Top

To miał być zwykły styczniowy weekend. Mroźny, zaśnieżony, ale zwykły, taki jak wiele poprzednich. Mieszkamy z Lubym od ponad 4 miesięcy razem, w naszym mieszkanku, po swojemu. Żyje nam się dobrze, dotarliśmy się już tam gdzie trzeba, mamy swój rytm dnia, tygodnia. Przywykłam już do tego nowego życia i pozbierałam się po utracie tego poprzedniego. Jednak w miniony weekend wróciło jedno z najlepszych wspomnień rodzinnego domu. Ba, nie tylko wróciło, ono zamieszkało z nami na 3 dni, a potem znów zniknęło. A mnie zostawiło rozsypaną na podłodze, niczym ten piach z solą naniesiony do mieszkania z zimowej ulicy.

Ci z Was, którzy kojarzą tekst o mojej wyprowadzce z rodzinnego domu, na pewno pamiętają, ile emocji kosztowała mnie zmiana adresu zamieszkania. Tak jak przewidywałam, w końcu wszystko ułożyło się na nowo, inaczej, ale też dobrze. Wiadomo, że kiedyś musiałam z tego gniazda wyfrunąć. Jednak odlatując, zostawiłam w nim nie tylko rodziców. Zostawiłam też jego. Mojego wymarzonego, jedynego w swoim rodzaju Bebka.

Dobre i to

Odkąd zamieszkałam z Lubym, kontakty z moim ukochanym psem siłą rzeczy stały się rzadsze, ale pomimo codziennych obowiązków, w każdym tygodniu znajduję czas przynajmniej na jeden wspólny spacer. Czasem są to dwa, czasem trzy spacery, ale ten jeden zawsze jest. To nie to samo, co kiedyś, gdy Bebek był pierwszym, co widziałam po otwarciu rano oczu i ostatnim, co przytulałam przed pójściem spać, ale robię, co mogę, aby nie zapominać o moim futrzaku. Na samym początku mieliśmy z Lubym nawet plan, aby Bebek pomieszkiwał u nas, ale stwierdziliśmy, że starych drzew się nie przesadza, a już na pewno nie przesadza się ich z lasu do doniczki, bo tak mniej więcej wyglądałoby dla psa przeniesienie z domu z ogrodem do mieszkania na drugim piętrze. No więc zostały nam te spacery, dobre i to.

Najszczęśliwszy weekend

Wspominając najszczęśliwsze momenty 2016 roku, jako jeden wymieniłam drugi weekend wspólnego mieszkania z Lubym, gdy porwaliśmy do siebie Bebka. To wtedy był jego debiut na naszych salonach i zniósł to zaskakująco dobrze. Ale wówczas upłynęło zbyt mało czasu od momentu mojej wyprowadzki z domu, abym mogła poczuć, co to znaczy nie mieć psa na co dzień. W gruncie rzeczy w ogóle nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki Bebek nie pojawił się u nas ponownie. W miniony weekend zabraliśmy go do siebie i został do niedzielnego wieczoru.

Niby wszystko takie zwyczajne…

Te trzy wspólne dni mijały zupełnie zwyczajnie, aż nadszedł moment pakowania jego gratów (Bebek, jak na hrabię przystało, podróżuje z posłaniem, kompletem misek, smyczą, obrożą, karmą z kubeczkiem do porcjowania i, uwaga, ulubionym dywanem – SERIO). On od razu wyczuł, że coś się święci i zaniepokojony obserwował, jak zbieram z całego mieszkanka jego wyprawkę. Gdy niebieska torba z IKEA wypełniła się po brzegi, spojrzałam na niego, a on już wiedział. Wraca do siebie. I właśnie wtedy poczułam dojmujący smutek. Padłam na kolana na ukochany, jeszcze niespakowany, dywan Bebka i rozbeczałam się jak głupia. Gdy doprowadziłam się do ładu, zwinęłam dywan, założyłam psu obrożę i podpięłam smycz, pod pachę wpakowałam jego bagaż i ruszyliśmy na parking. Gdy wszystko znalazło się już w samochodzie, a Bebek zajął miejsce na wycieraczce przedniego pasażera, spojrzałam na niego i znów wybuchłam płaczem, zawodząc jeszcze głośniej niż chwilę wcześniej. Chyba nie skłamię, jeśli powiem, że moja rozpacz była większa nawet od tej, którą przeżywałam podczas ostatniej drogi z domu do mieszkanka w dniu przeprowadzki.

img_1349

Już nic nie było takie samo

Po odwiezieniu Bebka do rodziców, wróciłam do siebie i nic już nie było takie samo. Niby mieszkanko wróciło do stanu sprzed, ale dla mnie wszystko się zmieniło. Od kilku dni próbuję wyjaśnić obecny stan rzeczy i codziennie zadaję sobie to samo pytanie: „po co ci pies?” Dopiero teraz, po ponad 4 miesiącach mieszkania bez Bebka, poczułam, jak bardzo mi go brakuje. Jak bardzo tęsknię za tym, że jest pierwszym, kto wita mnie w drzwiach. Za tym, że zabiera mi kapcie i nosi po całym domu. Za tym, że gdy spadnie mi na podłogę jedzenie, nie muszę po nie sięgać. Za tym, że w domu nigdy nie jest cicho, bo zawsze przez powietrze przebija się wzdychanie białego stworzenia albo jego szczekanie albo delikatne chrapanie… I że nawet, gdy go nie widzę, zawsze czuję, że jest obok. Że mogę wychylić się z pokoju i od razu poderwie głowę do góry, aby sprawdzić, co ze mną.

„Po co Ci pies?”

Gdybym miała samej sobie odpowiedzieć na pytanie „po co ci pies?”, powiedziałabym, że dla tego wyjątkowego uczucia bliskości. Zupełnie innego niż tego doświadczanego w rodzinie, w miłości, w przyjaźni. To jasne, że Bebek nigdy nie zastąpi mi nikogo z moich bliskich, ale też nikt z moich bliskich nigdy nie zastąpi mi jego. To dwie odrębne historie, obie bardzo ważne, ale każda na swój sposób. Przez ostatnie miesiące mieszkania bez psa zdążyłam zapomnieć, jak to jest żyć z nim. Ale to był stan chwilowy, wynikający z wielu wrażeń związanych z nowym miejscem i układaniem swojego życia na nowo. Miniony weekend przywołał wszystkie wspomnienia i jak dotąd (a mamy już piątek), nie mogę się po tym pozbierać. Przedtem nasze mieszkanko wydawało mi się kompletne, dzisiaj jest puste, jakby uszło z niego życie. A wiecie, co jest najsmutniejsze? Że to nie jest Bebka dom i nigdy nie będzie. I to był główny powód mojej niedzielnej rozpaczy. Gdybym chciała, zostawiłabym go u nas na stałe, ale to byłby ogromny błąd i krzywda dla psa. To właśnie boli najbardziej.

To się chyba nazywa dorosłość?

Więc oto jestem w typowej sytuacji osoby dorosłej: rozdarta między tym, co się chce, a tym, co się powinno. Tym razem wybieram mądrze, wybieram odpowiedzialnie i wybieram to, co lepsze dla niego. Ale serce mi pęka i trudno pozbierać się ze wspomnianej podłogi.

A jak Wy (posiadaczki i posiadacze psów) odpowiedzielibyście na pytanie „po co ci pies?”?