Od kilku tygodni intensywnie przyglądam się każdemu skrawkowi naszego mieszkania. Początek wiosny (albo chwila przed nim) to ten moment roku, kiedy mam największą ochotę i motywację do zmian we wnętrzach, stąd np. trwający mini remont jadalni, o którym opowiadam Wam na bieżąco na Instagramie. Ale ostatnio moje rozważania nie dotyczą wyłącznie konkretnych pomieszczeń i snucia planów co do ich przyszłości – zaczęłam zastanawiać się nad tym, jakie jest moje ogólne podejście do urządzania wnętrz i co sprawia, że decyduję się na takie, a nie inne rozwiązania. Bo wiecie, to, że nasze mieszkanie wygląda tak jak wygląda, wcale nie oznacza, że nie chciałabym, aby wyglądało inaczej. I stąd dzisiejszy tekst, będący niejako rachunkiem sumienia i spowiedzią w jednym. Oto moja filozofia urządzania wnętrz rozłożona na czynniki pierwsze.

Moja filozofia urządzania wnętrz

„Uwielbiam to, to i jeszcze TO!!!”

Za jedną z większych przeszkód w urządzaniu własnych wnętrz postrzegam fakt, że ja kocham naprawdę bardzo różne style. Podobają mi się ascetyczne przestrzenie z kilkoma meblami na krzyż, które przypominają raczej współczesną wersję eremu niż prawdziwe mieszkania. Zachwycam się eklektyzmem w jego najżywszej postaci, pełnej koloru, wzorów i energetycznej mieszanki materiałów i faktur. Kocham skandynawskie wnętrza, trochę surowe, ale jakże przytulne, wykończone drewnem, udekorowane pięknymi tekstyliami. Zachwycam się retro i zazdroszczę wszystkim, którzy w swoich czterech ścianach kolekcjonują perełki polskiego dizajnu.

Najlepszym dowodem na to, jak wiele trendów zwraca moją uwagę, jest mój Pinterest. Przeglądając go można uznać, że prowadzi go ktoś bardzo niezdecydowany albo po prostu ktoś, kto dopatruje się piękna w różnych stylistykach (tak ja lubię to sobie tłumaczyć). Zdaję sobie sprawę, że nie jestem jedyną osobą na świecie w takiej sytuacji, w końcu to dość powszechne, że inspirujemy się wieloma rzeczami na raz. Problem pojawia się jednak na etapie godzenia ze sobą tych wszystkich fascynacji – chyba brakuje mi jakiejś większej wizji, żeby móc sprostać wyzwaniu. Z bólem muszę przyznać, że nie jestem (jeszcze) na tyle zdolną dekoratorką, aby sprytnie połączyć różne stylistyki w ograniczonej przestrzeni jednego mieszkania.

Nie mam (jeszcze) swojego wnętrzarskiego stylu. I być może nigdy nie będę go miała

Fakt, że pozostaję pod silnym wrażeniem wielu trendów na raz, utwierdza mnie w przekonaniu, że nie rozwinęłam w sobie jeszcze określonego stylu w temacie wnętrz. Mam wrażenie, że moje poczucie estetyki wykonało podróż dookoła galaktyki w ciągu tylko ostatnich 18 miesięcy. Trzeba też szczerze przyznać, że wnętrzami tak naprawdę zainteresowałam się już po naszym remoncie i wprowadzce. Wynika to zarówno z rozwoju zawodowego, jaki poczyniłam w tym czasie (m.in. zajęłam się fotografią architektury), jak również z tego, że dopiero po zamieszkaniu na swoim poczułam prawdziwy pociąg do designu. Mieszkając z Rodzicami nie miałam takiego szerokiego pola do popisu, więc czas poświęcałam na inne hobby, ale odkąd zamieszkaliśmy z Lubym razem, mogę decydować o całej tej przestrzeni, a nie jej pojedynczym skrawku i to sprawia, że tematom aranżacyjnym oddaję wiele godzin ze swojego życia.

Nadal jednak nie czuję, abym miała już swój określony styl, ba, nie jestem przekonana, czy kiedykolwiek będę go mieć. Tak to już ze mną bywa – tak jak kocham eksperymenty w modzie, tak samo uwielbiam je w architekturze. Być może wszystkie moje szaleństwa łączy jakaś jedna nić i to ona stanowi sedno mojego stylu, ale na razie (jeszcze) nie potrafię jej sprecyzować.

Moja filozofia urządzania wnętrz

Typowa Hanka po prasówce magazynów wnętrzarskich i Pinteresta. JAK ŻYĆ?! CO WYBRAĆ?!

