Im bliżej 31 grudnia, tym częściej przewijają mi się w socialowym feedzie kolejne podsumowania kolejnych osób. Blogerzy, influecerzy i cała ta śmieszna ferajna dokonują bilansu zysków i strat (częściej jednak zysków), chwalą się dalekimi podróżami, zawartymi małżeństwami, narodzonymi dziećmi. Ja też lubię ten doroczny rytuał i w poprzednich latach chętnie dzieliłam się z Wami najprzyjemniejszymi momentami mijającego roku. A jednak gdy dzisiaj zasiadłam do pisania nowego tekstu z tego cyklu, nie wiedziałam, gdzie zacząć, ani tym bardziej gdzie skończyć. Przeglądałam foldery ze zdjęciami, których z każdą wiosenką mam coraz mniej (im więcej robię zdjęć zawodowo, tym mniej robię ich prywatnie – niestety), szukałam inspiracji i jakiegoś klucza, ale bezskutecznie. Pierwszy raz od dawna nie wiem, jak dokonać osobistego podsumowania.

Rzecz w tym, że po listopadowych zajściach czuję się trochę tak, jakby ktoś wyzerował mi licznik. Jakbym grając w Monopoly przekroczyła pole Alei Ujazdowskich i stanęła znowu na starcie. Przede mną zupełnie nowa rozgrywka, nowe szanse i możliwości, ale też kolejne wyzwania i ryzyka do podjęcia. Tegoroczny grudzień zamykam skupiając się raczej na przyszłości niż przeszłości, bo tę drugą traktuję jako etap w pełni zamknięty, kompletny. Pora na nową partię i kolejny rzut kośćmi.

Nie chcę jednak tak zupełnie zrywać z fajną tradycją – w końcu opracowywanie tekstu podsumowującego 2018 to też jakaś forma przygotowania do 2019 i szkoda z niej zrezygnować. A ponieważ nadchodzący rok pragnę w pełni poświęcić na pracę i dalszy (samo)rozwój, postanowiłam spojrzeć wstecz i wybrać najciekawsze nauki, które wyciągnęłam z ostatnich 12 miesięcy. Czasem były to lekcje w sensie dosłownym, innym razem miały wymiar bardziej metaforyczny. Wszystkie jednak w jakiś sposób mnie ubogaciły i mam nadzieję, że dzięki nim uda mi się spełnić wszystkie zawodowe i nie tylko postanowienia noworoczne.

A zatem – czego nauczyłam się w 2018 roku?

Nauczyłam się budować firmę od nowa i wychodzić do ludzi z własnymi umiejętnościami

W nadchodzącym styczniu miną 3 lata od momentu, gdy zostałam przedsiębiorcą. Rok temu, na okazję dwulecia, popełniłam tekst o tym, czego nauczyłam się dzięki samozatrudnieniu. Tymczasem w 2018 do listy tych umiejętności mogę dopisać nową – rozpoczynanie biznesu od nowa. Chociaż moją fotograficzną działalność zaczęłam we wrześniu 2017 roku, to dopiero 2018 przyniósł najwięcej wyzwań i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Wcześniej, pracując jako specjalistka od marketingu internetowego i social mediów i będąc jako tako kojarzona z tą działalnością, łatwiej przychodziły mi kolejne współprace – bo każde zlecenie napędzało kilka kolejnych, każdy klient polecał mnie dalej i tak to się fajnie kręciło. Spokojnie, ale na tyle dynamicznie, abym nie narzekała na brak pracy. Aż tu nagle postanowiłam zrobić swój fotograficzny coming out i musiałam odnaleźć się w zupełnie nowym świecie, docierać ze swoimi usługami do zupełnie innych ludzi niż wcześniej. I to ja musiałam zacząć ich szukać, bo przecież będąc debiutantką, nikt nie miał prawa trafić do mnie samodzielnie. Zaczęłam wszystko od nowa. Z perspektywy czasu, oceniając moją zawodową aktywność w mijającym roku, nie mogę się nadziwić, jak to się wszystko potoczyło. Już w pierwszych miesiącach działania moich kronik mogłam cieszyć się ciekawymi współpracami z bardzo utalentowanymi projektantami wnętrz, a we wrześniu do sklepów w całej Polsce trafił pierwszy magazyn z moim zdjęciem na okładce. Myślę, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy nauczyłam się o prowadzeniu własnej firmy więcej niż w poprzednich latach i jestem bardzo dumna ze wszystkich małych sukcesów, które udało mi się osiągnąć. Tym bardziej czuję się zmotywowana na nadchodzący 2019 rok.

