Top

No i jest, oto i on – sądny 31 grudnia, który to dzień chyba każdy, choćby podświadomie, spędza na krótkim lub dłuższym rachunku sumienia. Miałam spędzić go w przedimprezowej gorączce, bo wpadłam na genialny pomysł, aby właśnie dziś poszukać sobie jakiejś wieczorowej kreacji, ale w końcu stwierdziłam, że nie odbiorę sobie tej chwili wyciszenia na rzecz szaleństwa zakupów. I tak oto siedzę przy naszym kuchennym stole, popijam gorącą herbatę z mojego nowego, ukochanego czajniczka i zerkam na pusty kalendarz z ze złotymi cyframi układającymi się w 2018. Co mam w głowie? Co przychodzi mi na myśl, gdy myślę o mijającym roku? Jakie plany układam na ten następny?

Tak już mam, że w ostatni dzień grudnia zwykłam z uśmiechem wspominać tylko to, co dobre. Nie to, żeby nie przytrafiały mi się gorsze chwile, bo i takich nie zabrakło w minionych miesiącach, ale w ten sądny dzień moje myśli samoistnie kierują się ku tym szczęśliwym momentom. Lubię przywoływać te najweselsze wspomnienia, kiedy śmiałam się do łez albo pękałam z dumy. I dzisiaj, podobnie jak rok temu, postanowiłam utrwalić je tutaj, na blogu, który piszę od ponad 3 lat. To zawsze był mój ulubiony sposób, aby zachować te szczęśliwe myśli na dłużej – napisać o nich.

Wszystko, co kocham w 2017 roku

Za rodzinne chwile

W minionych miesiącach żyłam w poczuciu, że to, z kim teraz jestem, z kim spotykam się na urodzinach czy podczas Świąt, to grono ludzi mi szczególnie bliskich i takich, którzy w magiczny sposób znaleźli do siebie drogę. Gdy byłam młodsza, zawsze zastanawiałam się, kto będzie u mego boku za kilkanaście lat, a kto spędzi życie z moją siostrą. W 2017 roku byłam już absolutnie pewna, że do tego miejsca, do tych ludzi miałyśmy i mieliśmy wszyscy dotrzeć. To ten moment, który w filmach nazywa się happy endem. Na dodatek dołączają do nas nowe istoty – mój chrześniak rośnie w oczach i po miesiącach bycia po prostu śpiącym i jedzącym berbeciem, staje się chłopcem, ma swoje zdanie i coraz aktywniej uczestniczy w tym rodzinnym życiu. Nie mogę się doczekać, co przyniesie nam los w następnym roku.

Za poczucie, że jestem coraz bliżej miejsca, w którym zawsze chciałam być

Go BIG or go HOME

Odkąd pracuję, a zwłaszcza odkąd założyłam swoją firmę, cały czas miotałam się między różnymi dziedzinami, różnymi zleceniami, różnymi wyzwaniami. Nie do końca wiedziałam, dokąd to wszystko zmierza i w swojej naiwności wierzyłam, że w końcu życie samo pokieruje mnie na właściwe tory, nada sens wszystkiemu temu, co robię i ta jedna, konkretna wizja sama się wykrystalizuje. I chociaż zawsze uważałam, nie mam powołania do żadnej konkretnej pracy, to w tym roku po raz pierwszy poczułam się pewnie i zaczęłam dostrzegać, że wbrew pozorom istnieją słowa, którymi można streścić mój zawód. Cieszę się z tego niezmiernie, ponieważ powoli traciłam już nadzieję na to, że znajdę sobie jedno, konkretne miejsce w świecie pracy. Ostatnie miesiące pozwoliły mi sprecyzować to, w czym jestem dobra i to, od czego wolę jednak stronić. To chyba największy przełom 2017 roku.

