Top

Kolejne wybory, kolejna burza, kolejne licytacje: kto jest większym idiotą? Kto się sprzedał? Kto zdradził?

I chociaż wszyscy mamy zbiorowe déjà vu i wielu znów czuje się jak w chorym Dniu świstaka, to jednak ja odnoszę wrażenie, że w moim bardzo osobistym przypadku coś się jednak zmieniło.

Już sam fakt, że przysiadłam do napisania tego tekstu, jest znaczącą zmianą, więc pozwólcie, że w punktach rozpiszę wszystkie moje odczucia i wrażenia (p)o wczorajszych wyborach. Jeśli nie okażą się cenną prowyborczą inspiracją dla Was, to z pewnością będą nią dla mnie i mam zamiar wracać do tego tekstu przy okazji wszystkich nadchodzących elekcji. A trochę ich jeszcze przede mną jest, oczywiście zakładając optymistyczny wariant, że za kilka lat nasz kraj będzie jeszcze wystarczająco wolny i zdemokratyzowany, aby pytać obywateli o zdanie w jakiejkolwiek sprawie. Oby.

A tymczasem…

***

10 myśli (p)o wyborach*

#1

Im dłużej zastanawiam się nad uczestnictwem w wyborach, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że zależy ono od rodziny i siły jej „tradycji” wyborczej. W mojej familii, a przynajmniej w tej najbliższej familii, głosują wszyscy i tak było od zawsze. Pamiętam, że jako mała dziewczynka towarzyszyłam rodzicom podczas wielu głosowań i zawsze uważałam to za coś bardzo poważnego, wręcz podniosłego. Całą rodziną jechaliśmy do szkoły w naszej dawnej dzielnicy i z przejęciem uczestniczyliśmy w całym tym elekcyjnym procederze. Najbardziej utkwiło mi w pamięci to, że zawsze z siostrą wykłócałyśmy się o to, która będzie wrzucać kartki z głosami do urny – na szczęście mogłyśmy się podzielić i tym sposobem jedna wrzucała kartę mamy, druga taty.

Pewnie dlatego udział w wyborach uważam za coś absolutnie normalnego, a nawet coś, na co się czeka i czemu poświęca się odpowiednią ilość czasu. Już jako dorosła i uprawniona do głosowania, z zaskoczeniem okryłam, że ta wyborcza tradycja nie jest wcale czymś powszechnym. A szkoda.

#2

O wyborach, tak jak i o polityce, w gronie moich znajomych rozmawiamy bardzo, bardzo rzadko, jeśli w ogóle. I w sumie nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że dla mnie udział w wyborach jest czymś tak oczywistym, że nie ma w ogóle o czym gadać? I tu tkwi mój wielki, wielki błąd i pewnie podobnie sprawa się ma w przypadku wielu moich rówieśników. Nie powinniśmy lekceważyć tego tematu i wychodzić z założenia, że każdy wie o głosowaniu i każdy na pewno bierze w nim udział. NIgdy nie przeprowadziłam podobnego sondażu, ale podejrzewam, że miałabym „lekkiego” zonka, gdybym przepytała bliskich i dalszych znajomych o to, czy regularnie stawiają krzyżyk na karcie wyborczej. Dla mnie to ważny wniosek na przyszłość, aby jednak otwarcie mówić na ten temat i aktywnie mobilizować znane mi osoby do uczestniczenia w wyborach.

