Top

Jesteśmy na początku nowego, nowiuśkiego roku. 6 ostatnich stron mojego kalendarza wypełniła obszerna lista postanowień i marzeń na 2019. Jestem pełna nadziei i motywacji i mam zamiar z końcem grudnia skreślić z tego wykazu przynajmniej 95% pozycji. Podzieliłam je na 3 główne kategorie, tak dla porządku – ja (cele osobiste), praca (cele zawodowe) i dom (czyli cele związane z rozsądnym gospodarzeniem). Jakie konkretne plany znalazły się w tym spisie? Bardzo różne, począwszy od takich błahostek, które jestem w stanie zrealizować gdzieś między poranną herbatą a popołudniową kanapką, a kończąc na takich, które zasługują na miano Wielkich Zmian. Wielkie Zmiany mają charakter fundamentalny, wymagają ogromu motywacji i jeszcze więcej silnej woli, a już ponad wszystko – cierpliwości (na której brak cierpię chyba najbardziej).

Jedną z Wielkich Zmian, jakie mam już za sobą po 2018, jest radykalne ograniczenie spożywania mięsa. Celowo posługuję się zwrotem „radykalne ograniczenie” zamiast prostym „wyeliminowanie”, bo w tej z pozoru drobnej różnicy tkwi cały mój Wielki Sposób na Wielkie Zmiany. Wytężcie teraz wzrok, sięgnijcie po kartkę i długopis i skupcie się, bo dziś jest ten dzień, w którym podzielę się z Wami moim niezawodnym patentem na wprowadzanie w życie Wielkich Zmian. Gotowi? No to uwaga…

Mój Wielki Sposób na Wielkie Zmiany

Mój Wielki Sposób na Wielkie Zmiany to…

.

.

.

.

.

.

.

.

nie robić Wielkich Zmian.

I jak? Podekscytowani? Zaskoczeni? Zniesmaczeni, że zrobiłam Was w jajo, bo już liczyliście, że uda Wam się ziścić wszystkie plany i marzenia AD 2019? Zanim ostentacyjnie zamkniecie okno przeglądarki albo dacie mi unfollow na Instagramie (czego stanowczo odradzam, bo tam się tyle fajnego dzieje!), pozwólcie, że wyjaśnię Wam dokładniej, o co w tym wszystkim chodzi.

 

Wielkie porażki

Gdyby przeanalizować mój życiorys i lata postanawiania sobie różnych rzeczy, można by zauważyć pewną prawidłowość – najczęściej postanawiam sobie rzucić cukier i wszelkie słodkości, wstawać skoro świt (najlepiej o 6:00 rano) i bardzo_dużo_ćwiczyć, najlepiej 5 razy w tygodniu. Wszystkie te cele w moim osobistym przypadku zdecydowanie zasługują na miano Wielkich Zmian, bo realizacja wszystkich nich wymaga ode mnie OGROMNEJ siły. Której, jak się pewnie domyślacie, najczęściej mi brakuje. Mimo to przez lata obiecywałam sobie wszystkie te rzeczy na nowo, a im bardziej błądziłam po drodze do celu (czasem w ogóle nie docierałam do linii startu), tym z większym zapałem postanawiałam je sobie jeszcze raz, a potem jeszcze raz i znowu, i znowu. Efekt jest taki, że mam na karku 27 lat, kocham cukier, wstaję zwykle koło 10:00 (w dni robocze 9:00), a jeśli aktywność fizyczna, to maksymalnie 3 razy w ciągu tygodnia (choć najczęściej kończy się na 2).

Gdy zaczęłam rozważać przejście na wegetarianizm, moja pierwsza myśl idealnie wpasowywała się w dobrze utarte schematy: wmawiałam sobie, że nigdy więcej nie wezmę do ust szynki czy kotleta, zaplanowałam dzień pożegnania z mięskiem i zacierałam rączki na samą myśl, że już wkrótce mój los zupełnie się odmieni. Szybko jednak sprowadzałam samą siebie na ziemię – Hanka, przecież ty uwielbiasz kanapki z polędwicą sopocką, parówki z keczupem to dla Ciebie śniadanie w wersji royal, a w McDonald’s zawsze wybierasz hamburgera. Kogo próbujesz oszukać?! I chociaż myśl o przejściu na zieloną stronę żywienia pojawiała się w mojej głowie wielokrotnie na przestrzeni kilku ostatnich lat, nie miałam odwagi, aby przejść do fazy działania. Aż do lutego 2018, kiedy wszystko potoczyło się inaczej. Bo zaczęło się inaczej.

