Pamiętam, jak dokładnie 7 dni temu, 13 stycznia w niedzielę, wychodziłam z wieczornej mszy świętej. Sięgnęłam do kieszeni kurtki po telefon i zobaczyłam kilka nieodebranych połączeń od mojego szwagra. Oddzwoniłam z myślą, że przynajmniej pogadamy sobie podczas mojej drogi powrotnej do domu. Na pewno nie spodziewałam się usłyszeć w słuchawce tego, co usłyszałam.

„Ktoś zaatakował Prezydenta Adamowicza nożem.”

Brzmiało to co najmniej niedorzecznie, ale i tak poczułam, jak uginają się pode mną nogi. W ciągu paru sekund wiedziałam już, że nasz świat się zmieni. Nie miałam pojęcia o szczegółach ataku, nie wiedziałam, jaki jest stan Prezydenta, ale wiedziałam, że przekroczono jakąś granicę i nie ma już odwrotu.

***

Jadąc do domu czułam się totalnie oderwana od rzeczywistości. To cud, że szczęśliwie dotarłam na miejsce, bo cała trzęsłam się z nerwów siedząc za kierownicą. Pędziłam ile sił pod maską, aby jak najszybciej móc dorwać się do komputera i przeczytać doniesienia w serwisach informacyjnych. Ledwo wysiadłam z samochodu, a już trzymałam w ręku telefon z uruchomionym nagraniem video z gdańskiej sceny WOŚP. Szybkim krokiem zmierzałam do klatki, jednocześnie spoglądając na wyświetlacz. To, co na nim widziałam, nie trzymało się kupy. Czy to autentyczny film? Czy to naprawdę się wydarzyło?

W domu obejrzałam video ponownie, ale dopiero informacje podawane przez dziennikarzy utwierdziły mnie w przekonaniu, że to wszystko prawda. Że na oczach tysięcy ludzi, po chwytającym za serca przemówieniu i wspólnym odliczaniu do „światełka do nieba”, Prezydenta Gdańska został dźgnięty nożem przez jakiegoś nieznanego człowieka, który potem z dumą przechadzał się po scenie, ogłaszając wszystkim, kim jest i dlaczego Prezydent musiał zginąć.

Z perspektywy czasu, moje pierwsze myśli były bardzo naiwne. Usłyszawszy „wystąpienie” zamachowca, pomyślałam: „co to za oszołom? Jak to „Adamowicz musiał zginąć”, przecież on tam leży na tej scenie i widać, że wszyscy mu pomagają, więc o jakiej śmierci ten człowiek mówi?”.

Dokładnie tak pomyślałam. Nawet nie próbowałam wziąć pod uwagę, że ten atak może skończyć się czymś więcej niż czasową kontuzją. Bo przecież nie można tak po prostu kogoś zabić, na oczach tylu ludzi, prawda?

***

Pamiętam chaos, jaki zapanował wtedy w mediach. Próbowałam dowiedzieć się czegoś więcej o stanie Prezydenta, o przebiegu akcji ratunkowej, ale mało kto coś wiedział. Pierwszy raz poczułam, że rezygnacja z telewizji to błąd, bo jestem zdana tylko na wpisy w internecie. Siedziałam więc z nosem w komputerze i co rusz odświeżałam serwisy informacyjne i Facebooka. Zauważyłam, że wszyscy dziennikarze parafrazowali wciąż te same zdawkowe informacje otrzymane od służb ratunkowych, a tak naprawdę wydawało się, że nikt nie wiedział nic. Niby wszyscy coś krzyczeli, niby pojawiały się kolejne wypowiedzi naocznych świadków, ale w rzeczywistości trwała bezlitosna cisza, każdy czekał na to, co dopiero miało się wydarzyć.

A ja czułam wtedy przerażenie. I złość.

***

Byłam przerażona, bo pierwszy raz poczułam, że takie rzeczy zaczynają dziać się w Polsce. Terroryzm. Tylko to słowo miałam w głowie podczas tej okropnej ciszy. Siedziałam sama w ciemnym mieszkaniu i czułam paraliżujący strach, że tak teraz będzie wyglądać nasza rzeczywistość. Że takie sytuacje to już nie tylko Bliski Wschód, Londyn, Boston albo Paryż, teraz będzie Gdańsk, Warszawa, Kraków i inne polskie miasta…

Byłam przerażona, bo zdałam sobie sprawę, do czego doprowadziła nas ta agresja, ta wrogość, którą obdarzamy siebie nawzajem. Ta nienawiść, która wylewa się z telewizji, z radia, z gazet, z internetu… Ta sama, która zdominowała świat polityki. Ta sama, która tak podzieliła nasz kraj w ostatnich latach i zatruła całe społeczeństwo.

