Wiecie co, ostatnio uświadomiłam sobie, że prawdopodobnie wprowadziłam Was w poważny błąd. Na moim blogu nie poruszam zbyt często tematu pieniędzy, jednak popełniłam o nim przynajmniej dwa teksty. Być może dałam Wam w nich podstawy, aby myśleć, że niezarabianie pieniędzy w imię pasji uważam za szczyt spełnienia i taką wręcz… szlachetność. Wielkomyślność. Wolność. Ale prawda jest taka, że ja też chcę mieć pieniądze i nie widzę nic złego w ich zarabianiu. Dzisiaj właśnie temat „zielonych” chciałabym poruszyć.

Temat pieniędzy na blogu

Swojego czasu opisywałam Wam swoje wrażenia po filmie McImperium. Wyraziłam w nim pogląd, że mając do wyboru stanowisko braci McDonald’s a Ray’a Kroca, wybrałabym tych pierwszych. Za ich wielką ideę i wiarę, za to, że marzenia były dla nich istotą wszystkich wyborów i nadawały sens całej reszcie życia. I że patrząc na opozycyjną postawę, czyli cynizm i bezwzględną chęć zbicia fortuny, które przemawiały przez Kroca, to jest ona ostatnim, z czym się identyfikuję. I tak, dzisiaj mogę tylko potwierdzić wcześniej wyrażone zdanie.

Drugim tekstem, w którym wspominam o zarabianiu pieniędzy, jest tekst o tym, że nie starczy mi czasu na wszystko. Że zrezygnowałam z pewnego, podobno intratnego, biznesu, ponieważ koliduje czasowo z zajęciami, które są moją prawdziwą pasją. Decydując się na łatwy zarobek, zrobiłabym to kosztem planów, które pozwalają mi się realizować. Posłużyłam się wtedy takim wręcz sformułowaniem: „Dopóki jest co do garnka włożyć, dopóki bliscy, za których odpowiadacie, żyją godnie i niczego nim nie brakuje, warto rozważnie dysponować swoim czasem. Bo naprawdę nie mamy go dużo.”

Wcale bym się nie zdziwiła, gdybyście po tym zdaniu uznali mnie za kogoś totalnie oderwanego od rzeczywistości. Taką typową marzycielkę, która żyje swoimi pasjami, nie płaci czynszu ani podatków i w ogóle nie przejmuje się pieniędzmi, bo nie one się w życiu liczą najbardziej. I taka opinia byłaby tyleż prawdziwa, co mylna. Już spieszę z wyjaśnieniem.

Prawdziwa, bo… Pieniądze nie są wartością samą w sobie

Ostatnio rozmawiałam z Lubym na temat kasy i oboje doszliśmy do wniosku, że żadne z nas nie traktuje pieniędzy jako wartości samej w sobie. Żadne nie zbiera mamony na koncie dla samej satysfakcji posiadania jej, odświeżania salda i sprawdzania, czy spłynął kolejny przelewik. Oboje uwielbiamy pieniądze wydawać i w większości przypadków robimy to w celu zaspokojenia jakiejś przyjemności, spełnienia jakiegoś marzenia. Luby wręcz zwykł mawiać: „Kupmy to, przecież nie po to zarabiamy, aby środki gromadzić, tylko aby je wydawać”. I ja się z tym zgadzam. Gdy loguję się do konta bankowego, na ekranie nie widzę cyferek. Widzę nowy obiektyw, bajeczną podróż we dwoje, nową, ulubioną planszówkę albo mebel do mieszkania. Nie chodzi o to, że wydaję każdą kwotę, jaka trafi do mojej dyspozycji. Chodzi o to, że patrząc na pieniądze nie widzę środków. Widzę cele. I pod tym względem pasuję do charakterystyki marzycielki.