O tym, jak przestałam jeść mięso

W tamtym miesiącu zaczynał się Wielki Post – pamiętam ten dzień dokładnie, bo były to Walentynki, a ja czułam się jak kupa, rozkładana na łopatki przez kolejną w tamtym sezonie infekcję. Ot, taki wymarzony sposób na spędzenie Dnia Zakochanych. A jednak był to dzień szalenie istotny w moim dwudziestokilkuletnim życiorysie, bo był to pierwszy dzień, kiedy dążąc do Wielkiej Zmiany, nie robiłam Wielkiej Zmiany.

Mój Wielki Sposób na Wielkie Zmiany

Otóż nie postanowiłam sobie, że już nigdy, przenigdy nie wezmę do ust sopockiej i że raz na zawsze żegnam się z berlinkami. Obiecałam sobie, że od dnia 14 lutego roku pańskiego 2018 postaram się krok po kroku odmawiać sobie mięsnych przysmaków i zobaczyć, czy taka dieta w ogóle mi pasuje i czy ta droga dokądś prowadzi (nieprzypadkowo wybrałam Wielki Post na początek tej przygody, ponieważ liczyłam, że będzie dla mnie dodatkową motywacją). Nie zaplanowałam swojego żywienia na X lat wprzód, nie przejmowałam się, co będę jadła na śniadanie wielkanocne albo majówkowego grilla. Postanowiłam nie robić Wielkiej Zmiany, tylko każdego dnia, przy okazji kolejnego posiłku, samej sobie zadawałam w duchu pytanie – czy w tym konkretnym momencie jestem w stanie zrezygnować z mięsa?

Efekt?

Po tygodniu przestałam tęsknić za polędwicą, po dwóch już ledwo o niej pamiętałam, po miesiącu na moich kanapkach lądował już tylko hummus, a ja w ogóle nie czułam na sobie ciężaru Wielkiej Zmiany. Dziś mamy już styczeń 2019, a ja nadal nie tęsknię za sopocką.

Nie robię Wielkich Zmian

Rzecz w tym, że przez wszystkie poprzednie lata swojego życia zabierając się za Wielkie Zmiany, od razu rzucałam się na głęboką wodę. I to nie taką wodę w stylu bałtyckiej płycizny, raczej wybierałam okolice Rowu Mariańskiego, kierowana wrodzoną ambicją. Liczyłam na szybkie efekty i wierzyłam, że obserwowanie ich będzie mnie stymulować do dalszego postępu. Postrzegałam swoją silną wolę jako samonapędzające się perpetuum mobile, mimo, że zwykle energii brakowało mi już po pierwszych 24 godzinach.

Przez długi czas nie wyciągałam wniosków ze swoich spalonych na panewce postanowień. Dopiero pomysł na wyeliminowanie z diety mięsa skłonił mnie do głębszej refleksji i na tym polegał cały przełom. Długo zastanawiałam się, jak w ogóle ugryźć ten temat, jak wyrzucić z codziennego jadłospisu fundamentalny składnik (jako osoba niejedząca sera żółtego i ryb, szynkę i mięso traktowałam jako podstawowe elementy diety) i doszłam do wniosku, że przede wszystkim nie mogę sobie niczego narzucać na siłę. Że kategoryczny zakaz donikąd mnie nie zaprowadzi, bo ze stresu i strachu nawet nie wyjdę z etapu przedbiegów. Poza tym ja naprawdę lubię mięsne potrawy, w Boże Narodzenie objadam się domowej roboty bigosem, w Wielkanoc z ochotą łączę na kanapce jajka faszerowane i świeżutką wędlinę. Dlaczego miałabym już nigdy, przenigdy nie poczuć tych smaków?

