Top

„Jest 1:30, jutro muszę wcześniej wstać, ale przecież nie mogę skończyć w tym momencie” – historia stara jak świat, co? A przynajmniej tak stara jak świat telewizji, a już zwłaszcza – seriali.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że najpopularniejszą używką ludzi ery internetu nie są gry ani social media, a właśnie seriale. Bo o ile te pierwsze angażują tylko niektórych, o tyle te drugie znajdują swoich fanów chyba w każdej grupie wiekowej. W końcu telewizyjnych serii nie brakuje i dotyczą przeróżnych tematów, więc każdy jest w stanie znaleźć taki, który trafi w jego zainteresowania i gusta. I tak oto seriale stały się współcześnie najpopularniejszym pożeraczem czasu.


Dość szybko zorientowałam się, że aby mieć czas na ciekawe życie, w tym czytanie książek, chodzenie do kina, aktywność fizyczną czy spotkania towarzyskie, a przy okazji wyrabiać się z obowiązkami wynikającymi z pracy, muszę odpuścić regularne oglądanie serii telewizyjnych. Świadomie wyłączyłam się z tego świata, a raczej – skutecznie ograniczyłam jego wpływ na mnie i mój plan dnia. Tym samym wyeliminowałam się z popularnych tematów dyskusji wśród znajomych, bo nie byłam wtajemniczona ani w świat Gry o Tron, ani Narcosa, ani tym bardziej Stranger Things.


Ostatnią rozpoczętą przeze mnie serią byli Chirurdzy, których zaczęłam oglądać na początku 2015 roku (zainspirowana przez moją Mamę). A ponieważ serial ten już wtedy miał wyemitowanych ponad 10 sezonów, każdy po 24+ odcinków, obiecałam sobie, że dopóki nie dotrwam do ostatniego z nich, nie ruszam żadnego nowego tytułu. Nie dość, że dotrzymałam danego sobie słowa, to realizacja tego postanowienia zajęła mi znacznie dłużej niż sądziłam. Początkowo każdą wolną chwilę spędzałam na oglądaniu, ale z czasem znudziłam się światem lekarzy z Seattle i do najnowszego odcinka dotarłam dopiero w grudniu 2017, czyli raptem kilka tygodni temu. A ponieważ Święta i głęboka zima to czas, który aż się prosi o ciepły kocyk i pilota w ręku, zaczęłam rozglądać się za nową historią, którą mogłabym zacząć zgłębiać.


Cały czas przyświecała mi jednak idea, aby nie zaprzepaścić wypracowanego trybu życia, tj. nie tracić go zbyt wiele na oglądanie seriali. W końcu lista książek do przeczytania stale się wydłuża, ciekawych filmów w kinie będzie coraz więcej (sezon Oscarów już wkrótce!), siłka sama się nie załatwi, a no i znajomych mam fajnych, warto czasem się spotkać. Więc jak tu pogodzić to wszystko? Jak oddać się przyjemności oglądania seriali, ale jednocześnie nie poddać nałogowi? Jak mieć ciasto i zjeść ciastko? Otóż okazuje się, że istnieje doskonałe rozwiązanie tego problemu, przynajmniej w kontekście telewizji:

Miniseriale.

Dziękujmy losowi za miniseriale! To absolutnie fantastyczny wynalazek ludzkości!

Dlaczego warto oglądać miniseriale?

