W poprzednim książkowym tekście, który napisałam w lipcu, opowiadałam Wam m.in. o Księdze zachwytów Springera oraz o Zanim się pojawiłeś, która to powieść złamała mi serce, a jednocześnie zmieniła jakąś część mnie. Rozważając dalsze lektury, postanowiłam zatem wykorzystać oba te tropy – zarówno ścieżkę reportaży Springera, jak również dalszych losów Louisy Clark (bo, jak się okazało, książka ma swoją kontynuację!). Dzisiaj dzielę się z Wami 7-oma tytułami, które odkryłam w minionych miesiącach. Wszystkie warte Waszej uwagi, więc radzę wytrwać do końca tekstu.

1. 13 pięter, Filip Springer

Nie zdziwię się, jeśli na temat tego tytułu słyszeliście już wiele i nie zdziwi mnie również, jeśli już zdążyliście się z nim zapoznać. Uważam, że każdy człowiek, a zwłaszcza każdy młody Polak, powinien poświęcić czas na przeczytanie tego reportażu (za moją namową przeczytało go już kilka osób i mam nadzieję, że zasilicie tę pulę). 13 pięter opowiada o sytuacji mieszkaniowej w Polsce. Książka rozpoczyna się od dość opasłego „wstępu”, w którym Springer zarysowuje nam sytuację w Warszawie XIX wieku, która, jak się okazuje, w dużej mierze zdeterminowała to, co dzieje się z mieszkalnictwem obecnie. Osobiście tę pierwszą część ledwo przetrwałam i byłam bliska porzucenia dalszej lektury, ale z perspektywy dalszych historii mogę powiedzieć, że warto przebrnąć przez całość.

W dalszej części Springer przedstawia 13 różnych, autentycznych opowieści związanych m.in. z nieruchomościami, kredytami hipotecznymi, a także reprywatyzacją kamienic. Każda z nich przyprawia o dreszcze i może przyśnić się w nocy, oczywiście w postaci najgorszego koszmaru. Wiem, że wielu ludzi (m.in. Ryfka) po lekturze tego reportażu zupełnie inaczej patrzy na sprawę kredytów, niektórzy wręcz biją się w pierś i szczerze żałują podjętych decyzji – wcale im się nie dziwię. Ale Springer przedstawia problem mieszkaniowy jako znacznie bardziej złożony, nie ogranicza go jedynie do hipoteki.

Po przeczytaniu 13 pięter, przeżegnałam się i podziękowałam niebiosom za to, że, jak na razie, ominął nas problem szukania mieszkania czy brania kredytu – nie wiem, czy byłabym w stanie się na niego zdecydować. Z drugiej strony jestem absolutnie świadoma, że w dzisiejszych czasach albo wynajmuje się mieszkanie za (bardzo często) chore pieniądze, albo właśnie bierze kredyt i marzy się o tym, aby udało się go szczęśliwie spłacić w ciągu tych 30 lat. Myślę, że niezależnie od Waszej sytuacji, tego, gdzie, z kim i na jakich warunkach mieszkacie, warto sięgnąć po reportaż Springera i bardziej świadomie spojrzeć na kwestię mieszkaniową w naszym kraju.

2. Miedzianka. Historia znikania, Filip Springer

Gdy udało mi się nieco otrząsnąć po 13 piętrach, z zaintrygowaniem sięgnęłam po kolejną książkę tego autora. Padło na Miedziankę. Historia znikania, którą polecił mi znajomy. I, przyznam szczerze, po pierwszych rozdziałach byłam mocno rozczarowana. Spodziewałam się kontynuacji tematu mieszkań/architektury, bo o tym zwykł pisać Springer, a tymczasem poznawałam historię pewnej dolnośląskiej miejscowości. Na dodatek była ona przedstawiana w sposób iście epicki (w znaczeniu: charakterystyczny dla epiki) – pojawiali się nowi bohaterowie, na kolejnych stronach śledziłam ich losy, w pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, czy aby na pewno mam w dłoniach reportaż.

Ostatecznie przebrnęłam przez całość, a moje początkowe wątpliwości szybko zostały rozwiane. Springer faktycznie opowiada o Miedziance jak w dobrej powieści, ale na tym polega siła tej książki. Doznałam tej samej konsternacji, co podczas lektury Podróży różowych delfinów – odkrywałam różne historie i wciąż nie mogłam uwierzyć, że działy się naprawdę. Nie dlatego, że były nieprawdopodobne, a dlatego, że zostały mi przedstawione w sposób iście literacki. Kolejny raz zawdzięczam Springerowi doskonałą lekturę, dzięki której jestem bogatsza w ciekawą wiedzę i bardziej zafascynowana historią Polski. Za to jestem mu bardzo wdzięczna.

