W styczniu mija drugi rok od uruchomienia przeze mnie działalności gospodarczej. Nigdy nie sądziłam, że tak szybko po studiach zajmę się rozwijaniem własnej firmy, a już na pewno nie przypuszczałam, ile przez ten czas zmieni się w moim postrzeganiu pracy oraz celach i marzeniach, jakie z nią wiążę. Jednocześnie zdążyłam się już przekonać, że prowadzenie biznesu, czymkolwiek by on nie był, to najlepszy sposób na poznanie własnych sił i słabości. I mowa tutaj nie tylko o tych, które wynikają z mojego charakteru czy osobowości, ale również tych, które zostały ukształtowane przez system edukacji, którego byłam częścią.

Gdy patrzę na ostatnie 24 miesiące to dochodzę do wniosku, że pomimo piątek i szóstek, jakie dominowały na moich świadectwach przez wszystkie lata nauki, to, co w prowadzeniu własnej działalności liczy się chyba najbardziej, musiałam odkryć i pojąć sama. Owszem, przydatne w tym były książki czy wymiana doświadczeń ze znajomymi, którzy tak jak ja podjęli się misji prowadzenia własnej firmy, ale i tak szkoda, że nie dowiedziałam się tego od moich mentorów z liceum czy studiów (od podstawówki i gimnazjum nie wymagam tak wiele).

Wielokrotnie zastanawiałam się, czego przede wszystkim nauczyłam się prowadząc działalność gospodarczą? Dzisiaj dzielę się z Wami moimi wnioskami w tym temacie.


1. Wycena własnej pracy

Muszę, no po prostu muszę podać to jako pierwszy przykład, ponieważ problem ten jest tak powszechny, że nie sposób postąpić inaczej. Okazuje się, że ani mnie ani nikogo (dosłownie: nikogo) z moich znajomych nie nauczono wyceniania własnej pracy. Nikt nie powiedział nam, co powinniśmy brać pod uwagę podając jakiekolwiek stawki, co rzeczywiście jest naszym kosztem (wcale nie jest to tylko czas!), jak kalkulować ryzyko, jak szacować utracone szanse. Przez wszystkie 18 lat mojej edukacji, ani kwadransa nie poświęcono na wyjaśnienie mi którejkolwiek z tych kwestii. Co więcej, przez to, że temat ten traktowany był po macoszemu, ba!, on w ogóle nie figurował w ramach programowych, urósł on do rangi naprawdę poważnego problemu. Bo nie chodzi tylko o to, że nie umiemy swojej pracy wyceniać, a również o to, że nie potrafimy o pieniądzach rozmawiać. Niestety, cały czas pokutuje to polskie przekonanie, że o kasie mówić głośno nie wypada, co stanowi totalny absurd w biznesie, gdzie kwestia ta jest przecież nieunikniona.

Z perspektywy czasu mogę śmiało stwierdzić, że brak edukacji w zakresie wyceniania własnej pracy uważam za największą i najdotkliwszą słabość, z jaką muszę się borykać jako młoda właścicielka firmy. Po dwóch latach idzie mi już nieco lepiej, ale nawet dziś przygotowywanie ofert zajmuje mi znacznie więcej czasu niż powinno. Gdy nadchodzi ten trudny moment przygotowania wyceny, zawsze zaczynam od Google – co jest dość idiotyczne, zważywszy na duży rozrzut kwot oraz fakt, że nawet w Google cenników dla branży kreatywnej jest jak na lekarstwo. Jak wcześniej wspomniałam – problem nie dotyczy w końcu tylko mnie, ale chyba większości przedsiębiorców.

Szkoda, że nikt nie poświęcił choćby jednego 1,5 godzinnego wykładu podczas moich 5 letnich studiów na rzetelne omówienie tematu. Z przyjemnością poświęciłabym na ten cel 1,5 godziny w-f’u albo „metod modelowania procesów”, którego to przedmiotu do dzisiaj nie jestem w stanie zrozumieć (wtf??).


2. Wyznaczanie priorytetów

Trudna, ale jakże istotna sztuka określania rzeczy ważnych i ważniejszych. Godzin w dobie mamy 24 i ani minuty więcej, dni w tygodniu 7, ale wypadałoby mieć chociaż ten 1 czy 2 dni wolne. Jak radzić sobie z natłokiem spraw i obowiązków, gdy sami sobie jesteśmy szefem i nikt nie podpowie, czym zająć się w pierwszej kolejności? Co jest naprawdę istotne w danej chwili, a co możemy sobie odłożyć na potem, bez stresu o losy świata albo chociaż naszej firmy?