Ale byłam też zła, wręcz wściekła, bo miałam wrażenie, że do tej sytuacji doprowadzili nas politycy. Nie żadne konkretne ich ugrupowanie, oni wszyscy razem wzięci, przy silnym wsparciu mediów, które tylko podsycają ich spory i wojny. Byłam wściekła, bo przecież ile ci ludzie jeszcze pochodzą po tym świecie? Jaka jest średnia ich wieku? 50+? 60+? Rozpętali w naszym kraju piekło, ale to nie oni będą ponosić konsekwencje swoich działań, bo prawdopodobnie nie doczekają tej chwili. To młode pokolenia, to między innymi moje pokolenie będzie je ponosić. Starsi nabrudzili, a nam młodym przyjdzie żyć w czasach, gdy jeden człowiek rzuca się na drugiego z nożem, zupełnie bez powodu. To my będziemy żyć w ciągłym strachu o bezpieczeństwo naszych bliskich.

To przerażenie i ta złość nie pozwoliły mi siedzieć cicho. Chociaż nigdy nie poruszam podobnych tematów publicznie – tu na blogu czy w social mediach – weszłam na Facebooka i napisałam słowo w słowo to, co wtedy siedziało mi w głowie i w sercu:

***

Pamiętam, że strach nie pozwolił mi zmrużyć oka do bardzo późnych godzin. Wciąż sięgałam po telefon i odświeżałam serwisy informacyjne, ale bezlitosna cisza trwała nadal. Zaczęło do mnie docierać, że być może zamachowiec miał rację i to wszystko skończy się znacznie gorzej, niż się tego spodziewałam. Bardzo bałam się położyć spać. Bałam się, że rano obudzę się i będzie już po wszystkim. Że wydarzy się najgorsze. Miałam wrażenie, że dopóki jestem przytomna, mam nad tym wszystkim jakąś iluzoryczną kontrolę, a gdy tylko odpuszczę, gdy tylko stracę dostęp do informacji, tragedia dopełni się. Siłowałam się sama ze sobą, serce biło mi jak opętane, ale w końcu usnęłam. Pozwoliłam sobie odpocząć od tego strachu i przerażenia.

Pierwsze, co uczyniłam rankiem 14 stycznia 2019 po przebudzeniu, to nerwowe sięgnięcie po telefon, który całą noc spędził przy mojej poduszce. Odświeżyłam stronę z newsami.

Żyje. Przeżył operację. Jest nadzieja.

Odetchnęłam.

***

Całe przedpołudnie spędziłam na dalszym odświeżaniu serwisów informacyjnych. Próbowałam skupić się na pracy, ale bezskutecznie. Miałam mętlik w głowie i bardzo potrzebowałam podzielić się z kimś tym ogromnym ładunkiem emocji, który we mnie siedział. Potrzebowałam obecności drugiego człowieka, potrzebowałam bliskości, autentycznej, ludzkiej bliskości. Tymczasem trwało poniedziałkowe przedpołudnie, Luby był w pracy, a ja siedziałam samotnie w domu, bijąc się z myślami i z obezwładniającym mnie znów przerażeniem. Już nie złością, tylko przerażeniem.

W końcu postanowiłam pojechać do mojej siostry, jedynej osiągalnej w tamtej chwili osoby. Siedziałyśmy w jej mieszkaniu i jedyne, co mogłyśmy robić, to wymieniać między sobą wyrazy niedowierzania. Chyba obie próbowałyśmy uporządkować sobie tą sytuację w głowie, ale nie byłyśmy w stanie poskładać elementów tej chorej układanki w spójną całość. To wykraczało poza naszą wyobraźnię, to dosłownie nie mieściło nam się w głowie.

Czułam totalne odrealnienie, ale czułam też nadzieję. Cały czas wierzyłam, że to wszystko okaże się albo jakąś fatalną pomyłką albo po prostu zakończy się szczęśliwie. Przecież nasz Prezydent to rosły mężczyzna, przecież ma w sobie tyle wigoru i energii, na pewno da radę. Przecież to nie może się tak skończyć…?