Mylna, bo… Trzeba twardo stąpać po ziemi

Druga, ważniejsza dla mnie strona medalu, o której szczególnie chciałabym dzisiaj napisać, to kwestia rozsądku. A raczej, jak to już ładnie ujęłam w nagłówku, „twardego stąpania po ziemi”. Bo ja w tym jestem baardzo dobra i uważam, że marzycielstwo absolutnie nie może tego wykluczać. Tak, można pieniędzy nie traktować jako ważne, ale głupotą byłoby ignorować je tak w ogóle. Świat działa tak, a nie inaczej i pomijając skrajne przypadki ascetyzmu, każdy musi coś w portfelu mieć. Jeśli nie po to, aby kupić sobie nowy obiektyw czy bajeczną podróż, to chociażby po to, aby zapłacić właścicielowi mieszkania za czynsz albo kupić coś, co później wkłada się do przysłowiowego garnka. W tym kontekście żadna ze mnie marzycielka, bo mam bardzo poukładane sprawy finansowe. Wiem, ile posiadam i ile zarabiam, na co mogę sobie pozwolić, a na co nie. I wiem, że te środki muszą mi się na koncie pojawiać, więc trzymam rękę na pulsie, aby zawsze mieć źródła przychodu i jednocześnie trzymam oszczędności na czarną godzinę.

Najważniejszy wniosek po Blog Conference Poznań

Dlaczego wracam dziś do Was z tematem pieniędzy i niejako tłumaczę się z wcześniej przedstawionych opinii? Bo zrozumiałam, jaki przekaz mogłam przypadkiem, zupełnie niezamierzenie puścić w świat. Uświadomiła mi to Ola Budzyńska, czyli Pani Swojego Czasu. Podczas minionego Blog Conference Poznań wygłosiła prelekcję dotyczącą jej biznesu, tj. sprzedaży szkoleń i kursów online dotyczących organizacji czasu dla kobiet. Opowiadała o swojej wcześniejszej pracy i o tym, jak doszła do miejsca, w którym jest teraz, jak zaczęła się jej internetowa działalność itp. W pewnym momencie padło ze sceny mniej więcej takie zdanie:

„Nie założyłam bloga dlatego, że to była moja PASJA i chciałam się nią dzielić <w momencie wymawiania słowa pasja Ola teatralnie wykpiła takie podejście>, ale dlatego, że chciałam zarabiać. Po prostu.”

Mój hajs też musi się zgadzać. O zarabianiu pieniędzy i moim wielkim błędzieI wtedy dostałam obuchem w łeb

Może nie dosłownie, bo Ola jest zbyt sympatyczną osobą, aby robić podobne rzeczy, ale jej słowa tak mnie otrzeźwiły, że od razu wiedziałam, co muszę napisać po powrocie. Widzicie, pisząc o pasjach, o tym, jak wielkie znaczenie mają w moim w życiu i odnosząc ten temat do kwestii zarabiania, ani przez chwilę nie chciałam Was namawiać do rezygnacji z zarobków w imię zainteresowań. Znaczy się, w pewnym sensie to właśnie miałam na myśli, ale nie wyjaśniłam swojego stanowiska zbyt jasno i być może tak to odebraliście.

Pasja, ten ogień, który mnie rozpala, gdy robię coś, w czym się spełniam, jest istotą mojego życia. I tak, chciałabym w pełni oddać się tylko takim zajęciom i Was również do tego namawiam. Ale nie chodzi mi o to, abyście rzucili wszystko, nie martwili się o pieniądze i żyli swoimi marzeniami. Jedyna rozsądna i słuszna postawa to robić wszystko, aby zarabiać na swoich pasjach właśnie. Aby wykorzystać swoje najsilniejsze przymioty, doświadczenia i wiedzę i zrobić, ile tylko się ta, aby z pasji stworzyć sobie pracę. Nawet wtedy, jeśli oznaczałoby to wymyślenie nowego zawodu – i tak gorąco Was zachęcam do podjęcia tego trudu.