Czego nauczyłam się w 2018 roku?

Moja sesyjna rzeczywistość.

Czego nauczyłam się w 2018 roku?

W ramach pracy fotografa wnętrz musiałam sporo podróżować do Warszawy. Oby więcej takich delegacji i oby były coraz dalsze 🙂

Czego nauczyłam się w 2018 roku?

Kulisy sesji zdjęciowych – wybieranie dekoracji.

Czego nauczyłam się w 2018 roku?

Jedna z ważniejszych i ciekawszych sesji tego roku.

Czego nauczyłam się w 2018 roku?

Najlepszy poranek tego roku – gdy odkryłam moje zdjęcie na okładce magazynu &Living.

Nauczyłam się dbać o rośliny i czerpać przyjemność z posiadania (analogowego) hobby

Na początku roku podzieliłam się z Wami moim wielkim wyzwaniem na 2018: chciałam zostać Simoroślą, zaklinaczką roślin, mistrzynią pielęgnacji domowych obszarów zielonych. Czy mi się to udało? W pewnym sensie tak: mniej więcej do sierpnia sporą część wolnego czasu (i pieniędzy) poświęcałam na roślinne hobby. Zgłębiałam tajniki uprawy, czytałam o szkodnikach, odkrywałam triki na odratowanie podupadających okazów. Wiele misji zakończyło się sukcesem, nie zabrakło również porażek, ale co najważniejsze – odzyskałam zdolność czerpania radości z posiadania hobby. I to hobby analogowego, które niekoniecznie wymagało podłączenia do sieci, co było dla mnie odświeżającą zmianą. Od lat wszystkie moje zajawki wiązały się z komputerem – pisanie bloga, fotografia, grafika komputerowa. I chociaż uwielbiam wszystkie te zajęcia, czasem brakowało mi pretekstu, aby oderwać się od monitora i odetchnąć z dala od pikseli i bajtów. Rośliny pozwoliły mi wrócić do prostych przyjemności, z których nawet nie zdawałam sobie sprawy, np. grzebanie w ziemi, przycinanie suchych liści, prowadzenie obserwacji (!). I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że w pewnym momencie po prostu sobie odpuściłam. Zbudowałam ogromną domową dżunglę i nagle zabrakło mi chęci na jej dalszą pielęgnację. Nie wiem, co się stało z moim zapałem, może, jak to często u mnie bywa, po prostu skończyła mi się cierpliwość. Jest zatem pole do poprawy w nadchodzącym roku, ale i tak misję Simorośl 2018 uważam za całkiem udaną.

Czego nauczyłam się w 2018 roku?

Hobby wymaga ciągłego dokształcania się. A rośliny są mi potem za to wdzięczne.

Czego nauczyłam się w 2018 roku?

Moja domowa dżungla, a raczej jej drobny wycinek.

Czego nauczyłam się w 2018 roku?

Podobnie jak rok temu, w tym roku również odpicowałam sobie balkon i dbałam o niego jak należy!

Nauczyłam się oszczędzać i kupować trochę mniej

Chociaż w 2018 roku nadal zdarzało mi się zaszaleć z wydawaniem pieniędzy, to i tak uważam, że zrobiłam spore postępy w pilnowaniu osobistego budżetu i opanowywaniu swoich zakupowych żądzy. Niestety nadal nie wykształciłam w sobie nawyku prowadzenia dosłownego budżetu (czy ktoś z Was ma na to jakiś dobry pomysł/appkę/program?? 😒), ale udało mi się odłożyć trochę pieniędzy, które później mogłam np. przeznaczyć na coś ważniejszego niż nowe futerko czy buty. Bardzo rzadko odwiedzałam sklepy stacjonarne, nie wystawiając się na działanie pokus, a przeglądając strony online potrafiłam dać sobie na wstrzymanie i pozwalałam sobie przespać się z danym pomysłem na zakup zanim kliknęłam przycisk „Do kasy”. I bardzo często okazywało się, że wcale, ale to wcale nie jest mi dana rzecz potrzebna do życia ani nawet do szczęścia. Obecnie, z uwagi na wesele i lankijską podróż poślubną, mój budżet jest mocno nadszarpnięty i dlatego 2019 rok chciałabym ogłosić „rokiem oszczędzania”. Czy mi się to uda – nie mam pojęcia, dlatego postępuję ostrożnie z wszelkimi deklaracjami. Mam nawet jeszcze jedno dalej idące postanowienie, które BARDZO chciałabym zrealizować, ale na które nie wiem, czy starczy mi silnej woli – aby w nadchodzących 12 miesiącach nie kupić ANI JEDNEJ nowej rzeczy do ubrania. Serio. Ale to już naprawdę duża sprawa dla takiej eks-zakupoholiczki jak ja, więc wolę nie narzucać sobie intensywnego tempa. Pożyjemy, zobaczymy. A zmiany najlepiej wdrażać powoli, o czym zresztą niedługo Wam napiszę w osobnym tekście.

