Nie sądziłam, że tak krótko po seansie La La Land kolejny film sprawi, że wyjdę z kina poruszona. I nie chodzi tu o poruszenie w stylu „ale zabawna była ta komedia!” albo „rety, jakie to było smutne”, tylko o wybuch myśli w mojej głowie, które zostaną ze mną na dłużej. A jednak przydarzyło mi się to ponownie i znów rozchodzi się o marzenia. Tym razem do przemyśleń skłonił mnie film McImperium, opowieść zupełnie inna niż megahit ze Stone i Goslingiem, chociaż również w gwiazdorskiej obsadzie (w główną rolę wcielił się Michael Keaton, eks batman).

Uwaga: Jeśli nie mieliście okazji być w kinie, istnieje ryzyko, że nie powinniście czytać tego tekstu, bo może zostać zakwalifikowany jako spoiler. Z drugiej strony McImperium jest oparte na faktach i jeśli kiedyś pofatygowaliście się, aby poczytać co nie co o jednej z największych firm wszech czasów, to z pewnością nowa kinowa produkcja nie powie Wam niczego nowego. Wówczas śmiało możecie czytać dalej, do czego Was zachęcam.

Wszystko zaczęło się od dwóch braci i ich jednego marzenia

Po krótce mogę Wam powiedzieć, że pierwszy lokal McDonald’s został założony przez dwóch braci – Dicka i Maca McDonaldów. Tworzenie własnego baru było ich ogromną pasją. Przez lata udoskonalali nie tylko receptury dań z menu, ale przede wszystkim system funkcjonowania ich lokalu. W szczytowym momencie popularności barów z obsługą samochodów, oni doszli do wniosku, że taki system spowalnia proces obsługi klientów i pomimo kontrowersji, postawili na samoobsługę. Z czasem doszło do tego wiele innych innowacji, m.in. ograniczenie oferty dań do minimum czy zastosowanie opakowań i sztućców jednorazowego użytku. Ale największym ich osiągnięciem było opracowanie Speedee, czyli pierwszego systemu szybkiej obsługi gastronomicznej, który skrócił czas oczekiwania klienta na zamówienie z 30 minut do… 30 sekund. To dzięki nim możemy dziś mówić o fast foodach. 

Jak wspomniałam, bracia McDonald byli pasjonatami, żyli swoją pasją. Uwielbiali dokonywać pomiarów, wyliczać procenty, tworzyć wykresy, szacować. Ich misją było maksymalne upraszczanie czynności, aby bar działał tak efektywnie i szybko jak to tylko możliwe. Dzięki skrupulatności i doskonałemu zmysłowi obserwacji potrafili dokonywać rewolucyjnych odkryć i mieli wystarczająco bujną wyobraźnię, aby te odkrycia sprawnie przekuwać na konkretne działania.

Marzyć czy zarabiać? Rozważania po filmie McImperium

To było coś znacznie większego

Jednak w ich uwielbieniu innowacji kryło się znacznie więcej. Kryły się marzenia, wielkie marzenia, które chcieli spełnić. Marzyli, aby prowadzić sieć restauracji o tym samym, wysokim standardzie, serwującą pyszne jedzenie w dobrej cenie i błyskawicznym tempie. Byli przy tym perfekcjonistami i nie interesowały ich półśrodki. Chcieli swoimi malutkimi kroczkami osiągnąć cel i stworzyć firmę opartą na cenionych przez nich wartościach. Najbardziej liczyły się dla nich: dokładność i przejrzystość. Te wartości były dla nich ważniejsze niż zyski, więc cierpliwie czekali na odpowiedni moment, gromadzili wiedzę i doświadczenie, aby kiedyś, w nieokreślonej przyszłości, móc ziścić swoje sny. Tacy byli bracia McDonald.

I wtedy pojawił się on

W pewnym momencie swojego życia na ich drodze pojawił się Ray Kroc, ambitny wizjoner, który żadnej pracy się nie imał. Nie był jednak człowiekiem, który zadowalał się byle fuchą, szukał zajęć, w które mógł wierzyć, które pozwalały realizować pewną tylko jemu znaną wizję. Nie był prostym parobkiem, dla którego liczyła się tylko kasa, ale zdecydowanie miał w sobie dużo z cynika. Gdy poznał braci McDonald i zobaczył, jak wielkich odkryć dokonali, od razu uwierzył w ich firmę i to, co można nią osiągnąć. Wizja rozwinięcia marki McDonald pochłonęła go całkowicie, tak że rzucił wszystkie inne zajęcia i postanowił w pełni poświęcić się tej misji.