Nie „marzyć czy zarabiać”, tylko „marzyć I zarabiać”

Moim zdaniem, problem nie polega na wyborze „marzyć czy zarabiać”, problem polega na tym, aby wymyślić sobie drogę, która pozwoli „marzyć I zarabiać”. Mam dokładnie to samo zdanie, co Ola Budzyńska i tak naprawdę, gdybym miała wejść na scenę i opowiadać o temacie zarabiania, pewnie wygłosiłabym podobną opinię, co ona. Bo również uważam, że spełnianie pasji bez dbania o zarobki i regularną pracę, jest niczym innym jak naiwnością. Może słodką i rozkoszną, ale taką, która nie przystoi rozsądnemu, twardo stąpającemu po ziemi człowiekowi.

Mea culpa

Jeśli chociaż przez chwilę poczuliście, że zachęcam Was do twórczego życia kosztem komfortowej sytuacji finansowej, to mogę Was tylko przeprosić. Bo nie taki przekaz chciałam puścić w świat. Według mnie twórcze życie jest, paradoksalnie, bardzo racjonalne, również w kontekście zarabiania. Nawet Elisabeth Gilbert, autorka mojej najukochańszej książki o pasjach, nie ignorowała znaczenia zarobków. Nie bójmy się powiedzieć tego wprost – hajs musi się zgadzać. I nie ma nic złego w zarabianiu pieniędzy ani w mówieniu o tym, że się zarabia. 

Wszystkie moje wywody o pasjach i marzeniach sprowadzają się do jednej, prostej idei:

Aby ułożyć sobie życie w taki sposób, by móc się realizować. I dotyczy to tak czasu wolnego, jak i pracy, która powinna przynosić odpowiednie zarobki. Głęboko wierzę, że z absolutnie każdego zajęcia można stworzyć sobie zawód, historia zna takich przypadków aż nadto. Więc jeśli jest coś, czym szczerze się interesujecie i wiecie, że realizowanie tej pasji przyniesie Wam szczęście, podejdźcie do tego z głową. Pomyślcie, jak możecie to przekuć na pieniądze, ułóżcie plan i przede wszystkim – działajcie. Bez tego nic się nie wydarzy i marzenia pozostaną marzeniami, a konto, z dużym prawdopodobieństwem – puste.

Jeśli moje przekonania są niczym innym jak naiwnością, to będę o niej myśleć jak o słodkiej i rozkosznej. Być może nawet rozsądny, twardo stąpający po ziemi człowiek, jednak potrzebuje jej w swoim życiu.

  • Wiesz, i się zgadzam i nie zgadzam. Uwielbiam pisać i od jakichś pięciu lat zastanawiam się jak to przekuć na pełnoetatowy zawód. Póki co nic nie wymyśliłam. Bo jednak lubię pisać w konkretny sposób i troszkę ciężko na kompromis. To nie do końca jest kwestia tylko chęci.
    Jako, że kocham pieniądze, póki co regularne przychody wygrywają z ambitnym planem na przekucie pasji w zawód.

    • Zgodzę się, że to kwestia nie tylko chęci. Niestety wymaga to pewnego szczęścia, ale ponad wszystko – zbiegu wielu (szczęśliwych) okoliczności. Ale z drugiej strony, bez chęci – nawet szczęście nie pomoże, więc trzeba się na to wszystko otworzyć. Postawa musi być aktywna, a nie bierna. I dla potwierdzenia powiem, że z dużym prawdopodobieństwem, jestem właśnie w takim miejscu. Po latach kombinowania, kminienia i wielu momentów zrezygnowania, urodził się w mojej głowie pewien pomysł, w który szczerze wierzę. I teraz dopiero zaczyna się ta ciężka praca, ale skoro tak jak Ty nie lubię kompromisów, wolę zasuwać ile się da i korzystać z tego okna, które udało mi się otworzyć. Oczywiście, tutaj również zadziałał zbieg pewnych okoliczności, same chęci pewnie by nie wystarczyły.