Temat ślubów i wesel zdecydowanie plasuje się w ścisłej czołówce najbardziej poczytnych w blogosferze. Trudno się jednak dziwić, skoro nie brakuje chętnych do konsumowania takich treści. Ludzie już tak mają, że gdy przychodzi do zawarcia małżeństwa (albo narodzin dziecka), najczęściej im odbija – chcą się pławić w tekstach z inspiracjami, przewodnikach zakupowych, a zamiast odmawiać pacierz, przypinają obrazki na Pinterestowych tablicach.

Nic więc dziwnego, że świeżo zaręczone blogerki (a pewnie i blogerzy, choć osobiście jeszcze się z tym nie spotkałam) poświęcają ślubom spory obszar swojego blogowego archiwum. W końcu ślub i wesele to temat-rzeka i można nim sobie zapewnić wiele miesięcy regularnego pisania. I powiem Wam, że gdy kiedyś, dawno myślałam o tym, co będzie, gdy to na mnie przyjdzie kryska, spodziewałam się po sobie właśnie takiej otwartej, aktywnej postawy. Skoro na bieżąco dzieliłam się z czytelnikami postępami w remoncie i urządzaniu mieszkania, to chyba temat zamążpójścia i wszelkiej celebry z nim związanej byłby naturalną koleją rzeczy w mojej blogowej karierze?

A jednak, gry kryska w końcu na mnie przyszła, nie wspomniałam o niej ani jednym słowem, ani jednym złamanym postem na blogu czy wrzutką na Insta Stories. To wcale nie tak, że chciałam odegrać rolę tajemniczej Kasi Tusk, nie miałam też w planach wyskoczyć po fakcie jak Filip z konopii, licząc na deszcz komentarzy o treści „OMG!!!!” albo „rany Julek, ale numer, że to przed nami ukryłaś!”. Przyzwyczaiłam się już, że częstotliwość pojawiania się komentarzy pod którymikolwiek moimi postami plasuje się na poziomie zera absolutnego – zdecydowanie nie to było moją motywacją.

Dlaczego więc milczałam? 

Bo najzwyczajniej w świecie nie czułam potrzeby dzielenia się moimi opiniami w tym konkretnym obszarze. Od samego początku całej tej sprawy, czyli de facto od momentu zaręczyn, ani przez chwilę nie chciałam opowiadać wszem i wobec o naszych dalszych planach i wizjach. Z jednej strony uznałam to za temat bardzo prywatny (jak widać, znacznie bardziej prywatny niż temat wicia wspólnego gniazda – co kto lubi), a z drugiej chciałam pozostać zamknięta na wszelkie bodźce z otoczenia. Nie miałam ochoty dostawać złotych rad od innych ani też ich innym udzielać. Nie przeczytałam ani jednego inspiracyjnego tekstu i nie zajrzałam do żadnej ślubnej gazetki, od których uginają się półki w empikach i innych kolporterach. Ok, przyznaję – tablicę na Pintereście założyłam, pozostała jednak ukryta przed światem.

Jednak z chwilą, gdy na weselnym parkiecie nastała cisza, a złote konfetti całkowicie opadło, poczułam silną potrzebę, aby dorzucić swoje trzy grosze do wielkiej puli inspiracji. Chociaż nie, to nie będą trzy grosze, to będzie jeden malutki, ale szalenie ważny grosik. Jedna złota rada, jaką chcę Wam udzielić i szczerze wierzę, że jedyna, jakiej w ogóle potrzebujecie:

Zróbcie wszystko po swojemu.

Gdy zabraliśmy się za temat organizacji naszego ślubu i wesela, zewsząd zaczęły docierać do nas najróżniejsze opinie i podpowiedzi.

„Zaręczyny i ślub w jednym roku? Never gonna happen. Teraz na salę trzeba czekać minimum rok, ale zwykle to 2 lata.”

„Prawdziwe obrączki zaczynają się od 6 mm szerokości. I koniecznie muszą być takie same.”

„Ślub w listopadzie? A co jak spadnie deszcz? A co jak śnieg? A co, jeśli przymrozi? A w ogóle kto bierze ślub w tak depresyjnym miesiącu?!”

„Jeśli sukienka, to tylko z salonu.”

„Najlepsza jest muzyka na żywo.”

„Koniecznie załatwcie dekorację kościoła!”

„Garnitur dla pana młodego? Minimum 2000 zł.”

„Nie, zespół się nie nadaje, lepiej zatrudnić DJ’a.”

„Wesele w hali stoczniowej? To w co mają się ubrać goście, bo chyba nie w sukienki i garnitury?”

