Na początku 2017 roku zrealizowałam swoje bardzo ambitne postanowienie i przygotowałam sobie listę lektur na ten rok. Nagrałam o tym nawet pierwszy w historii bloga film i opublikowałam w tym tekście. Nie przeczę – to był fajny pomysł, takie poukładanie sobie swoich czytelniczych planów, tak, żeby móc odhaczać jedną lekturę po drugiej. Super. Bardzo elegancko. Po dorosłemu. Tylko, że okazało się to być totalnie nie dla mnie.

W przebłysku mojego geniuszu totalnie zapomniałam o tym, czym najczęściej kieruję się przy wyborze książek – instynktem, chwilową fascynacją. Najchętniej i najszybciej czytam książki, do których zaglądam nie dlatego, że tak sobie postanowiłam, tylko dlatego, że poczułam, iż muszę je w danej chwili przeczytać. Czasem moja intuicja ma rację, czasem się myli i nie docieram nawet do półmetku lektury. Ale to i tak najlepsza metoda na moje czytelnictwo – zafascynowanie. I takim sposobem przeczytałam ostatnio kilka książek, o których istnieniu nie wiedziałam jeszcze pół roku temu, a które porwały mnie od pierwszej strony. Próżno szukać ich na liście lektur 2017 – trudno, moje ambitne postanowienie pozostanie niespełnione. Najważniejsze, że czytam, prawda?

Poznajcie książki, które mnie ostatnio zachwyciły.

W tytule tekstu celowo wpisałam „4+1”, ponieważ jeszcze kilka dni temu, planując ten wpis, właśnie tyle tytułów chciałam wymienić. Od poniedziałku jednak sporo się zmieniło i dzisiaj ukończyłam lekturę kolejnej, totalnie poruszającej książki, którą nie sposób pominąć przy okazji tego wpisu.

1. Art Branding, Igor Gałązkiewicz

To od tej książki wszystko się zaczęło. Ją czytałam jako jedną z pierwszych w tym roku i szybko zrozumiałam, że to ona zadecydowała, po jakie sięgnę w dalszej kolejności. Otworzyła mi oczy i uświadomiła, że to, co wydawało się tylko przelotnym romansem, być może okaże się moją największą pasją.

książki, które mnie ostatnio zachwyciły

Design i marketing. Dziedziny, zdawać by się mogło, odrębne, a jednak tak silnie ze sobą związane. Art Branding to książka, która opowiada właśnie o mariażu obu tych obszarów wiedzy i twórczości oraz o tym, jak one na siebie oddziałują, jak się przenikają. Doskonały przekrój najważniejszych marek, postaci, miejsc i dzieł, jakie ukształtowały współczesną branżę kreatywną i projektową. Potężne źródło wiedzy, ale ponad wszystko – bogaty zasób inspiracji. Chłonęłam każdą stronę z taką starannością, aby nic mi nie umknęło, aby nauczyć się jak najwięcej. To absolutnie obowiązkowa lektura, jeśli tak jak ja masz ciągoty do designu, wnętrz, projektowania. Art Branding pomógł mi uświadomić sobie, że mogę być częścią tych dziedzin, tak bardzo przeze mnie ukochanych, niekoniecznie mając opasłą teczkę pełną rysunków i szkiców czy bogate portfolio realizacji. Te dziedziny można odkrywać i czerpać z nich na wiele sposobów, a jednym z nich jest również marketing.

Na szczególną uwagę zasługuje również jakość wydania tej książki – świetnej jakości papier, minimalistyczna, ale jakże oryginalna okładka. To taka wisienka na torcie wiedzy i inspiracji, jaką serwuje lektura autorstwa Gałązkiewicza.

2. Język rzeczy, Deyan Sudjic

książki, które mnie ostatnio zachwyciły

Po Art Brandingu nadszedł czas na Język rzeczy. Pewnie nigdy bym się nie dowiedziała o tej książce, gdyby nie ta pierwsza. Gałązkiewicz nie umieścił zbyt wielu przypisów w swoim dziele, ale ten jeden popełnił i od razu wiedziałam, że pójdę tym tropem. Takim sposobem dowiedziałam się o Sudjic’u, czyli dyrektorze Design Museum w Londynie, który na swoim koncie ma kilka doskonałych tytułów literaturowych, każdy mniej lub bardziej związany z designem, sztuką i architekturą. Mam w planach przeczytać każdy z nich, po kolei.

Język rzeczy to książka o tym, jak przedmioty nas uwodzą. Co w sobie mają, że nam się podobają, jak wykorzystują to sprytni marketingowcy. Ale to nie jest jakaś tam gadka-szmatka, to poparta konkretną wiedzą i naukowymi dowodami teoria, która jest, najprościej rzecz ujmując, po prostu ciekawa. Czyta się o tym i myśli „o rety, faktycznie!”. Przez lata bycia czynnym konsumentem, doczekałam się własnych wniosków, ale dopiero książka Sudjic’a pozwoliła mi je sobie uporządkować. Według mnie to szalenie interesująca lektura i bardzo Was do niej zachęcam.