***

Zewsząd zaczęły do nas docierać sygnały, że dokonało się najgorsze, że Prezydent umarł. Wieści szybko roznosiły się po Gdańsku, ale media milczały, odtwarzając informacje podane przed kilkudziesięcioma minutami. Nie mogłyśmy uwierzyć w doniesienia znajomych. Przecież skoro nie mówią o tym w telewizji, to nic się nie stało, prawda?

Znów nastała bezlitosna cisza.

***

Pamiętam, że przez cały ten czas myślałam o Prezydencie jak o Człowieku. Nie polityku, nie samorządowcu, jak o Człowieku. Człowieku, którego wielokrotnie widywałam w Gdańsku przy okazji różnych wydarzeń. Człowieku, który kiedyś ściskał mi dłoń, wręczając nagrodę naukową. Człowieku, który ma Rodzinę, który jest kochany, który ma swoje plany i marzenia. Człowieku, który niedzielnym rankiem wyszedł z domu, aby uczestniczyć we wspaniałej inicjatywie, jaką jest WOŚP.

A teraz ten Człowiek leżał w jakimś szpitalnym łóżku i walczył o życie. A może już się poddał?

W mediach przeczytałam, że Rodzina Prezydenta jest w drodze do kraju. To znaczy, że nie ma ich przy Nim, że być może nie zdążą na czas. Nie mogłam przestać o tym myśleć. Próbowałam sobie wyobrazić, co w tej chwili czują, co myślą. Ale i to wykraczało poza moją wyobraźnię.

A bezlitosna cisza trwała nadal.

***

Do ostatniej chwili wierzyłyśmy z siostrą, że pogłoski są błędne, że skoro telewizja milczy, to nie dzieje się nic złego. Około 14:40 cisza została przerwana, a nas brutalnie pozbawiono złudzeń.

Prezydent nie żyje.

Przerażenie szybko ustąpiło rozpaczy. Płakałam gorzkimi łzami. Płakałam tak bardzo, że wkrótce poczułam rozsadzający mi głowę ból, ból nie do wytrzymania. Ale płakałam dalej, bo nie potrafiłam przestać.

***

Wieczorem poszłam z siostrą i Lubym na Długi Targ. Wszyscy czuliśmy tą potrzebę bliskości, wszyscy lgnęliśmy jeden do drugiego. Tak, jakby drugi człowiek mógł ukoić ból i poczucie pustki po stracie innego Człowieka. A na Długim Targu takich ludzi jak my było wiele. Atmosfera, która wypełniła wtedy serce Gdańska, była nie do opisania.

To tam po raz kolejny tego dnia doświadczyłam ciszy, lecz tym razem nie była to cisza bezlitosna. To była cisza, która niosła ze sobą jakieś ukojenie i pocieszenie. Tym razem dzieliłam tą ciszę z kimś więcej – z kilkoma tysiącami ludzi zgromadzonych wokół, którzy cierpieli tak jak ja. I płakali tak jak ja.

Potem zaczęły się przemówienia. Staliśmy tam i słuchaliśmy wspomnień o zmarłym Prezydencie, słuchaliśmy bardzo osobistych słów o rozpaczy i stracie. Nie czuło się tam żadnych podziałów, nie czuło się złości ani nienawiści, do których przywykliśmy na co dzień. Właśnie w tamtej chwili, na Długim Targu, otworzyły się serca nas wszystkich i uwolniły fale łez.

***

Pamiętam, jak echo piosenki Sound of Silence rozbrzmiało pośród zabytkowych gdańskich kamieniczek. Czułam drżenie pod stopami, czułam je w całym ciele. Dźwięki i słowa, które rozrywały moje serce na kawałeczki. I płakałam dalej.

***

Kolejne dni zlewały się w jedno. Straciłam poczucie czasu, tkwiłam w jakimś dziwnym zawieszeniu. Ale wciąż czułam tą potrzebę bliskości z drugim człowiekiem. Gdy tylko mogłam, dołączałam do wydarzeń upamiętniających Prezydenta, organizowanych w Gdańsku. Przez 2 godziny stałam w kolejce pod ECS, aby móc się z Nim pożegnać. Nie udało się. Nazajutrz ponowiłam próbę i przez kolejne 2 godziny czekałam pod Bazyliką Mariacką. Tym razem się udało.