  • Czas – miniseriale mają zwykle od kilku do 10 odcinków, rzadziej jest ich więcej. Nawet, jeśli nie jesteśmy na tyle silni, aby odmówić sobie kolejnego odcinka, to na oglądaniu całości nie spędzimy więcej niż pół dnia. Czyli na upartego startujemy w sobotę rano i do obiadu temat mamy z głowy. Strata w życiorysie? Prawie żadna!
  • Jakość – miniseriale mogą się zwykle pochwalić świetnym scenariuszem i doskonałą reżyserią, dzięki czemu stanowią rozrywkę najwyższej klasy telewizyjnej. Wiadomo, bywają gorsze serie, ale z mojego doświadczenia jako widz mogę stwierdzić, że znacznie trudniej jest twórcom zepsuć serial składający się z kilku odcinków od takiego, który ma ich 100. Jeśli szukacie naprawdę wartościowych historii, które dają radę od początku do końca, miniseriale to coś dla Was!
  • Obsada – czy tylko ja zauważyłam, że wielkie gwiazdy coraz chętniej występują w krótkich seriach telewizyjnych? Nie wiem, czy to jakaś szerzej znana reguła, ale takie odnoszę właśnie wrażenie – w miniserialach grają naprawdę dobrzy aktorzy, których nawet nie podejrzewalibyśmy o chęć wystąpienia w czymś innym niż megahit kinowy.
  • Wartkość akcji – to dla mnie bardzo miła odmiana po 13 sezonach towarzyskich intryg w grupie raptem kilku lekarzy z jednego szpitala: w miniserialach akcja dzieje się szybko, wątki są raczej krótkie, a nawet, jeśli zdają się nieco dłużyć, to tylko po to, aby na końcu wbić nas w fotel (lub w szezlong, w moim osobistym przypadku). Docenią to zwłaszcza ci, których męczy powolność telewizyjnych tasiemców.
  • Przerwa na ochłonięcie – trudniej jest paść ofiarą nałogu miniseriali, ponieważ po obejrzeniu całości jednego, nie tak łatwo jest przejść do czegoś zupełnie nowego. Potrzeba czasu, aby ochłonąć, wyciągnąć wnioski, czasem jeszcze raz przemyśleć zakończenie, a potem jeszcze raz, bo nie do końca się kuma (true story, bro!). Tym samym zmniejszamy prawdopodobieństwo, że jeszcze w tym samym kwadransie sięgniemy po kolejny sezon – przede wszystkim dlatego, że go nie ma, ha! (ale Was zaskoczyłam, co?! 😁)

Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, aby miniseriale wciągnęły nas tak, jak inne, już nie takie mini historie, ale umówmy się – umiar trzeba znać we wszystkim. Biorąc pod uwagę różne wersje wydarzeń i tak uważam, że to ciekawa i chyba najlepsza alternatywa dla tych, którzy chcą mieć czas na ciekawe życie, a jednak znaleźć w nim też chwilę na konsumpcję doskonałych opowieści telewizyjnych.


Miniseriale, które polecam

Wielkie kłamstewka 

Od tego zaczęłam i to za jego sprawą pokochałam ideę miniserii. Wiedziałam, że tytułową rolę gra Reese Witherspoon, ale gdy na ekranie zobaczyłam jeszcze Nicole Kidman, Shailene Woodley i Laurę Dern, wiedziałam, że przede mną 7 odcinków doskonałej rozrywki. To historia kilku charakternych kobiet, które wiodą na pozór idealne życie w sielskiej miejscowości gdzieś nad oceanem. Scenariusz brzmi znajomo? Tak, motyw stary jak świat, a jednak Wielkie kłamstewka potrafią zaskoczyć i to bardzo pozytywnie (i to pomimo tego, że rozwiązanie odgadłam już w drugim odcinku). Na dodatek widzowie mogą się rozkoszować świetną ścieżką dźwiękową (piosenkę Michaela Kiwanuki z czołówki wałkowałam przez 2 tygodnie non stop ❤️), a to tylko uprzyjemnia czas spędzony z serialem. Jeśli lubicie kobiece kino, ale potrzebujecie wyrazistych postaci i ciekawych zwrotów akcji, z pewnością spodoba Wam się ten miniserial.

Ucieczka przed nałogiem, czyli dlaczego warto oglądać miniseriale? (+ moje rekomendacje)Dark 

(na wstępie wyjaśnię, że w chwili, gdy zaczęłam oglądać Dark, serial składał się z 10 odcinków, a dokładnie w dniu, gdy dotarłam do końca, ogłoszono jego kontynuację. Nie będzie to zatem miniserial, ale 1 sezon to tylko 10 1-godzinnych odcinków, więc na razie się łapie!)