Sudjic również zaskakuje okładką, ale nieco inaczej niż Gałązkiewicz. Nie chodzi tylko o ładne wydanie (nieco mniej ekstrawaganckie niż w przypadku Art Brandingu), ale o to, że proces przekazywania wiedzy czytelnikowi zaczyna się już od okładki. I wcale nie mam na myśli opisu książki na jej tylnej części. Nie odbiorę Wam tej przyjemności i jeśli nabierzecie ochoty na przeczytanie tego dzieła, zachęcam Was do dokładnego przestudiowania właśnie jego oprawy.

3. Podróż różowych delfinów. Wyprawa do Amazonii, Sy Montgomery

książki, które mnie ostatnio zachwyciły

O tej książce wspominałam już w czerwcowym przeglądzie inspiracji, ale powtórzę również tym razem. Podróż różowych delfinów, jak wiele innych moich lektur, wyniknęła z czystego przypadku. A raczej nie przypadku, tylko widzi-mi-się pań bibliotekarek. Nie zawsze mam czas i ochotę buszować po czeluściach bibliotecznych regałów, więc lubię zaglądać na specjalne półki, gdzie pracownicy placówki, zgodnie z nieznanym mi kluczem, wyróżniają pojedyncze książki. W ten sposób mój wzrok padł na dzieło Sy Montgomery. Z początku nie byłam świadoma, jakiego rodzaju jest to powieść (?), ale gdy na odwrocie okładki wyczytałam, że to książka podróżnicza, postanowiłam dać jej szansę. Głównie z uwagi na to, że Wy, drodzy Czytelnicy, polecaliście mi ten gatunek. I bardzo Wam za to dziękuję 🙂

Zachwycałam się nią kiedyś na moim Instagramie. To absolutnie magiczna opowieść, na dodatek taka, która wydarzyła się naprawdę. Czytałam kolejne strony zafascynowana i wciąż traciłam świadomość, że to wszystko miało miejsce. Że różowe delfiny naprawdę istnieją, a wszystkie postaci, które autorka spotkała i które pomogły jej zgłębić fascynujący świat inii, są rzeczywiste, żyją lub żyły tu, na tej planecie. Coś wspaniałego! Montgomery tak plastycznie formułuje kolejne historie, że nie sposób im się oprzeć. Według mnie to absolutnie czarująca książka, taka, która otwiera serca na przyrodę i w chociaż minimalnym stopniu pozwala odbudować więź, jaka nas, ludzi, łączy z tym magicznym, naturalnym światem.

4. Księga zachwytów, Filip Springer

Fotograf i reportażysta, szczególnie zainteresowany architekturą i miastami, od koncepcji, po konkretne historie. O Księdze zachwytów wiedziałam tyle, że ma piękną okładkę i chyba napisał ją jakiś stary pan architekt. Pomyliłam się tylko co do tego drugiego, bo okładka jest faktycznie ciekawa (to punkt wspólny wszystkich 4 wymienionych przeze mnie książek, ale nikogo z Was to nie powinno dziwić, bo o swojej słabości do okładek i opakowań wspominałam niejednokrotnie). Springer oprowadza nas po najciekawszych budowlach i obiektach polskich miast. Oceniając je pozytywnie, a czasem krytycznie, daje cenną lekcję z tego, jak czytać architekturę: na co powinno się zwracać uwagę, co doceniać. Nie chodzi o to, aby się zawsze z autorem zgadzać, ale by dać mu się poprowadzić przez ten świat i zobaczyć go jego oczami, aby potem móc to zrobić samemu.

książki, które mnie ostatnio zachwyciły

U Springera najbardziej urzekła mnie lekkość, z jaką opisuje architekturę. To umiejętność, której jeszcze nie posiadłam (u mnie wszystko jest „fajne”, „fikuśne” albo „słabe”, no, czasami też „super”), ale mam nadzieję się jej nauczyć. Autor z takim powabem opisuje budynki, jakby to były topmodelki albo superbohaterowie. Wyciąga na wierzch ich sekrety i podkreśla główne cechy, tak trafnie, że nie raz podśmiechiwałam się nad książką. Np. opis warszawskich wieżowców i porównanie ich do koksa/siłacza i intelektualisty uważam za absolutny majstersztyk (one naprawdę tak wyglądają!).

Zachęcona Księgą zachwytów, czekam właśnie „w kolejce” w bibliotece na inną publikację Springera, tj. Miedziankę (dzięki, Bartek). Zobaczymy, czy spodoba mi się w równym stopniu.