Wanna z kolumnadą, Filip Springer

Tym samym wracamy do tego, z czego szczególnie słynie ten reportażysta – do architektury. Wanna z kolumnadą to chyba jedna z najbardziej znanych (jeśli nie najbardziej znana) książka Springera, która w całości poświęcona jest tzw. „kwiatkom” naszych rodzimych przestrzeni miejskich. Tak jak w Księdze zachwytów autor skupiał się raczej na pozytywnych przykładach zagospodarowania polskich miast, tak w Wannie z kolumnadą nie pozostawia na Polsce suchej nitki. Wylicza największe przewinienia, opisuje historie, które zdają się totalnie nieprawdopodobne, a wydarzyły się w rzeczywistości i z których konsekwencjami żyjemy i będziemy musieli żyć jeszcze przez wiele pokoleń (najlepszy przykład – Hotel Gołębiewski w Karpaczu, który miałam okazję zobaczyć na żywo krótko po lekturze książki; zatrważający widok…).

Książka jest tak naprawdę zbiorem reportaży na różne tematy, które zebrane w jedną całość kreślą niezbyt optymistyczny obraz sytuacji architektonicznej w Polsce. Po raz kolejny okazuje się, że rządzi nami pieniądz i mentalność rodem z PRL, z którymi naprawdę trudno jest wygrać. Owszem, da się, ale jest to okupione mozolną i bardzo ciężką pracą. Myślę, że autor chce w nas wszystkich zaszczepić ciekawość, a także uświadomić, otworzyć oczy i, być może, w ten sposób pomóc nie tyle uporać się z istniejącymi już problemami, ile uniknąć podobnych w przyszłości. Mam szczerą nadzieję, że jego misja, chociaż w małym procencie, powiedzie się. W końcu jest to w interesie nas wszystkich.


Jak widzicie, przełom tegorocznego lata i jesieni poświęciłam na odkrywanie gatunku reportażowego (po drodze była też nieudana próba przeczytania książki Dom. Krótka historia idei, do której mam zamiar jednak kiedyś wrócić). Nic więc dziwnego, że gdy pod koniec września udałam się na upragniony urlop, zapragnęłam wrócić do gatunku epiki i odpocząć od literatury faktu.

4, 5, 6. Seria o detektywie Maxie Wolfie: Krwawa wyliczanka, Rzeźnik, Klub wisielców, Tony Parsons

7 książek, które ostatnio przeczytałam

Przed wyjazdem udałam się do biblioteki i pokierowana jakimś wewnętrznym instynktem, sięgnęłam po książkę Krwawa wyliczanka, która, jak się potem okazało, otwiera trzytomową serię z tym samym bohaterem – detektywem Maxem Wolfem. Dokładnie pamiętam pierwsze chwile z tą powieścią, bo miały miejsce na pokładzie samolotu do Lizbony, już po północy, gdy większość pasażerów pogrążyła się we śnie. Ja sięgnęłam po książkę, przeczytałam krótki wstęp i… zamarłam. Bo był mocny, bardzo mocny. Jednocześnie stanowił zapowiedź dokładnie takiej historii, na jaką miałam ochotę – mrocznego thrillera z zagadką w tle.

Krwawa wyliczanka jest doskonałą rozrywką dla fanów gatunku kryminalnego. Autor Tony Parsons zbudował niesamowity klimat powieści, który w tym przypadku był ściśle związany z historią elitarnych brytyjskich szkół. Takich, gdzie chodzą ludzie zakochani we własnym ego i przekonani, że za pieniądze kupi się wszystko. Jednym słowem – zepsuci do szpiku kości. Ten gatunek człowieka zawsze wzbudza we mnie silne wzburzenie i tym łatwiej wsiąkłam w lekturę Krwawej wyliczanki. Zagadka kryminalna okazała się naprawdę fascynująca i jestem przekonana, że Was również zainteresuje.