Nauczyłam się bardziej świadomego gospodarzenia i patrzenia na codzienne wybory przez pryzmat dobra środowiska

Hasła „ekologia”, „ochrona środowiska” i chyba najpopularniejsze w 2018 „zero waste” wielu osobom wychodzą bokiem, ale nie mnie. Nie jestem i nigdy nie będę eko-fanatyczką, ale duma mnie rozpiera, gdy sięgając w Biedrze po owoce, od razu mówię sobie „tylko żadnej foliówki”. Albo że Luby wracając z zakupów, na które zapomniał własnej torby materiałowej, ma wszystkie produkty poupychane w kieszeniach kurtki, bo „przecież nie weźmie bez sensu siatki na jeden raz”. A uwierzcie mi, że Luby był ostatnią osobą, która pomyślałaby o środowisku podczas kupowania bułek na śniadanie. A jednak się udało! Nadal zużywamy zdecydowanie za dużo plastiku, nadal zdarza nam się zmarnować jedzenie, ale jako największą naukę i sukces 2018 roku uważam nabycie przez nas tej świadomości, że to wcale nie jest okej – w końcu to od świadomości wszystko się zaczyna. Mam nadzieję, że w 2019 pójdziemy krok, a może i kilka kroków dalej. Dla dobra nas samych i dobra nas wszystkich.

Nauczyłam się robić lepsze zdjęcia

To niesamowite oglądać własne zdjęcia i widzieć postęp, jakiego się dokonało. Najbardziej zauważam to chyba na fotografiach z naszych podróży. W 2015 roku zwiedzaliśmy Grecję, w 2017 Portugalię, a w tym roku odwiedziliśmy Mediolan i niedawno Sri Lankę. Na Grecję patrzyłam bardziej jak turystka-instagramerka. Chciałam mieć piękne kadry w pięknych sceneriach, raczej kreowałam rzeczywistość niż ją konsumowałam. Dzięki zdjęciom z Portugalii pierwszy raz dostrzegłam dojrzałość mnie jako fotografa – coraz częściej polegałam na obserwacjach i łapaniu chwil, a nie budowaniu obrazków, które łatwo się klikają w internecie. W Mediolanie ta dojrzałość była jeszcze bardziej rozwinięta, chociaż czasem myślę sobie, że tam jest po prostu łatwiej o dobre zdjęcia, bo miasto jest szalenie fotogeniczne. Aż w końcu wylądowaliśmy na Sri Lance, która w niczym nie przypomina modnej stolicy Lombardii ani urokliwej Portugalii. Z początku nie potrafiłam skomponować tam żadnego ciekawego ujęcia, bo przecież to nie moja stylistyka, bo przecież nie ma ładnej architektury, którą tak uwielbiam. Ale im dłużej przyglądałam się codzienności mieszkańców wyspy, tym więcej niuansów dostrzegałam. Sri Lanka pozwoliła mi spojrzeć na świat zupełnie inaczej i dokonać kolejnego malutkiego postępu w dziedzinie fotografii. W 2019 roku chciałabym podróżować jeszcze więcej i nauczyć się jeszcze więcej.

Czego nauczyłam się w 2018 roku?

Będąc w Mediolanie, udało mi się odwiedzić kilka ikonicznych miejsc, m.in. Fondazione Prada.

Czego nauczyłam się w 2018 roku?

Wpisy ze Sri Lanki dopiero przede mną – nie znalazłam na nie czasu przed Świętami, ale mam nadzieję, że nadrobię ten brak w styczniu. Bardzo chciałabym utrwalić na blogu wspomnienia z tej niesamowitej podróży.