+1. Zanim się pojawiłeś, Jojo Moyes

Tej książki nie miało być w tym wpisie, ponieważ nie sądziłam, że tak szybko uda mi się ją przeczytać. Tekst zaplanowałam wcześniej, w zeszłym tygodniu, ale odkąd w poniedziałek wróciłam z biblioteki z upolowanym (z trudem!) egzemplarzem Zanim się pojawiłeś, dotarcie do ostatnich stron powieści zajęło mi raptem 3,5 dnia. A naprawdę mam co robić popołudniami i wieczorami.

Wspominałam już na Insta Stories i powtórzę: nie wiem, jak opisać tę książkę. Mam wrażenie, że po jej lekturze otworzyło się we mnie coś, czego już nie mogę zamknąć, a co wypełniło moją duszę smutkiem. Takim smutkiem, o którym człowiek myśli, że zapomniał, ale w chwilach prawdziwej radości, czuje gdzieś z tyłu umysłu właśnie to. Smutek. Przekonałam się o tym dzisiaj, na seansie Baby Driver. Mimo, że na ekranie oglądałam doskonałe kino akcji i nie raz śmiałam się na głos, czułam jakiś taki ciężar. Przejmujący smutek.

książki, które mnie ostatnio zachwyciły

Nie wiem, czy efekt książki Moyes się utrzyma, ale chyba wcale nie chcę, aby przeminął. To taki rodzaj smutku, który w jakiś sposób sprawia, że czujemy się… mądrzejsi? Bardziej świadomi? Na pewno bardziej empatyczni. Przynajmniej ja tak się czuję świeżo po skończonej lekturze.

Nie będę pisać więcej. Wbrew temu, że historia Lou i Willa stała się światową maszynką do zarabiania pieniędzy, warto przeczytać książkę. I film też powinno się obejrzeć. Ja nie żałuję, a jestem ostatnią osobą, która lubi robić to co wszyscy.

***

Jak widzicie, wszystkie książki, które mnie ostatnio zachwyciły, są spoza listy lektur na ten rok. I to nie tak, że na liście umieściłam same kiepskie tytuły, po prostu moje instynkty kierują mnie ku innym książkom. Ale nie myślcie sobie, że co lektura, to kolejny świetny wybór. W ostatnich miesiącach przeczytałam również Capture your style autorstwa słynnej blogerki Aimee Song i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to najgorzej ulokowane 49 zł w życiu. I chociaż nie ja płaciłam (książkę zażyczyłam sobie pod choinkę), to naprawdę mam ochotę przeprosić Św. Mikołaja, że nie spożytkował tej kwoty na jakiś lepszy cel. To tyle, jeśli chodzi o recenzję dla Aimee (chociaż śledzę ją i obserwuję w sieci dalej; po prostu nie powinna była brać się za coś, co nie ma sensu).

Nie skłamię, jeśli napiszę, że jestem otwarta na Wasze pomysły. Co warto przeczytać? Może polecicie mi inne poruszające Was książki? Nad którą książką płakaliście najbardziej? Dajcie znać!

  • Małgosia K.

    Po pozycje nr 1,2 i 4 bardzo chętnie sięgnę. Czytałam do niedawna dużo książek o zarządzaniu, teraz przyszedł czas na design, branding itd – w jakimś sensie to będzie dla mnie kontynuacja poprzedniego tematu. A Twoje recenzje brzmią bardzo zachęcająco :). Pozycja nr 3 – w dalszej kolejności, bo mam już trochę przesyt dużą ilością przeczytanych książek podróżniczych w szerokim tego słowa znaczeniu, ale kiedyś na pewno przeczytam tę książkę o różowych delfinach. Ostatnia… hmmmm…. mając na uwadze fakt, że staram się walczyć z moją nadmierną empatią, mam mieszane uczucia, ale chyba trudno będzie mi się oprzeć… zaciekawiłaś mnie tą recenzją :).

    • Jeśli trafisz na ciekawe książki o designie i brandingu, bardzo proszę o cynk 🙂 Ja w dalszej części chcę sięgnąć po „Język miast” Sudjic’a oraz „Dizajn i sztuka” Bruno Munari.

      A Moyes spróbuj i się przekonaj. Dla mnie super.

  • Marta K

    Bardzo zaciekawiła mnie pierwsza książka i chyba po nią sięgnę. 🙂
    A co do uczucia ,,mądrego smutku” to serio, myślałam, że tylko ja tak mam. I lubię ten jego rodzaj, bo mam wrażenie, że otwiera mi to oczy na świat, od teraz wszystko będzie inaczej, lepiej i w ogóle jestem o niebo mądrzejsza.
    A samą książkę Jojo uwielbiam od pierwszego przeczytania, kiedy pochłonęłam ją w jedno popołudnie. 😀

    • Bo ona jest bardzo ciekawa! 🙂

      Z tym smutkiem jest tak, jak piszesz. Ja też czuję, że otworzył mi oczy. Nagle zaczęłam dostrzegać więcej, więcej myśleć (również o niepełnosprawności). Czuję się trochę lepszą osobą, jakkolwiek naiwnie to zabrzmi.