Te wszystkie zgromadzenia traktowałam jak symbole. Nie chodziło o to, żeby dotknąć trumny ani o to, aby być w centrum wydarzeń. Chodziło o poczucie bliskości, o solidarność z ukochanym miastem. Gdańsk był w tych dniach dobry, był szczodry, był solidarny. Nigdy wcześniej nie czułam tej solidarności tak dosłownie, tak mocno i tak osobiście. Byłam szczęśliwa mogąc dołożyć swoją cegiełkę, swoją obecność do tak ważnych i podniosłych chwil. Przepełniała mnie duma, że urodziłam się i mieszkam w tak wyjątkowym mieście.

W tych dniach wypełniły się ostatnie słowa naszego Prezydenta. Nigdy tego nie zapomnę.

***

W dniu pogrzebu nie wyobrażałam sobie nie być razem z Gdańskiem. Całą rodziną pojechaliśmy do centrum, aby w wielotysięcznym tłumie pożegnać naszego Prezydenta. Kolejny symbol, kolejna podniosła chwila, kolejne chwile dzielenia się dobrem.

***

Pamiętam, że dało się wtedy odczuć też nadzieję. O testamencie Pawła Adamowicza mówiło się w poprzedzających dniach bardzo wiele, ale czekaliśmy na ostateczne przesłanie właśnie w dniu pogrzebu. Wszyscy mieszkańcy Gdańska, a może i cała Polska, wstrzymali oddech i zwrócili swoje oczy w kierunku Bazyliki Mariackiej. Potrzebowaliśmy większego sensu tej tragedii, chcieliśmy poczuć, że ta śmierć przyniesie zmianę, że pozytywnie odmieni naszą rzeczywistość zamiast ją doszczętnie zrujnować. Cisza musiała zostać przerwana.

***

Z kościelnej mównicy padło tego dnia wiele ważnych słów, niektórych wcześniej zabrakło, inne zostały słusznie powtórzone. Ale właśnie w tamtej chwili dotarło do mnie z całą siłą, że nawet najmądrzejsze zdania nic nie zmienią, jeśli nie zmienimy się my. Wydarzenia-symbole wkrótce się skończą, dziennikarze wyjadą w poszukiwaniu kolejnej sensacji, światła jupiterów zgasną, ulice opustoszeją, a Gdańsk wróci do regularnego życia. Ale czas próby się nie skończy, dopiero się zacznie. Ile z tego dobra, z tej szczodrości i z tej solidarności zostanie z nami na dłużej, ile na stałe? Czy serca, które otworzyły się w tym smutnym czasie, pozostaną otwarte czy zamkną się wraz z ostatnim wypalonym zniczem?

Nie łudzę się, że politycy z dnia na dzień zaczną się wzajemnie szanować, że media przestaną manipulować informacjami i grać naszymi emocjami, że zniknie hejt w sieci. Nie liczę na cud, ale liczę na szczery rachunek sumienia każdego z nas. Na zastanowienie się dwa razy nim rzucimy w czyimś kierunku zgryźliwą uwagę, nim oskarżymy o kłamstwo, nim obrazimy. A ponad wszystko liczę na otwartość i zaangażowanie. Zbyt długo my, młodzi, separowaliśmy się od życia publicznego, zamykaliśmy w swoich bańkach i udawaliśmy, że to nas nie dotyczy, że ktoś inny może się tym zająć. Jeśli śmierć Prezydenta Adamowicza ma przynieść jakąś zmianę, to chciałabym, aby przyniosła zmianę przede wszystkim w postawie młodych. Abyśmy wzięli sprawy w swoje ręce, abyśmy głośno mówili o swoich racjach i potrzebach i wskazywali konkretne sposoby na ich realizację. Abyśmy nie pozostawali obojętni na to, co dzieje się w Polsce. Abyśmy zaczęli budować w niej taką rzeczywistość, w jakiej chcielibyśmy spędzić całe swoje życie i jakiej życzylibyśmy swoim dzieciom i bliskim. Jak powiedziała żona zmarłego Prezydenta, Pani Magdalena Adamowicz:

Cisza. Dzisiaj potrzebna jest nam cisza. Ale cisza nie może oznaczać milczenia, bo milczenie jest bliskie obojętności.

A więc niech cisza trwa, niech pozwoli nam przeżyć żałobę i ukoić żal po stracie Człowieka. Ale nie pozwólmy sobie na dalsze milczenie, bo na to nie ma już czasu i nikt nie zwróci nam zmarnowanych szans. Ta może być już ostatnia.

(Visited 424 time, 1 visit today)