Po powrocie z Portugalii nie mogłam się doczekać wizyty w bibliotece i wypożyczenia drugiej części serii – Rzeźnika. Myślałam, że trudno mu będzie przebić tom 1., a jednak, po raz kolejny, Parsons totalnie wciągnął mnie w wykreowaną przez siebie historię i z trudem odrywałam się od dalszej lektury (to był okres, gdy pracując w domu robiłam sobie min. godzinne przerwy obiadowe, bo jadłam i jednocześnie pochłaniałam kolejne rozdziały). Zagadka o zupełnie innym podłożu, dotycząca innych problemów, ale równie wciągająca jak ta z poprzedniej części. Nie będę mówić nic więcej, żeby nie zepsuć Wam zabawy, chociaż najchętniej opowiedziałabym wszystko, bo mam wypieki na twarzy na samo wspomnienie tej historii, naprawdę!

Gdy nadszedł czas na część 3., okazało się, że… miała premierę raptem kilka dni wcześniej i nie była dostępna w żadnej bibliotece. Musicie wiedzieć, że powieści kupuję bardzo niechętnie – wychodzę z założenia, że nigdy się do nich nie wraca, więc kupując książki wolę koncentrować się na literaturze faktu i albumach, bo wydają mi się bardziej przydatne w życiu i pracy. A jednak nie wytrzymałam i pognałam do Empiku, aby kupić Klub wisielców – (niestety) ostatnią część serii o detektywie Wolfie.

W mojej ocenie część 3. jest chyba najsłabsza, co wcale nie znaczy że jest słaba – po prostu autor postawił sobie poprzeczkę naprawdę bardzo wysoko. Jednak dla samej sympatii do głównego bohatera, który łatwo skrada serce czytelnika, warto sięgnąć po ostatni tytuł z serii i poznać historię kolejnego mrocznego śledztwa.

Dawno już żadne powieści nie wciągnęły mnie tak jak kryminały Tony’ego Parsonsa. Z tego, co udało mi się ustalić, seria o detektywie Wolfie była debiutem autora w obszarze kryminałów. Trzeba przyznać, że jest to debiut godny pozazdroszczenia – w mojej ocenie to naprawdę wyborowa literatura, która wciągnie nie tylko fanów gatunku, ale również takich „zbłąkanych” czytelników jak ja, którzy sięgają po tytuły z różnych dziedzin. Chyba nie muszę kończyć wątku hasłem „bardzo polecam!!!!!!”, abyście poczuli się zachęceni? 😉

7. Kiedy odszedłeś, Jojo Moyes

7 książek, które ostatnio przeczytałam

Last, but not least – czas na krótką recenzję Kiedy odszedłeś, czyli kontynuacji losów Louisy Clark, już bez Willa. Byłam bardzo sceptyczna sięgając po tę książkę, ponieważ w pierwszej części najważniejszy był dla mnie, oczywiście, William. Nie wyobrażałam sobie dalszej części tej historii już bez niego, tym bardziej, że Kiedy odszedłeś jest znacznie bardziej opasłą powieścią niż Zanim się pojawiłeś. W pewnym momencie było mi wręcz przykro, że Jojo Moyes nie poświęciła tylu stron historii Willa, za to po jego śmierci rozkręciła się na całego (takie psychofanki jak na z pewnością rozumieją mój ból!).

Dość długo zabierałam się za lekturę, wciąż odkładając ją na potem. Jednak gdy rozprawiłam się z Klubem wisielców i zdałam sobie sprawę, że nie ma dalszej części losów ulubionego detektywa, postanowiłam wrócić do innych znanych mi już bohaterów i dać jednak szansę pannie Clark. Czy było warto?

Muszę przyznać, że nie do końca rozumiem, skąd tak spora liczba stron tej książki, ponieważ nie dzieje się w niej aż tyle. Z drugiej strony, ani przez chwilę nie poczułam się znudzona, więc chyba jednak wszystko jest w porządku. Myślę, że jest to powieść, która niejednej osobie borykającej się ze stratą kogoś lub czegoś, bardzo pomoże. Moyes po raz kolejny w pięknych słowach opowiada o naprawdę skomplikowanym ludzkim problemie, o potwornej samotności i o „życiu po życiu”. Nie chodzi tu jednak o niebo (spoiler: NIE, niestety Will nie staje się aniołkiem ani nie zmartwychwstaje  😔), a o to, jak poradzić sobie w sytuacji, gdy wydaje nam się, że w gruncie rzeczy nasze życie już się skończyło i nie bardzo wiadomo, co zrobić ze sobą dalej. W kolejnych rozdziałach autorka opowiada o tym na przykładzie losów Louisy, która dzięki swojemu urokowi osobistemu trzyma czytelnika przy sobie i nie pozwala odłożyć książki w kąt (gdyby sprawa dotyczyła kogokolwiek innego, pewnie nie dotrwałabym do ostatniej strony).