Dark poleciła mi koleżanka (Kasia pozdrawiam :)) i z początku byłam nieco sceptyczna – niemiecka produkcja? Niemieckie dialogi? To nie może wróżyć niczego dobrego… A jednak Dark to wręcz hipnotyzująca opowieść, która ma swój unikalny, mroczny klimat, o który trudno w hollywoodzkich dziełach. Wciągający motyw przewodni, ciekawy splot intryg i znów absolutnie genialny soundtrack. Według mnie to jeden z najciekawszych seriali, jaki kiedykolwiek oglądałam (ok, nie było ich jakoś bardzo wiele, ale i tak pełen szacun dla Dark!). Kwestia nielubianego języka staje się zupełnie nieistotna w kontekście całości dzieła – jestem przekonana, że ta seria przypadnie do gustu i Wam, tym bardziej, jeśli tak jak ja jesteście fanami mrocznych opowieści. Bardzo, ale to bardzo polecam!

Ucieczka przed nałogiem, czyli dlaczego warto oglądać miniseriale? (+ moje rekomendacje)True Detective (sezon 1)*

* Powtarza się sytuacja z Dark, bo TD ma w tej chwili dwa sezony, oba są jednak zupełnie z sobą niepowiązane, więc można je traktować jako osobne byty. Spokojnie sięgajcie po ten tytuł, jeśli chcecie trzymać się idei miniseriali!

(recenzja dotyczy wyłącznie sezonu 1!)

Pozostając w klimacie mroku, True Detective to serial już sprzed dobrych kilku lat, który pomimo upływu czasu nie stracił nic na jakości. Doskonała obsada: szczególne brawa należą się dla Matthew McConaughey, który po raz kolejny udowodnił, że jest przezdolnym aktorem; zaskakuje natomiast Woodrow Harrelson, do tej pory kojarzony przeze mnie głównie z pozytywnymi bohaterami, w TD pokazuje zupełnie inną twarz. Fabuła rozpoczyna się od odkrycia zwłok młodej dziewczyny, która najprawdopodobniej padła ofiarą rytuału religijnego. Akcja szybko wciąga kolejne osoby, kolejnych podejrzanych, kolejne ofiary… Łatwo jest się pogubić w plątaninie nazwisk i dat. To, co wyjątkowo podoba mi się w tej serii, to fakt, że widz jest pozostawiony trochę sam sobie. Jeśli się zgubisz, nikt nie przypomni Ci, o którą postać czy miejsce chodzi (nie to, co w CSI, gdzie po odkryciu kolejnego dowodu, od razu pokazuje się retrospekcja, aby broń Boże nie pozostawiać żadnych niedopowiedzeń). Dlatego True Detective to tytuł godny najwybredniejszych widzów, którzy oczekują traktowania jak istoty myślące, wręcz samodzielnie kombinujące. A i tak pewnie nie wykombinują wszystkiego (pomimo niezłych zdolności w tym obszarze, ja poległam).


Wiem, że gdyby podsumować czas spędzony na oglądaniu powyższych serii, na upartego można by dojść do wniosku, że nie istnieje duża różnica między wielosezonowymi tasiemcami a krótkodystansowcami. A jednak, w sumie na wszystkie 3 serie poświęciłam nieco ponad 23 godziny, co w kontekście prawie półtora miesiąca (w tym czasu wolnego w postaci Świąt!) daje mniej niż 40 minut dziennie. Myślę, że tyle człowiek jest w stanie poświęcić i przede wszystkim – tyle mu się od życia należy 😏

Skoro 2 z 3 powyższych serii są wynikiem Waszych rekomendacji, bardzo liczę na kolejne! Mam nadzieję, że tym samym otworzymy dyskusję o najlepszych miniserialach – z pewnością zaskoczycie mnie kolejnymi doskonałymi propozycjami! Wpisujcie Wasze typy w komentarzach, chętnie wszystkie przejrzę ☺️

ZapiszZapisz

0