Bez stylu, ale świadomie

Wspominałam przed chwilą, że podobają mi się bardzo różne aranżacje i to absolutna prawda. W ciągu ostatnich 2 lat nastąpiła jednak istotna zmiana w moim postrzeganiu wnętrz – stałam się bardziej świadoma. Być może nie mam (jeszcze) swojego stylu, ale to nie przeszkodziło mi w zrozumieniu własnych potrzeb. Owszem, wzdycham na widok surowych, ascetycznych wnętrz, stworzonych w myśl „less is more”, ale dzisiaj, w przeciwieństwie do siebie sprzed 2 lat, już wiem, że nie odnalazłabym się w takiej przestrzeni. Może z czasem dojrzeję do takiej stylistyki, ale obecnie czuję się najlepiej, gdy w oknach wiszą zasłony, na podłodze leży dywan, na sofie liczne poduchy, a ja mogę się otulić ciepłym kocem, a najlepiej, żebym miała 3 do wyboru. Żadna ze mnie minimalistka, no way! Do tego lubię mieć i fotel, i różne krzesła, i metalową doniczkę, i taką terakotową. Podoba mi się taki miks i dobrze się w nim odnajduję, nawet jeśli Luby zarzuca mi, że zagracam mieszkanie. Po jakimś czasie dochodzę do wniosku, że ma rację, więc rearanżuję całość, aby potem zacząć zabawę od początku. Ale zawsze kieruję się tym, co podpowiada mi ona – świadomość. Myślę, że to najważniejszy zalążek własnego stylu, jak sądzicie?

Zasada drugiego mieszkania

Już w pierwszych miesiącach życia w naszym „m”, oboje z Lubym dopatrzyliśmy się pewnych błędów, jakie poczyniliśmy na etapie remontu. Ja jestem z tych, którzy w takich chwilach załamują ręce i najchętniej nazajutrz zawołaliby ekipę remontową, aby zrobić wszystko od początku. Natomiast Luby zwykł przyjmować inną postawę i mówić „spokojnie Hania, przy drugim mieszkaniu postąpimy inaczej”. Na szczęście zaraził mnie swoim podejściem i dzisiaj myślę podobnie. Nie przejmuję się już każdą wnętrzarską pomyłką, której nie jestem w stanie łatwo naprawić. Zdecydowaliśmy się na takie, a nie inne rozwiązania, bo w danej chwili wydawały nam się najlepsze, najbardziej optymalne, najładniejsze. Trudno przewidzieć, co spodoba nam się w przyszłości, zwłaszcza mi, bo jak wspomniałam – moje poczucie estetyki stale ewoluuje. I dlatego od dłuższego już czasu stosuję się do zasady drugiego mieszkania, która pewnie po zamianie mieszkania na drugie, stanie się zasadą trzeciego mieszkania itd. Nie ma co biadolić, że rok temu powinnam była postąpić inaczej, bo stało się co się stało, trzeba ogarniać sytuację taką, jaką jest i snuć plany świetlanej przyszłości naszych wnętrz.

Czytaj także: 5 najgorszych decyzji, jakie możesz podjąć remontując mieszkanie

Zmiana moim paliwem

Zasada drugiego mieszkania ma zastosowanie tylko do tych problemów, które wymagają gruntownej interwencji fachowca (np. rodzaju podłogi, układu pomieszczeń itp.). Wszystko inne jestem w stanie ogarnąć sama i z sukcesem to czynię. Nie skłamię, jeśli powiem, że w kwestii wnętrz moją największą motywacją od zawsze była i jest potrzeba zmian. Ja kocham zmiany w swoim otoczeniu, a realizacja wszelkich (!) aranżacyjnych pomysłów, jakie pojawiają się w mojej głowie, sprawia mi wiele frajdy. Zwykle od zalążka idei do efektu finalnego nie mija więcej niż tydzień. Najlepszym przykładem jest wspomniany we wstępie mini remont jadalni – o pomyśle na zmianę tej przestrzeni podzieliłam się w niedzielę, farby kupiłam już we wtorek, a w sobotę remont był skończony. Tak już mam, że jestem w gorącej wodzie kąpana i lubię działać błyskawicznie.

Moja filozofia urządzania wnętrz

Typowa Hanka rozglądająca się po mieszkaniu w poszukiwaniu kolejnego elementu do zmiany

Zazwyczaj tę cechę, przynajmniej w kontekście urządzania mieszkania, uważam za zaletę (po co zwlekać ze zmianami, trzeba je wdrażać i się nimi cieszyć!), ale ta niecierpliwość prowadzi do kolejnego punktu tekstu, to jest…

Lepiej szybko niż wyjątkowo

Nie jest tak, że zadowalają mnie półśrodki, ale nie ukrywam, że zazwyczaj sięgam po najłatwiej dostępne rozwiązanie danego problemu. W tym upatruję swoją największą „porażkę” w urządzaniu naszego mieszkania – gdy pojawił się temat własnego „m”, od razu założyłam, że chcę, aby było połączeniem nowoczesności ze stylem retro, IKEI z OLX. Czyli stawiałam na eklektyzm. Co wyszło z moich planów? Część zwaną IKEA mogę uznać za bardzo udaną, natomiast OLX… no, powiedzmy, że na tym polu sukcesów brak. Mamy co prawda kilka starych przedmiotów, którymi szczególnie się szczycę, ale na tym koniec.