Wbrew pozorom, ustalanie priorytetów nie jest umiejętnością wrodzoną, przynajmniej nie u każdego człowieka. Sama często łapię się na tym, że próbuję zrobić kilka rzeczy na raz, co w rzeczywistości kończy się tym, że nie robię żadnej z nich nawet po trochu. Na koniec dnia dopada mnie stres, że nie wyrobiłam się z tym, co zaplanowałam, a wynika to głównie z tego, że nie wyznaczyłam sobie odpowiedniej kolejności pracy. A przecież priorytety istnieją nie tylko w skali mikro, tj. w skali doby, ale również w skali makro, gdy muszę podjąć decyzję, któremu zadaniu poświęcę czas w tym kwartale czy roku. W sytuacji, gdy sama jestem sobie sterem i okrętem, wytyczanie celów pierwszorzędnych ma kolosalne znaczenie, a jednak nikt nigdy nie podał mi złotej zasady, jak sobie z tym problemem radzić. Dopiero prowadzenie firmy wymusiło na mnie zgłębianie tej wiedzy tajemnej i z pewną satysfakcją dziś mogę stwierdzić, że radzę sobie z nią coraz lepiej.


3. Sprzedaż umiejętności

Przez 5 lat studiów z zarządzania nie doświadczyłam ani jednego wykładu ani nawet krótkich ćwiczeń z tego, jak sprzedawać. Ideą mojego wydziału jest wypuszczanie na rynek pracy świetnie wyszkolonych menedżerów, ale nikt nie pofatygował się, aby nauczyć ich sprzedawać. I wcale nie mam na myśli wyłącznie sprzedaży towarów, ale przede wszystkim – sprzedaży własnych umiejętności. A to zdolność, która przydaje się w życiu przedsiębiorcy aż nazbyt często. Do dzisiaj zdarza mi się pomyśleć coś w stylu „nie wierzę, że ktoś chce mi za to zapłacić!” (i wcale nie chodzi tu o jakieś niemoralne propozycje).

Wraz z problemem wyceniania pracy wiąże się bowiem coś jeszcze – brak doświadczenia w sprzedawaniu naszych talentów. Każdy z nas ma unikalne cechy, wiedzę i zdolności, które dla innego przedsiębiorcy mogą okazać się nadzwyczaj cenne. Niestety, nikt nam nie wpoił takiego przekonania i nikt nie przygotował nas na ewentualność sprzedaży swoich umiejętności. Dopóki nie pojawiła się pierwsza, druga, a potem trzecia firma, która chciała mnie zatrudnić jako specjalistkę od social mediów, nigdy nie wpadłabym na pomysł, aby oferować takie usługi. Wydawało mi się to wręcz niedorzeczne, bo przecież chyba każdy potrafi założyć sobie konto na Facebooku? Niby tak, a jednak istnieje cała masa firm, które nie potrafią zdobyć się na ten, wydawałoby się, bardzo prosty krok.

Gdyby ktoś, kiedyś, na którymś etapie mojej edukacji, powiedział mi: „hej, jesteś w tym dobra, zacznij sprzedawać swoje umiejętności! Zrób to i to, a potem zajmij się jeszcze tym…”, być może dzisiaj byłabym już w zupełnie innym progu podatkowym. I chociaż wcale nie widzi mi się oddawać coraz większej części swoich zarobków, to i tak żałuję, że nie otrzymałam tej lekcji biznesu przed założeniem mojej działalności.

6 umiejętności, których nie uczą w szkole, a które zdobyłam dzięki prowadzeniu własnego biznesu


4. Poszukiwanie okazji

W oficjalnej terminologii mówi się na to „przedsiębiorczość”, w praktyce sprowadza się to do obrotności i poszukiwania okazji. Ta umiejętność ściśle wiąże się z wrodzonymi predyspozycjami, ale i tak warto, aby szkolenie z tego zakresu wprowadzono w ramy programowe i to nie tylko na poziomie studiów, ale przede wszystkim w szkołach niższego szczebla, jak gimnazja, licea i technika. Nim krzykniecie „przecież jest taki przedmiot w ogólniaku!”, to ja od razu zapytam Was: co tak naprawdę z niego wynieśliście? Bo ja kojarzę tylko pojęcie kosztu alternatywnego i krzywą popytu oraz podaży. Nic więcej.

Poszukiwanie okazji to umiejętność, z którą zdecydowanie się nie urodziłam, chociaż inni często mówią mi, „jaka to ja jestem obrotna”. Bzdury. Jestem kreatywna, tak, sumienna, owszem, ale zdecydowanie nie jestem obrotna, przynajmniej nie w wersji basic. Dopiero założenie własnej działalności gospodarczej uświadomiło mi, że jeśli nie będę miała oczu i uszu dookoła głowy, szybko pożegnam się z moją firemką. Przez ostatnie 24 miesiące niejednokrotnie przekonałam się, że na rynku nie wygrywa ten, który miał najwyższe stopnie w szkole ani nie ten, który jest w czymś faktycznie najlepszy, ale ten, który szuka okazji i potrafi je wykorzystywać. Ten, który wie, za który sznurek pociągnąć, co z czym i kogo z kim połączyć, aby zdobyć dobre zlecenie i zwiększyć swoją przewagę nad konkurencją. To jedna z najtrudniejszych do zdobycia umiejętności, jaką wypada jednak mieć, jeśli marzy się o prowadzeniu działalności gospodarczej. Stopniowo zgłębiam wiedzę w tym zakresie i widzę już pierwsze efekty, ale to zasługa tylko i wyłącznie zdobytego do tej pory doświadczenia w biznesie, a nie podstaw, jakie zapewnił mi system oświaty.