Za odzyskanie radości płynącej z pasji

W 2017 przypomniałam sobie, jak cudownie jest rozwijać się w ukochanej dziedzinie i jak wiele można czerpać nawet z minimalnych postępów. Po latach robienia zdjęć bez ładu i składu, postanowiłam ponownie podejść do tematu nauki fotografii i dzięki temu minione miesiące przepełnione były ciężką pracą, ale też nieopisaną satysfakcją płynącą z każdego mini sukcesu. Wykonałam kilka naprawdę udanych sesji zdjęciowych, którymi będę się chwalić nawet swoim wnukom. Przede wszystkim odważyłam się na założenie mojego studio fotografii kroniki.studio i to jeden z największych sukcesów tego roku. Nie sądziłam, że kiedyś znajdę w sobie tyle siły, aby ogłosić światu: robię zdjęcia jako profesjonalistka!, bo zawsze uważałam, że to zarezerwowane dla artystów przez wielkie „A”, koniecznie z tytułem po ASP. A jednak doszłam do wniosku, że nikt nie może mi tego zabronić, w najgorszym razie po prostu nie znajdę sobie klientów dla swoich usług. Na tę chwilę mogę powiedzieć, że taki coming out i rzucenie się na głęboką wodę to absolutnie cudowna sprawa i                                                                                                                                                                                                                                                                                            mam nadzieję, że i Wy znajdziecie w sobie tę odwagę, aby sięgać po swoje marzenia i realizować się. A pozostając w temacie fotografii, to 2017 rok kocham też…

Za cykl warsztatów Sztuka Fotografowania

Serio, to najlepiej wydane przeze mnie pieniądze w ostatnich latach i całuję rączki panu Springerowi, że na swoim profilu na FB udostępnił informację o tym wydarzeniu, bo gdyby nie on być może ominęłaby mnie jedna z najlepszych przygód tego roku. Jeśli kiedykolwiek będziecie się zastanawiać nad wzięciem udziału w kolejnych edycjach, od razu mówię – nie ma się co wahać, trzeba iść! Dawno już nie czułam takiego rozwoju w jakiejkolwiek dziedzinie. I nie wynikało to wyłącznie z doboru gości, którzy dzielili się swoją wiedzą i doświadczeniem z kursantami, ale przede wszystkim z możliwości obcowania z ludźmi, którzy tak jak ja kochają fotografię i chociaż są w totalnie różnych miejscach w życiu, dzielili ze mną kilka wyjątkowych weekendów, wzbogacając warsztaty o swoje cenne spojrzenie. Po raz kolejny przekonałam się, że pasja jest prawdziwa tylko wtedy, gdy mamy ją z kim dzielić. Dlatego chodźcie na kursy, doszkalajcie się, zapiszcie się na podyplomówki – tylko róbcie to, no!

Za projekt mousse

Wszystko, co kocham w 2017 roku

Informowałam Was już parokrotnie, że wraz z koleżanką architektką, która pomagała nam przy naszym remoncie, stworzyłyśmy projekt kreatywny, w którym łączymy swoje umiejętności i wiedzę, aby uczyć się od siebie nawzajem i szukać nowych zajawek. Nie wiem w sumie, jak lepiej sprecyzować, czym jest nasz mousse, bo to nie tylko blog: to możliwość poznawania absolutnie inspirujących ludzi (dla przykładu – polecam Wam nasz wywiad z założycielkami marki Moyha oraz ten z Kają Szostak, która stworzyła w Gdańsku MIŁOŚĆ), odwiedzania wyjątkowych miejsc, ale też zgłębiania dziedzin, które wcześniej były dla nas dość odległe. Dzięki pracy z Dagmarą poznaję los architekta od kuchni, uczę się technicznej strony architektury (jestem w stanie powiedzieć o wnętrzu już coś więcej niż „ale ładne, jakie super!”; dla przykładu – polecam Wam mój najnowszy tekst o aranżacji salonu Metamorphosis). Projekt wymusił na mnie też naukę montowania vlogów i jestem bardzo zadowolona z naszych pierwszych filmików. Razem robimy fajne rzeczy, które dają nam mega kopa motywacyjnego również w codziennych zadaniach, niezwiązanych z mousse. Niesamowita przygoda, która, mam nadzieję, będzie trwać i trwać!

Za to, że ani przez chwilę nie byłam na diecie 

Ufff, co za ulga! Z dumą mogę dziś powiedzieć, że w 2017 roku ani przez chwile się nie odchudzałam, ani przez chwilę nie byłam na diecie i ani przez chwilę nie odczuwałam wstrętu patrząc w lustro. Całe 12 miesięcy zadowolenia z tego, jak się wygląda, to ogromny powód do dumy, zwłaszcza dla dziewczyny takiej, jak ja, która zwykła narzekać na nadprogramowe centymetry w biodrach. Czuję, że polubiłam siebie taką, jaka jestem, nie łudzę się już, że kiedyś będę inna. Jem zdrowo, bo tak lubię, ale nie odmawiam sobie popcornu w kinie (ZWŁASZCZA popcornu sobie nie odmawiam!) czy chipsików do filmu z Lubym albo czekolady, gdy na dworze pizga złem i to jedyne źródło pocieszenia. Rety, jakie to wyzwalające uczucie być tu i teraz i nie zastanawiać się, czy za miesiąc będę szczuplejsza! Na wadze stawałam tylko kilka razy w tym roku i raczej z ciekawości aniżeli potrzeby. Dziewczyny, bądźcie chude, bądźcie pełniejsze, ale bądźcie sobą i nie próbujcie na siłę stawać się kimś innym, nigdy!