Ostatecznie Kiedy odszedłeś oceniam bardzo pozytywnie. Nie wywarła na mnie takiego wrażenia jak część 1., ale i tak uważam, że warto poświęcić jej swój czas. Przeczytałam w internecie kilka recenzji i wielu osobom kontynuacja przypadła do gustu znacznie bardziej niż Zanim się pojawiłeś. Wydaje mi się, że kluczem jest tu nasza osobista sytuacja – jeśli jesteście świeżo po utracie ukochanej osoby, na pewno docenicie tę książkę i, kto wie, być może odnajdziecie w niej upragniony spokój i ukojenie.

***

To było 7 książek, które ostatnio przeczytałam. Wszystkie uważam za wartościowe i wszystkie szczerze Wam polecam. Jeśli chodzi o moje dalsze czytelnicze plany, w sumie to jeszcze ich nie mam (Kiedy odszedłeś skończyłam czytać dzisiaj w nocy), ale rozważam wrócić do Springera, a przy okazji zabrać się za kilka książek „fachowych”, które kocham kupować, a po które coraz rzadziej sięgam. Chciałam Was również prosić o polecenie mi czegoś z gatunku epiki – jakaś powieść, może nawet kryminalna. Przychodzi Wam coś na myśl? Uprzejmie proszę o polecenia w komentarzach! 🙂

PS. Nie umieściłam w tekście zdjęć wszystkich książek, ponieważ czytałam je już dość dawno i musiałam zwrócić do biblioteki – tak, wypożyczam książki i jestem ogromną fanką bibliotek. Spróbujcie kiedyś, to jak odwiedzanie cukierni, w której wszystko jest za darmo! 🙂

  • „Kiedy odszedłeś” jakoś mnie nie powaliło na kawałki, w sumie przeczytałam z ciekawości i jakoś… meh. Filipa Springera czytam teraz „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast” i jest całkiem fajna, bo w sumie lubię czytać reportaże ostatnimi czasy 🙂

    • Mnie też nie powaliło, ale nie uważam czasu spędzonego na jej czytaniu za stracony – to już coś 😉 O „Miasto Archipelag” oczywiście słyszałam, chociaż nie wszystkich zachwyca ta książka – to mnie trochę zachęca do lektury (żeby się przekonać), a trochę nie 😛 Ale pewnie w końcu po nią sięgnę, na razie zaczynam „Zaczyn” 🙂

  • Jak fajnie, że dopiero odkrywasz Filipa Springera. Ja kupiłam Miedziankę w dniu premiery (a było to tak z siedem lat temu) i od tego czasu jestem jego wierną wyznawczynią. „Miedziankę” czytałam dwa razy (i dwa razy byłam w Miedziance, która jest magiczna, opisywałam to na blogu).
    A co powieści, to podrzucam Ci trzy mroczne tytułu do czytania jesienią. Gdy ciemno i ponuro:
    – Statek Stefana Maniego
    – Nocna Zamieć Johana Theorina
    – Cmętarz zwieżąt Stephena Kinga
    Wszystkie ukazały się przed kilkoma laty, więc nie będzie problemu z upolowaniem ich w bibliotece. A kilka słów o każdym tytule napisałam tu: http://podrozepokulturze.pl/2017/11/3-mroczne-ksiazki-czytania-jesienia/

    • Wow, serdecznie dzięki za polecenia, jutro lecę do biblioteki i obczajam!

      Co do Springera, to mam świadomość, że pewnie wiele osób zazdrości mi, że te wszystkie książki są dopiero przede mną – to znaczy, że NAJLEPSZE przede mną 😀 ale dość szybko nadrabiam zaległości 😉

      W Miedziance PRAWIE udało mi się być miesiąc temu! Niestety nie wypaliło, ale nic straconego – planuję odwiedzić miejscowość w niedalekiej przyszłości 😉

  • Moyes wydaje mi się tandetne bardzo, ale Filipa już ogarniam w googlach, bo nie znam człowieka. Ja w tym miesiącu zachwycałam się „Tekst” Dimitra i przykuła mniedo fotela na kilka dobrych dni 🙂