Jestem zawzięta i potrafię dążyć prosto do celu. Jeśli naprawdę sobie coś postanowię, to będę się tego trzymać, czasem słusznie, czasem wręcz przeciwnie, ale zawsze – konsekwentnie. Tak było i tak jest nadal, ale jednak coś się we mnie zmieniło. Gdybym miała wskazać, czego szczególnie ważnego nauczyłam się w moim kilkuletnim, dorosłym życiu, powiedziałabym, że nauczyłam się odpuszczać. I uwierzcie mi, jest to prawdziwie uwalniające odkrycie.

Jakie odpuszczanie mam na myśli?

Każde. Możesz odpuścić sobie jedzenie czekolady, bieganie, ale też znajomość, która przysparza Ci tylko przykrości i kłopotów. Ważniejsze od tego „co” sobie odpuszczamy jest to, „dlaczego” to robimy. Bo powody mogą być różne, jedne mają uzasadnienie, drugie są tylko wymówkami. I gdy mówię o odpuszczaniu, mam na myśli takie, które jest solidnie uwarunkowane. A nie takie, które wynika z naszej słabości i lenistwa. Odpuszczanie jest przywilejem, i jak to zwykle z przywilejami bywa, trzeba z nich korzystać roztropnie.

No więc – dlaczego sobie odpuszczam?

Przede wszystkim dlatego, że dana osoba lub sprawa mnie rani, wysysa ze mnie energię. Są tacy ludzie i są takie sprawy, na pewno przytakniecie. Kiedyś nie miałabym odwagi ot, tak wyciąć je ze swojego życia, obecnie nie doświadczam żadnych skrupułów. Jeśli czuję się z kimś lub czymś źle, najczęściej się z tego wyłączam. Urywam kontakt. Przestaję się udzielać. Bo niby po co miałabym to ciągnąć? W imię jakiej idei? Bardziej od nich cenię sobie swój spokój. Nie przeczę, to bywa trudna decyzja i dlatego tak ważne jest poważne przemyślenie sprawy. Ale czasem po prostu się to wie, ot, tak. I żadne dodatkowe argumentacje nie są potrzebne. Wystarczy nie pójść na spotkanie, wykreślić coś z listy „to do” albo „to consider”.

Ale odpuszczanie nie dotyczy tylko takich wielkich spraw jak toksyczna znajomość, czasem chodzi o całkiem prozaiczne rzeczy i zajęcia. Skala tak naprawdę nie ma znaczenia. Gdyby podsumować energię, którą wysysają z nas takie drobiazgi, to okazałoby się, że pożerają nasze zaangażowanie i nerwy w znacznie większym stopniu niż najgorszy wróg. Dlatego w odpuszczaniu tak bardzo liczy się konsekwencja, bo nim się obejrzysz, na głowę wejdzie Ci całe mnóstwo mikro spraw, z którymi trudno cokolwiek zrobić.

No i jest jeszcze jeden powód, aby sobie odpuszczać, ten bardziej racjonalny niż emocjonalny – bo nie na wszystko starczy nam czasu. Więc nie raz w życiu trzeba sobie coś odpuścić, aby w pełni poświęcić się czemuś innemu. Czemuś, co naprawdę nas uszczęśliwi, znacznie bardziej niż opcja alternatywna (wiem, że czytając moje teksty możecie pomyśleć, że wszystkie kręcą się wokół jednego, ale nic na to nie poradzę – według mnie tak to właśnie w życiu działa; dlatego tak często we wpisach pojawiają się odwołania do pozostałych, jeden wynika z drugiego). Mi również z tej właśnie przyczyny, zdarzało się z czegoś zrezygnować.

Przewróciło się, niech leży. O luksusie odpuszczania

Co sobie odpuściłam?

Na pewno było tego sporo, ale w tej chwili przychodzą mi na myśl dwa dość prozaiczne przykłady.

Bieganie

To pierwsze, co mam w głowie, gdy myślę o odpuszczaniu. O rety, jak mi ulżyło, gdy jasno i wyraźnie powiedziałam sobie, że nie będę już biegać! Na początku studiów złapałam joggingowego bakcyla i mocno wkręciłam się te klimaty. Regularnie brałam udział w imprezach sportowych, któregoś roku (a było to ledwo co, bo w 2016) postanowiłam sobie nawet przebiec całe Grand Prix Biegów Ulicznych w Gdyni. I dałam radę! I pękałam z dumy, bo nigdy nie uważałam siebie za jakąś sportsmenkę, a tu proszę! Medal za medalem (za uczestnictwo, ale jednak! :P). Swojego czasu o mojej biegowej euforii poczyniłam nawet tekst na blogu i czytając go dzisiaj, nadal utożsamiam się z jego treścią.

