczekać realizacji tego pomysłu. No i założyłam nowy profil. Nie wiem, dokąd mnie to zaprowadzi, może za miesiąc, dwa natchnienie mnie opuści, ale na razie sprawia mi to mnóstwo frajdy, więc nie chcę jej sobie odmawiać. Jeśli macie ochotę, będzie mi bardzo miło, jeśli dodacie ten profil do obserwowanych:

>>> BY ITS COVER <<<

  • niestety najczęściej jak nawet zacznę realizować pomysły to szybko tracę zapał nie doprowadzając sprawy do końca
    cudny Twój portret w tym wpisie:)

    • Bywa i tak, ale to może właśnie oznaka, że jednak nie Tobie było dane go realizować 🙂 Dzięki <3

  • Oj we mnie też wrzało po tej lekturze. Dobrze, że nakierowałaś na coś to bulgotanie!

    • Niezwykle motywująca, prawda? W ogóle się nie spodziewałam!

  • dziękuję kochana:*