Udało mu się przekonać do swoich planów samych braci, którzy z początku byli bardzo sceptyczni. Wszystko wynikało z drastycznych różnic w podejściu obu stron do biznesu. Kroc był wizjonerem, który miał obsesję na punkcie wielkości – chciał osiągnąć spektakularny sukces, mierzony nie tyle milionami na koncie (chociaż tym też), co po prostu zasięgiem i gigantyczną skalą. A bracia wręcz przeciwnie – dla nich najważniejsze było spełnienie ich marzenia, w taki sposób, jak to sobie wymarzyli: precyzyjnie, dokładnie, ale skutecznie, co często oznaczało – wolno. Kroc natomiast parł do przodu jak taran, sukces czekający na końcu tej drogi był dla niego najważniejszy.

I jak myślicie, jak skończyła się ta historia?

170208_mcimperium3_s

Pewnie odpowiecie „nie skończyła się”, co zresztą jest prawdą, bo przecież McDonald’s to współcześnie największa sieć gastronomiczna na świecie. Ale sama współpraca braci z Ray’em dobiegła końca i nie było happy endu dla obu stron, a tylko dla jednej. Dla Kroca, oczywiście. Bracia stracili na tym interesie wszystko, co było dla nich najcenniejsze. Utracili swoje wielkie marzenie (godność i pieniądze przy okazji, ale nie to liczyło się dla nich najbardziej).

Po obejrzeniu McImperium byłam bardzo poruszona, a moim pierwszym komentarzem na temat filmu było (tu cytat): „ale skurwiel”. Inaczej nie potrafiłam określić postępowania Kroca. Ale potem sporo myślałam o tej historii i zaczęłam się zastanawiać… Czy można w tym przypadku mówić wyłącznie o tym co czarne, a co białe? Wydaje mi się, że tak jak w życiu, tak i tutaj wszystko jest szare, ewentualnie w jaśniejszych lub ciemniejszych odcieniach.

Ten długi wstęp, który Wam zafundowałam, miał doprowadzić do dwóch głównych rozważań:

1. Bracia McDonald nigdy nie osiągnęliby sukcesu, jaki ich marce zapewnił Ray Kroc.

Nie mieli na to szans, bo nie byli do tego stworzeni. Marzyli o czymś, co prawdopodobnie przez całe życie pozostałoby poza ich zasięgiem. Ray natomiast nigdy nie zostałby multimilionerem gdyby nie bracia – bo nie miał ich pomysłowości, skrupulatności, precyzji. Chociaż był wizjonerem, najbardziej w życiu brakowało mu tej jednej, konkretnej wizji. Dopiero bracia McDonald dostarczyli mu coś, w co naprawdę mógł uwierzyć, a on perfidnie im to ukradł. I tutaj pojawia się moja zagwozdka: Może ludzie tacy jak bracia McDonald i ludzie tacy jak Ray Kroc potrzebują siebie nawzajem? Może romantyczni, nieco naiwni marzyciele nie są w stanie spełniać swoich marzeń bez motoru napędowego w postaci cynicznego Kroca? Może tak właśnie działa świat i chcąc realizować swoje wyśnione cele, musimy znaleźć odpowiednie wsparcie i partnerów? Czy wielki sukces jest w ogóle możliwy w pojedynkę? Bez fuzji pomysłów, bez wzajemnej motywacji? Chyba nie umiem jasno odpowiedzieć na to pytanie i jestem ciekawa, co Wy sądzicie na ten temat.

Marzyć czy zarabiać? Rozważania po filmie McImperium

2) Gdy 10 lat temu myślałam o swojej przyszłej pracy zawodowej, widziałam siebie raczej w pozycji Kroca.

Nie chodziło jednak o kradzież pomysłów i marzeń innych, ale o to parcie do przodu, ambicję, skuteczność, wspinanie się po szczeblach kariery. Wiele z tych cech mam na stałe wpisane w swój charakter, ale po latach podejmowania różnych aktywności i zajęć, wiem jedno – gdy kiedyś pojawi się w mojej głowie wielkie marzenie, takie, które nada sens całemu mojemu życiu i będę wiedziała, że oto jest cel wszystkich przeżytych lat, to wybiorę stanowisko braci. Bez dwóch zdań. Jeśli kiedykolwiek stanę przed wyborem marzyć czy zarabiać?, wybiorę marzenia. Bo to one są dla mnie wartością nadrzędną, początkiem i końcem, spoiwem, które łączy wszystkie obszary życia. Wybieram marzenia i wybieram braci McDonald, nawet jeśli historia oceni mnie później jako wielką przegraną (żeby nie powiedzieć: frajerkę).

A Wy kogo wybieracie?