Nie jestem dobra w podejmowaniu decyzji. Ba, śmiem sądzić, że jestem w tym całkiem beznadziejna. Każdy, nawet najbardziej trywialny wybór, jest u mnie poprzedzony wieloma godzinami rozkmin, zasięgania porad znajomych oraz dogłębnego researchu u różnych innych źródeł. Jeśli uda mi się w końcu zdecydować na jedną z możliwych opcji, na koniec pozostaje mi w głowie ta sama myśl: z decyzjami jest jak ze zrywaniem plastra. Czasem zaboli bardziej, czasem mniej, ale nie ma wyjścia – trzeba to w końcu zrobić. A na koniec zawsze odczuwamy jakąś ulgę.

1. Strata

Być może od razu pomyśleliście – dlaczego musi boleć? Ano stąd, że każdy wybór wiąże się z utratą pewnych możliwości. Być może skojarzycie w tej chwili naukowe pojęcie „kosztu alternatywnego” i będzie to bardzo trafne skojarzenie, bo jest on kwintesencją podejmowania decyzji. I to każdej pojedynczej decyzji, zaczynając od wyboru farby do ścian, a kończąc na życiowym partnerze. Nie da się uniknąć straty, bo na tym polega decydowanie – wybieram to, a nie to drugie, więc nie mogę zachować wszystkiego. Wóz albo przewóz. Zdarzają się czasem jakieś złote środki i pseudoidealne rozwiązania, ale nawet one nie są w stanie uchronić nas przed utratą pewnych choćby najdrobniejszych możliwości. I dlatego musi boleć, chociaż trochę – nikt nie lubi odczuwać straty.

2. Zmiana

Moje dzisiejsze rozważania są podyktowane decyzją, jaką podjęłam całkiem niedawno. Decyzją, z którą nosiłam się już od dłuższego czasu, a której nie byłam w stanie podjąć. A mówiłam, że jestem w tym beznadziejna…!

Niedawno zrezygnowałam z pewnej ciekawej współpracy, która trwała kilka miesięcy. I chociaż nie mam wątpliwości co do słuszności mojego postanowienia, to musiało minąć naprawdę wiele tygodni i zaczerpnęłam opinii u wielu osób, aby móc wysłać maila z informacją o mojej rezygnacji. Nie wyobrażacie sobie nawet, jak stresowałam się, gdy kursor skierował się w stronę przycisku „Wyślij”.

Odejście z pracy jest dobrym przykładem do omawiania problematyki podejmowania decyzji. Zazwyczaj miotamy się przez długi czas i po prostu brakuje nam odwagi, aby coś zmienić. Zmiana – kolejny czynnik, który utrudnia nasze wybory. Zastanawiamy się, czy uda się znaleźć nowe zajęcie, czy nie zabraknie nam do tego czasu środków do życia i czy aby na pewno nie tracimy właśnie życiowej szansy. Wydaje mi się, że tego ostatniego boimy się najbardziej. W moim przypadku tak było.

3. Pewność

W decyzjach szalenie trudne jest to, że w 99% przypadków nie możemy mieć pewności co do konsekwencji określonego postanowienia. Tak, wiem, biorąc udział w teleturnieju i znając poprawną odpowiedź na pytanie z historii, możemy mówić o 100% pewności, ale skupmy się dzisiaj na wyborach bardziej skomplikowanych, których nikt wcześniej nie dokonywał i nikt nie napisał o nich w podręcznikach. A z takimi mamy do czynienia na co dzień w naszym życiu, bo na nich to życie się opiera. To nieustające pasmo wyborów, a co za tym idzie – braku pewności, a co za tym idzie – zmian, a co za tym idzie – strat. Mało pocieszająca perspektywa, prawda?