Za to, że aktywność fizyczna stała się dla mnie czymś normalnym

Zwłaszcza w drugiej połowie roku, bardzo regularnie chodziłam na fitness, nawet na siłownię i z ogromną frajdą oddawałam się sportowym uciechom. Ale tak jak wspominałam wcześniej, nie dlatego, że nie mogę spać przez cellulit na udach (co zrobić, taki los…), ale dlatego, że po prostu miałam taką potrzebę. I owszem, motywujemy się z kuzynką nawzajem opowiadając o swoich wielkich pośladach i oponkach, ale nie ma w tym żadnych negatywnych emocji. Myślę, że obie robimy to dla czystej przyjemności i dobrego samopoczucia.

Za wspaniałe wakacje w Portugalii

Portugalia dała nam dokładnie to, czego z Lubym potrzebowaliśmy – totalne oderwanie od pracy. Pierwszy raz w historii mojej działalności gospodarczej, nie obcowałam z komputerem przez 14 dni i ani przez chwilę nie obawiałam się, że świat się z tego powodu zawali (i, uwaga, NIE ZAWALIŁ SIĘ!). Spędziliśmy 2 tygodnie w pięknym kraju, w niezwykłych miastach, jedząc doskonałe jedzenie i pijąc przepyszne trunki (nie wszystkie wysokoprocentowe, promise!). Ja cieszę się podwójnie, bo była to dla mnie również okazja do szkolenia się w fotografii i z dumą mogę przyznać, że z urlopu wróciłam z absolutnie powalającym materiałem, który kocham, kocham, kocham. Nie mogliśmy wymarzyć sobie lepszego odpoczynku!

Za mieszkanie, które jest naszym prawdziwym domem

Chociaż do naszego „m” wprowadziliśmy się już w poprzednim roku, to dopiero ostatnie miesiące pozwoliły mi poczuć, że jestem we właściwym miejscu. Może to za sprawą nowych rzeczy (których, zdaniem Lubego, jest już zdecydowanie za dużo w naszych ścianach), a może po prostu potrzebowałam tego dodatkowego czasu, aby na koniec 2017 roku móc z pełną świadomością powiedzieć, że to jest mój dom.

Za wiele innych drobnych przyjemności, których ten rok był pełen:

Obejrzanych filmów i przeczytanych książek; świetnej muzyki podczas tegorocznego Open’era; kolejnej udanej imprezy urodzinowej w lesie; tej jednej godziny, kiedy po kilkunastu latach przerwy znów siedziałam w siodle i nawet zerwałam się na galop!; niezapomnianych imprez, w tym wesel czy spontanicznych spotkaniach u nas, które kończyły się tańcami bladym świtem… I za to, że tymi wszystkimi drobnymi przyjemnościami naprawdę umiem się cieszyć.

***

I wiem, że powtórzę to, co pisałam pod koniec 2014, 2015 i 2016, ale gdy patrzę na 2017, to widzę dobry rok. Widzę kolejne miesiące wypełnione szczęściem i chyba z miejsca mogę samą siebie nazwać szczęściarą. Dlatego, bo tak się czuję i dlatego, że potrafię to szczęście dostrzec nawet w czymś tak prozaicznym jak doskonała lektura albo ukochana piosenka.

Obym z końcem 2018 roku mogła powiedzieć to samo. Wam również tego życzę.

PS. Być może dziwi Was widok bielizny na zdjęciu głównym – otóż nie znalazła się ona tam przypadkiem. Dostałam od kuzynki nakaz, aby kupić sobie na Sylwestra ładną bieliznę. I nie, nie była to zapowiedź udanej imprezy swingerskiej, a przesąd, który całkiem mi się spodobał – ponoć zakup ładnej, eleganckiej bielizny ma przynieść szczęście i powodzenie w Nowym Roku. A ponieważ rzadko mam okazję dopieszczać się podobnymi zakupami, wczoraj zrobiłam wyjątek 😉

ZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

0