Nauczyłam się sztuki organizacji wesela naszych marzeń

W 2018 rok wkraczałam jako niezaręczona panna, a zamykam go jako mężatka. Wow, chyba pierwszy raz użyłam na piśmie tego słowa w stosunku do siebie samej. Uczcijmy to krótką pauzą w tekście i przejściem do nowego akapitu.

Proces przygotowywania naszego wesela uważam za cenną i przyjemną lekcję. Bo wiecie, tyle się człowiek nasłuchał zewsząd, jaki to upierdziel, ile to problemów, ile stresów, ile irracjonalnie wydanych pieniędzy, że sama wątpiłam, czy to w ogóle jest nam potrzebne i czy jest w tym wszystkim jakiś sens. I chociaż obiektywnie patrząc nasze wesele nie różniło się bardzo od innych wesel (choćby dlatego, że miało formę typowego wesela, a nie obiadu dla garstki ludzi albo że odbyło się w Gdańsku, a nie na rajskiej wyspie), to i tak mam wrażenie, że było TOTALNIE inne i bardzo „nasze”. Wymagało to ode mnie nabycia nowej wiedzy i paru nowych umiejętności, ale cieszę się, że wszystko potoczyło się w taki, a nie inny sposób. I że potoczyło się dość szybko, chociaż mało kto wróżył nam powodzenie tej misji (całość udało nam się zorganizować w ok. 4 miesiące). Myślę, że zdolność przygotowywania i ogarniania sporej imprezy na pewno jeszcze kiedyś mi się w życiu przyda. Przy okazji po raz kolejny przekonałam się, że ja lubię wyprawiać przyjęcia, na których ludzie się dobrze bawią. To również ważna dla mnie lekcja.

Czego nauczyłam się w 2018 roku?

Dzień, w którym byłam o krok bliżej tytułu „pani Lubej”.

Nauczyłam się, jak zrobić sobie zeszyt i że każda najdrobniejsza umiejętność ubogaca nas jako ludzi

W lutym wybrałam się na warsztaty introligatorskie. Przeczytałam o nich gdzieś w sieci i pomyślałam, że to ciekawe zajęcie. Poszłam, spędziłam kilka godzin w gronie innych kreatywnych ludzi, zrobiłam sobie 4 zeszyty, dostałam dyplom i wróciłam do domu. Nigdy więcej nie zrobiłam sobie kolejnego notatnika, nie pobrałam nawet skryptu z warsztatów, mimo, że miałam taką możliwość (i tego akurat żałuję). Ale mam wrażenie, że wyniosłam z tych zajęć coś znacznie ważniejszego. Jak choćby to, że trzeba się cały czas rozwijać, że JA chcę się cały czas rozwijać, choćby o takie pozornie nieprzydatne umiejętności jak szycie własnego zeszytu. Że ja po prostu lubię się uczyć. I nadal, z każdym odbytym kursem, warsztatem, przeczytanym poradnikiem i książką, czuję się bogatsza w wiedzę i że ta wiedza może się z czasem przerodzić w coś totalnie fajnego i nieoczekiwanego. W nowy zawód, nowy projekt, nowy pomysł na biznes. I widzę to po sobie, widzę, ile kroków wprzód potrafię zrobić w codziennej pracy, gdy dostarczam sobie nowej wiedzy, nowych doświadczeń. Gdy ich brakuje, stoję w miejscu. Wiedza to moje paliwo, chyba tak to ktoś kiedyś powiedział? No to ja poproszę do pełna.

***

Tak jak sądziłam, napisanie tego tekstu było dobrym pomysłem – zdecydowanie rozjaśnił mi się umysł, udało mi się dostrzec znacznie więcej w mijającym roku i nabrać wiatru w żagle przed zupełnie nowym 2019. Jestem naprawdę podekscytowana tym, co przede mną. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio miałam w głowie tyle planów i postanowień jak dziś. 2018 był przełomowy i na pewno zamknął jakiś etap w moim życiu.

Kolejna tura na planszy Monopoly za mną, pora na nowe rozdanie, nowe szanse, nowe przygody. Chwytam kości w ręce i wszystko zaczyna się od nowa. Nie mogę się już doczekać!

PS. Przy tej okazji przejrzałam archiwalne podsumowania roku – 2017, 2016 i 2014. Wszystko, o czym w nich pisałam, jest nadal bardzo aktualne.

(Visited 355 time, 1 visit today)