Problem w tym, że przy moim tempie wdrażania zmian, zakupy inne niż te od ręki nie mają racji bytu. Nawet, jeśli napalę się, że koniecznie chcę mieć jakiś stary mebel w danym miejscu, to po kilku dniach samą siebie przekonuję, że po co czekać na gwiazdkę z nieba dizajnu, skoro IKEA tak blisko i mogę kupić coś „podobnego” w parę minut. Z tego też powodu nie mamy w domu żadnej zabudowy robionej na wymiar, bo za każdym razem decydowałam się na opcję z sieciówki. I chociaż jestem zadowolona z dotychczasowych efektów aranżacyjnych, to i tak liczę, że nauczę się czekać i zacznę realizować moją eklektyczną wizję. Najlepszym dowodem na to, że warto uzbroić się w cierpliwość, jest fakt, że spośród wielu pięknych, nowych przedmiotów, które znajdują się w naszym mieszkaniu, najbardziej cieszy mnie obecność tych kilku starych, które zabrałam jeszcze z rodzinnego domu.

Mieszkanie – żywy organizm

Last but not least, chciałabym podkreślić, że za najważniejszy element mojej filozofii urządzania wnętrz uważam postrzeganie własnego mieszkania czy domu jako żywego organizmu. Żywego, czyli stale zmieniającego się, nieskończonego. Takiego, który rozwija się razem ze mną (nami) i z moimi fantazjami. W filmie „Cudowny chłopak” z ust Julii Roberts pada tego typu zdanie – że twarz człowieka jest mapą i wskazuje na to, co ten człowiek przeszedł. To najlepsze podsumowanie mojej wnętrzarskiej filozofii, bo dokładnie tak widzę nasze „m”. Jest opowieścią o nas, o naszych wspomnieniach, radościach, smutkach. Każdy jego element, każdy drobny przedmiot i każda rysa na podłodze stanowi o historii, którą mamy za sobą.

I dlatego nigdy nie uznam naszych (i nie tylko naszych) wnętrz za skończone, w pełni urządzone, w których wystarczy już tylko mieszkać. One muszą się zmieniać, bo my też ciągle się zmieniamy. One żyją razem z nami, tak samo jak żyje każde inne mieszkanie, dom, biuro, hotel czy restauracja. To dotyczy wszystkich aranżacji, nie tylko tych prywatnych.

Moja filozofia urządzania wnętrz

Typowa Hanka, królowa wnętrz i zmian, cwaniara, która właśnie zdecydowała się, czym w mieszkaniu zajmie się w następnej kolejności

***

Nie sądziłam, że wyjdzie z tego tak obszerny tekst, ale cieszę się, że go w końcu napisałam. Warto mieć utrwalone tego typu manifesty i wracać do nich po czasie, aby przekonać się, jaką drogę odbyliśmy. Czy zastanawialiście się kiedyś nad Waszą filozofią urządzania wnętrz? Czym wnętrza są dla Was? To dobry moment, aby podzielić się tymi refleksjami – czekam na Wasze 🙂

ZapiszZapiszZapiszZapisz

  • Mańki

    u nas jest tak bardzo jak u Ciebie 😀 to i to , szybko już, mieszanka, eklektyzm, IKEA, kochamy różne style, ale… może dlatego, że Anka, co rządzi na naszej chacie, to prawie jak HAnka 😀

  • AG

    Bardzo spodobało mi się stwierdzenie, że mieszkanie jest jak żywy organizm i zmienia się i ewoluuje razem z nami 🙂 Podpisuję się po tym absolutnie. Chociaż stworzyliśmy z mężem, wydaje mi się, neutralną bazę – drewno, szarości, biele, czernie, cegły (wiem, oklepane, że aż mdli :D) i myśleliśmy, że to własnie skandynawskie klimaty będą u nas królowały, to jednak każdy pokój ma swój klimat, w każdym kącie przemycamy dodatki w różnych stylach czy dorzucamy kolory w zależności co nam akurat w duszy gra 🙂 I naprawdę jestem ciekawa jak to będzie wyglądało, np. za 5 lat 😛 Najważniejsze według mnie to po prostu stworzyć taką przestrzeń, w której będzie nam milutko i komfortowo, bez względu na filozofię urządzania 😉 Pozdrawiam!

    • Cieszę się, że podzielasz moje zdanie, to znaczy, że jest nas więcej 😀 Ja również jestem ciekawa, jak nasze „m” będzie wyglądało za jakiś czas. U nas też zaczęło się od podstawowej bazy, chociaż mieliśmy trochę kolorów (zielona ściana w sypialni i granatowa w salonie), ale z czasem widzę, że jednak tego koloru mi brakuje 🙂 miło się patrzy na te minimalistyczne wnętrza, ale wokół siebie lubię mieć jednak trochę barwnej energii 😉 Dziękuję za komentarz i równiez pozdrawiam!