Jednak już w 2016 roku, zapisując się na kolejne zawody miałam wrażenie, że nie robię tego, bo to mnie uszczęśliwia. W gruncie rzeczy, każda impreza była dla mnie wielkim stresem (i fizyczną bolączką), i chociaż po dobiciu do mety czułam się fantastycznie, to po dokonaniu rozrachunku, zawsze byłam „pod kreską”. Tylko ambicja nie pozwalała mi przestać. W końcu postanowiłam, że 2016 będzie ostatnim biegowym rokiem. Nie mówię, że to definitywny koniec, ale na razie dotrzymałam danego sobie słowa i od listopada zeszłego roku nie wzięłam udziału w żadnych zawodach. Co zabawne, teraz ruszam się jeszcze więcej, po prostu przyjemność odnalazłam w innych aktywnościach, które naprawdę sprawiają mi radość. Cudowne uczucie móc sobie odpuścić.

Wielkie sprzątanie co weekend

Po wprowadzce do wspólnego mieszkania obiecałam sobie co tydzień gruntownie sprzątać całe lokum. Angażowałam w to Lubego, który chyba szybko pożałował wyprowadzki od rodziców, ale przede wszystkim utrzymywaniem czystości zajmowałam się ja. To nie wynikało jednak z potrzeby: jest brudno, sprzątamy. To był bardziej jakiś moralny nakaz, który sama sobie narzuciłam. Chciałam być jak M. Rozenek, mieć czysto w każdym kącie, a w ramach przyjemnego relaksu zakładać gumowe rękawice i przeczesywać otchłanie naszej mikroskopijnej łazienki. Tak było. Aż w końcu, również pod wpływem uwag Lubego, pomyślałam sobie – hej, na co to wszystko? Każdą sobotę spędzasz ubabrana cifem, za perfum służy Ci domestos, a w radiu ciągle grają tę samą muzykę – dźwięk działającego odkurzacza. Gdzie tu przyjemność? I gdzie zdrowy rozsądek?

Odpuściłam. Wyluzowałam. Miałam do tego prawo, nikt mnie za to nie skarcił. Wzięłam sobie do serca słowa „przewróciło się, niech leży” i szybko przekonałam się, że „cały luksus polega na tym, że nie muszę go podnosić”. I tak, czasem się potykam 😉 Nie jest prawdą, że teraz żyjemy w brudzie, bo wydaje mi się (i potwierdza to moja Mama, czyli najsurowszy sędzia ;)), że w kwestiach porządku idzie nam całkiem nieźle (a Luby to w ogóle się rozkręcił!). Chodzi o to, że robimy to wtedy, gdy wiemy, że trzeba to zrobić, a nie pod wpływem jakiś niewygodnych wewnętrznych przymusów. Takie odpuszczanie to naprawdę luksus!

***

To tylko dwa przykłady, które jako pierwsze wpadły mi do głowy. O tych poważniejszych, jak urwane znajomości czy porzucone prace, nie będę się rozpisywać, zachowam je dla siebie. Ale wiem, że odcięcie się od nich było równie przyjemnym luksusem.

Dlaczego odpuszczanie uważam za luksus dorosłych?

To oczywiste – sami jesteśmy sobie sterem, okrętem. I nim krzykniecie „akurat!”, mając na myśli rodzinę, szefa albo urząd skarbowy, to ja Wam powiem „no właśnie tak!”. Bo ja wybieram taką perspektywę – że mam prawo, ba, mam obowiązek rezygnować z tego, co mnie unieszczęśliwia, bo inaczej wessie mnie w całości. A wtedy nie będzie już komu decydować.

Jest cała masa żarłaczy, które tylko czekają, aby wejść nam na głowę, rozpanoszyć się w kalendarzu, skupić na sobie pełną uwagę. Przeżywamy je, rozpamiętujemy, analizujemy na milion sposobów, tak często zapominając o najwspanialszym luksusie, jakim obdarowuje nas dorosłość. Zanim kolejny raz dasz się ponieść swojej ambicji i zechcesz zignorować ten głos w Twojej głowie szepczący „przecież Ty nawet tego nie lubisz!”, zrób to – odpuść. Jak się przewróci, to może poleżeć.

A Ty nie musisz tego podnosić. Fajnie, co?

  • Małgosia K.

    Święta prawda. Sporo lat temu doszłam do podobnych wniosków i teraz jestem szczęśliwym człowiekiem, bo mam świadomość, że nic nie muszę :).

    • Śmieszne, że odkrywamy to dopiero jako dorośli, prawda? A niby dzieciństwo to wieczna beztroska 😉

  • Sylwia Zwierzynska

    „Przewróciło się, niech leży, nie muszę tego podnosić” – co za ulga! 🙂 Mogę, jeśli chcę, ale nie muszę.