Wracając zaś do mojej rezygnacji, był to klasyczny przypadek: bałam się, że tracę coś wyjątkowego, bałam się cokolwiek zmieniać, bo przecież w gruncie rzeczy w tej pracy szło mi całkiem nieźle. Ale co najgorsze – nie byłam pewna, czy to słuszna decyzja i czy nie pożałuję jej już nazajutrz, a może i po godzinie.

4. Zerwanie

Kursor w końcu dotarł na pole „Wyślij”, a ja wdusiłam przycisk. Poszło! Nieważne, że coś stracę, że coś może się zmienić ani że nie mam pojęcia, co się potem wydarzy. Przecież nigdy nie będę go miała, a decyzję trzeba było podjąć. Nie mogę przejść przez życie obklejona plastrami od stóp do głów, muszę je w końcu z siebie zerwać.

I wiecie co? Dawno nie poczułam takiej ulgi jak wtedy, gdy mail opuścił skrzynkę wychodzących. Z chwilą, gdy wiadomość poszybowała przez sieć, wiedziałam już, że to była to słuszna decyzja. Śmieszne, że nie musiałam czekać na odpowiedź od adresatki wiadomości, bo już po wysłaniu rezygnacji nabrałam absolutnej pewności co do mojej decyzji.

A wystarczyło tylko kliknąć „Wyślij”. Dokonać wyboru, zerwać plaster. Nie zabolało aż tak bardzo. Tak, z tyłu mojego umysłu nadal mam myśl, że coś straciłam – no bo straciłam pracę, jakby nie patrzeć, to tak właśnie się stało. W zamian zyskałam jednak coś absolutnie bezcennego – czas, który chcę poświęcić na inne, bardzo ważne przedsięwzięcia. Niedawno uzmysłowiłam sobie, że nie starczy mi czasu na wszystko, więc każda godzina ekstra jest nie do przecenienia.

Zerwij to z siebie jak plaster!

Zerwij to z siebie jak plaster!

Od dokonywania wyborów nie ma żadnej ucieczki, nie da się i już. Masz decydować i to jasno, wyraźnie, stanowczo. Coś przy tym stracisz, pewnie Cię zaboli, ale ostatecznie zrobi Ci się lżej. I tak, pewnie nieraz się pomylisz, ale ja osobiście lubię sobie myśleć, że nie ma najgorszych wyborów. Są tylko słabsze i lepsze, ale o żadnym nie można powiedzieć, że jest beznadziejny. Koniec końców każdy otwiera przed Tobą jakieś drzwi, a za nimi czekają na Ciebie nieznane dotąd, zupełnie nowe możliwości. To już bardziej pocieszająca perspektywa, nie sądzisz?

  • Szybkie podejmowanie decyzji to coś, nad czym pracuję od dawna. Moja głowa ma tendencję do kreowania katastrofalnych scenariuszy, więc zanim zdecyduję, wyobrażam sobie wszystkie najgorsze rzeczy, jakie w konsekwencji mogą się wydarzyć. Wiem, że to bardzo złe, więc próbuję nad sobą pracować. Rodzaj pizzy w weekendy wybieram już całkiem sprawie 😀

    • Ja nadal w restauracji zawsze zamawiam jako ostatnia, nigdy nie wiem, na co się zdecydować… 🙂 I też staram się nad tym pracować, po ostatniej decyzji o zrezygnowaniu ze współpracy z wspomnianym portalem poczułam nagły przypływ siły, aby szybciej rozprawiać się z każdym wyborem. Zobaczymy, na ile mi tej siły starczy 😉

  • Nie lubię i nie umiem podejmować decyzji. Mam jednego naleśnika w manekinie,którego jem od lat 5. Raz spróbowałam innego i był ohydny. To mnie trzyma przy moich. Nie umiem podejmować tych ważnych, chociaż podejmuje je, ale z długim namysłem. Ciężko mi coś zmieniać, lubię swoją strefę komfortu. Bezpiecznie, ciepło, a zmiany są takie chłodne. Przynajmniej z początku.