„Ślub o 13:00 nie ma sensu, wesele nie dotrwa do północy…”

„Trzeba zaprosić wszystkich, którzy kiedyś zaprosili Was. Co z tego, że nie pamiętacie już, jak wyglądają – nie wypada ich pominąć.”

„Bordowa torebka i rude buty do sukni ślubnej?! Nie przesadzasz trochę?”

I na koniec moja ulubiona:

„Ale jak to, że nie będzie tortu? To co pokroicie o północy?”

Chyba nie muszę Wam opowiadać, jak MY postąpiliśmy?

Nie chcę krytykować wyborów innych – wręcz przeciwnie, chcę Was zachęcić do dokonywania WASZYCH WŁASNYCH wyborów. Nie podążajcie ślepo za aktualnymi lookbookami i nie zaprzedajcie duszy diabłu jakim jest szeroko pojęta branża ślubna. Pożre Was i wypluje nim zdążycie powiedzieć sakramentalne „tak”.

Jeśli marzy Wam się ślub na polanie – zróbcie go. Jeśli jesteście typem pary z dworku i nie wyobrażacie sobie wesela bez jedzenia pieczonego dzika w środku nocy – bierzcie dzika. Jeśli przy ołtarzu chcecie widzieć tylko skromne grono najbliższych – zaproście tylko ich. A w ogóle to kto powiedział, że ślub musi być tu, w Polsce? Jeszcze nam paszportów nie odebrali, warto zrobić z nich pożytek.

Nie wiem, jaką jedyną i słuszną odpowiedź na pytanie „jak zorganizować ślub i wesele?” głoszą w podręczniku perfekcyjnej panny młodej. Nie wiem, co zawiera uniwersalna „TO DO LIST”, za którą powinno się podążać. Wiem natomiast, co sprawiło, że 11 listopada około godziny 4:00 czułam to, co czułam.

Zrobiliśmy wszystko po swojemu.

10 listopada był naszym dniem. Tak bardzo naszym, że bardziej się chyba nie dało. W gruncie rzeczy podeszliśmy do sprawy bardzo egoistycznie – zorganizowaliśmy sobie ślub i wesele na miarę naszych marzeń i oczekiwań, zaprosiliśmy najbliższych nam ludzi i liczyliśmy, że im też będzie się podobało. I wiecie co – sądząc po energii, jaka panowała tego dnia w tym towarzystwie – chyba się podobało.

Było dość chłodno, słońce nie wychyliło się zza chmur nawet na minutę, a świat spowiła gęsta mgła. Trochę depresyjnie, można by powiedzieć. Zaczynaliśmy o 13:00 – ponoć zdecydowanie za wcześnie. Ja, o zgrozo ubrana w kieckę z Zalando (i rude buty, z bordową torebką w ręku) i Luby, w gajerku z Mango za 500 zł. Założyliśmy sobie na palce obrączki zupełnie nie do pary, a potem ruszyliśmy w stronę Stoczni Gdańskiej, aby do wczesnych godzin porannych (czyli znacznie dłużej niż do północy) świętować w towarzystwie najbliższych nam ludzi. I tak, nie było tortu. SERIO.

Od tego dnia minął już prawie miesiąc. Nie pochylę się nad tym, jak szybko zleciał ten czas, bo to temat na osobny cykl kochanowskich trenów. Ale z perspektywy tych kilku tygodni powiem Wam, że ani data, ani pogoda, ani kiecka, gajer czy rzeczone obrączki nie miały i nie mają aż takiego znaczenia. Nie ma go również dekoracja kościoła, stołów, kolor kwiatów, liczba dań ciepłych i wolnych piosenek. To wszystko to tylko jakieś tam szczegóły. I mimo, że ja również zastanawiałam się nad nimi wiele dni i wiele nocy, to dzisiaj ledwo pamiętam, na co się w końcu zdecydowałam.

Pamiętam za to dobrze, że był to dzień, gdy oboje czuliśmy się tak, jak zawsze chcielibyśmy się czuć. Byliśmy sobą w 100%, nikogo nie udawaliśmy, nikomu nie staraliśmy się zaimponować. Spędziliśmy jedne z najbardziej wyjątkowych chwil naszego życia, otoczeni najbliższymi nam ludźmi. Czułam tego dnia czyste szczęście, takie, jakie ogląda się w tefałenowskich komediach.

I udało się to w środku depresyjnego listopada, w kiecce z Zalando i bez tortu o północy.

(Visited 745 time, 1 visit today)