Po blisko roku mogę powiedzieć, że nierobienie Wielkiej Zmiany w temacie spożywania mięsa było najlepszą i najskuteczniejszą drogą do osiągnięcia przeze mnie statusu wegetarianina. Pewnie ktoś się przyczepi, że to taki udawany wegetarianizm, bo w Święta zajadałam się pysznym schabem ze śliwką, a na urodziny zjadłam pizzę hawajską, ale dla mnie te pojedyncze chwile nie mają większego znaczenia. W końcu najważniejsza jest suma codziennych wyborów, a nie tych incydentalnych, od święta. A gdyby zrobić bilans moich posiłków z ostatnich 12 miesięcy, dominacja warzyw nad mięsem będzie widoczna z kosmosu.

Mój Wielki Sposób na Wielkie Zmiany

W czym tkwi
różnica?

Kluczowym elementem mojego Wielkiego Sposobu na Wielkie Zmiany jest coś, o czym chętnie zapominamy przy okazji wszelkich postanowień – świadomość. Z chęcią mówimy sobie „koniec ze słodyczami!”, zamiast przysiąść i gruntownie przemyśleć temat, zrobić rachunek sumienia, przeanalizować, z czego wynika nasze przywiązanie do cukru. Ale żeby nie było, że wszystkie postanowienia kręcą się wokół żywienia, przytoczę przykład ograniczania plastiku, bo jest to kolejna Wielka Zmiana, którą zrobiłam, nie robiąc jej wcale. Nie popadłam w przesadny zero-waste’owy lifestyle, nie wzięłam rozwodu z plastikiem. Postanowiłam, że przy każdej kolejnej wizycie w sklepie postaram się pamiętać o wzięciu z domu materiałowej torby, potem dołączyły do tego bawełniane woreczki na pieczywo, później woreczki strunowe do pakowania niektórych owoców czy warzyw. Nawet raz udało mi się kupić mięso (dla Lubego!) do własnego pojemnika. Czy zawsze pamiętam o tym zestawie podręcznym do zakupów? Nie zawsze, ale nie wyrywam sobie z tego powodu włosów z głowy i nie porzucam całego planu z powodu jednego potknięcia. Tak samo jak jedna kanapka z szynką nie przekreśla mnie jako wegetarianki.

Ale za każdym razem, gdy muszę skorzystać z foliówki dostępnej w markecie albo gdy decyduję się na berlinkę zamiast awokado, zawsze pojawia się w mojej głowie myśl: "mogłabym postąpić lepiej". Lepiej dla siebie, dla innych, dla środowiska. I to jest ta diametralna różnica, to właśnie w tym tkwi klucz otwierający wszystkie wrota do Wielkich Zmian - w świadomej postawie.

***

 

W tym roku na liście noworocznych postanowień znów pojawiło się to związane ze słodyczami. Ale zamiast zakleić domową szufladę ze słodkościami taśmą izolacyjną i udawać, że dział słodyczy w Biedronce nie istnieje, staram się brać to wszystko na chłodno i wciąż negocjować sama ze sobą. Czy w tej konkretnej chwili dam radę obejść się bez tego kawałka czekolady? Czasem okazuje się, że i owszem, ochota szybko mija i temat jest zamknięty, a innym razem ni huhu, połowa tabliczki okazuje się niezbędnym minimum. Ale z każdą świadomie odmówioną sobie kostką Milki jestem coraz bliżej osiągnięcia celu, coraz bliżej Wielkiej Zmiany.

Nie mam żadnej pewności, czy kiedykolwiek poradzę sobie na głębokości Rowu Mariańskiego, ale chyba lepiej najpierw spokojnie popływać przy brzegu i nabrać sił na dalsze dystanse zamiast spektakularnie pójść na dno, prawda?

PS. O realizowaniu swoich planów pisałam już kiedyś w tym poście. Dzisiejszy tekst jest idealnym epilogiem wcześniej rozpoczętej historii.

1