5. Prowadzenie finansów firmy

Na studiach uczyłam się obliczać PKB, PNB i inne takie, nawet kilkoma różnymi metodami, wyliczałam wszelkiego typu mnożniki, szacowałam wartości podatków w skali makro, znałam wzory na popyt globalny, ale o faktycznych kosztach prowadzenia takiej zwykłej, najzwyklejszej działalności gospodarczej nie dowiedziałam się nic. Ile płaci się na rzecz ZUSu, jakie są koszty prowadzenia księgowości, jak dokładnie wyliczyć wartość amortyzacji, co to znaczy, że „coś się wrzuca w koszty”, jak optymalizować budżet firmy, również pod względem podatków? Więc ogólnie to super, że wiem, ile wynosi popyt globalny w Polsce, szkoda tylko, że nie nauczono mnie wyliczać, ile powinnam zarobić w tym miesiącu, aby był sens prowadzenia firmy w następnym.


6. Promocja własnego biznesu

To dość kuriozalna sytuacja, bo na moim dyplomie magistra widnieje hasło: „specjalizacja: marketing”, a jednak wiedzę, którą dzisiaj posiadam w temacie marketingu, zdobyłam dopiero na rynku pracy, a już zwłaszcza jako przedsiębiorca. Zabawne, że przez wiele semestrów wpajano mi teorię 4P, analizę TOWS-SWOT i inne równie fikuśne pojęcia, ale pominięto zupełnie kwestię konkretnych, łatwo dostępnych narzędzi do promowania własnego biznesu. Co już zupełnie absurdalne, nikt nie nauczył mnie niczego związanego z marketingiem internetowym, a przecież dla wielu startujących firm, sieć jest najtańszym i najskuteczniejszym sposobem na wypromowanie swojej oferty. Powtarza się zatem sytuacja jak z finansami – program kształcenia skierowany był przede wszystkim na szerokie pojmowanie biznesu, w skali całego kraju, a nawet świata, tymczasem zupełnie zignorowano rolę jednostki. Tak, jakby małe firmy zupełnie nie potrzebowały zabiegów marketingowych, a przecież doskonale wiemy, że każda ogromna korporacja kiedyś była taką małą, nieznaną firemką, a swoją obecną pozycję zawdzięcza właśnie temu, że ktoś docenił znaczenie promocji. Do takich wniosków musiałam jednak dojść sama.

***

Gdy patrzę na listę 6 umiejętności, których nie uczą w szkole, a które zdobyłam dzięki prowadzeniu własnego biznesu, to dochodzę do wniosku, że wszystkie zaniedbania są wynikiem tego samego, odwiecznego błędu systemu oświaty w Polsce – skupieniu na teorii, a nie praktyce. Liczba sprawozdań, raportów i projektów, jakie przygotowałam przez wszystkie lata mojej edukacji, wystarczyłaby na kilkutomową encyklopedię, ale po co mi te wszystkie definicje, wykresy i wzory, jeśli nie będę miała za co opłacić ZUSu? Albo jeśli nie zrozumiem w porę, że koszty w firmie są równie istotne, co przychody? A w ogóle czym jest dochód i jak mogę oszacować podatek na ten miesiąc?

Mam to szczęście, że pomimo wyraźnych braków w programie kształcenia, w porę nauczono mnie, aby szukać odpowiedzi na własną rękę. Próbować. Ryzykować. Upadać, a potem wstawać. Mam to zakodowane gdzieś w genach, ale przez lata wpajali mi to również Rodzice. Dzięki temu mogę dzisiaj z dumą stwierdzić, że 2 lata prowadzenia własnej firmy to dla mnie przede wszystkim intensywna nauka, która przynosi konkretne efekty, tak w mojej ogólnej postawie jako przedsiębiorcy, jak i w postaci odpowiednich sum na koncie. I chociaż to dopiero początek mojej przygody z własną działalnością gospodarczą (mam nadzieję, że dopiero początek, chociaż wysoki ZUSik zbliża się nieubłaganie), to zdiagnozowanie największych słabości daje mi najlepsze podstawy do zwiększenia swoich sił w przyszłości.

Mam nadzieję, że sporządzona przeze mnie lista pomoże Wam lepiej zdiagnozować własne braki i tym samym przyczyni się do zdobycia nowych zalet. To dobry kop motywacyjny na początek nowego roku, nie sądzicie?

(Visited 1 548 time, 1 visit today)