#3

Najbardziej w wyborach (i to nieważne jakich wyborach, bo sytuacja w przypadku każdych wygląda podobnie) przeraża mnie ignorancja młodych. Ja sama, tak na co dzień nie interesuję się polityką, nie oglądam wiadomości i nie czytam doniesień prasowych (co jednak postrzegam za swój duży błąd i staram się nad tym pracować), ale nigdy nie przepuściłam okazji do uczestnictwa w elekcji. Pewnie kogoś to oburzy, że jaką wartość ma w takiej sytuacji mój głos, pewnie ktoś krzyknie, że już lepiej w ogóle nie głosować. Ale ja się z tym nie zgadzam i mam na ten temat odmienne zdanie: odbywające się raz na kilka lat wybory traktuję jako ten jeden minimalny, ale jakże ważny punkt styczny, wiążący mnie ze światem polityki i motywujący mnie do pewnego rachunku sumienia, do poczynienia bilansu, jakiś głębszych przemyśleń i obserwacji. Tak jak Wielkanoc w Kościele katolickim jest tą szczególną chwilą, gdy każdy szanujący się wierzący powinien odbyć pokutę i przyjąć komunię, tak samo wybory uważam za szczególną chwilę, gdy każdy szanujący się obywatel powinien przysiąść do tematu swoich poglądów, a później postawić odpowiedni znaczek w odpowiedniej kratce. Pamiętając oczywiście, aby punkt przecięcia się linii nastąpił wewnątrz ów kratki (ot, taki bonusowy element edukacyjny w obszarze wyborów).

I nie, to, że porównuję państwowe wybory do spraw kościelnych wcale nie znaczy, że jedno utożsamiam z drugim. Ale myślę, że istnieje pewna analogia i być może przedstawiona w ten sposób, skuteczniej trafi do tych bardziej opornych na temat wyborów jednostek.

#4

Nie mogę wyjść z podziwu, że w XXI wieku, w dobie social mediów, które tak sobie ukochaliśmy i które potrafią z niewinnego filmiku nakręconego przez zwykłego, szarego człowieczka stworzyć światową sensację, która poruszy serca milionów ludzi na całym świecie – nadal wątpimy w rolę jednostki. Nie chce mi się wierzyć, że istnieją jeszcze ludzie, zwłaszcza młodzi ludzie, którzy uważają, że „ich głos nic nie znaczy” i że „i tak nic się nie zmieni”. Ilu jeszcze niesamowitych historii potrzebujemy, aby zrozumieć, że jednostkowe działanie, tak jak kamień rzucony w spokojną taflę wody, potrafi wywołać efekt fali i przemienić się w potężne tsunami? Ile wyborów musi się odbyć, aby młody elektorat w końcu to pojął i przestał powtarzać tego typu banialuki, uciekając od obywatelskiej powinności?

Przy okazji następnego głosowania – przełam się, pójdź, zagłosuj. I weź ze sobą jeszcze jednego opornego. A on(a) niech weźmie kolejnego. A potem pomnóżcie to przez dziesięć, sto, tysiąc, milion – bo tylu podobnych co Wy chodzi po naszej polskiej ziemi – i spróbujcie znów powtórzyć tę samą śpiewkę, że „ten jeden głos i tak nie ma żadnego znaczenia”. Jestem przekonana, że uzyskana w ten sposób frekwencja wyborcza już Wam na to nie pozwoli.

#5

Wybory, poza tym obywatelskim wymiarem, mają dla mnie również wymiar mocno sentymentalny. Raz, że za ich sprawą wracają przyjemne wspomnienia z dzieciństwa (patrz: punkt 1.), a dwa, że głosowanie wiąże się z odwiedzinami w mojej dawnej szkole. Lubię ten moment, gdy mogę się przejść jej korytarzami, a w głowie pojawiają się bardzo, bardzo odległe retrospekcje. Nie ma to bezpośredniego związku z samym głosowaniem, ale myślę, że to jeszcze silniej wiąże mnie z wyborami i tym chętniej poświęcam czas, aby udać się do urny.

#6

Po ogłoszeniu oficjalnych wyników do PE, opinia publiczna, jak za machnięciem solidnym toporem, po raz kolejny podzieliła się na dwie części. Jedni pieją z zachwytu, inni załamują ręce. Ale obie strony są zgodne co do jednego: ta „druga” jest tą gorszą. Tą głupszą. Tą bardziej zakłamaną.

Nie chcę się wdawać w konkretne polityczne przepychanki i licytować, kto bardziej zasługuje na miano prawdziwego Polaka, a kto jest zwykłym idiotą czy nawet zdrajcą. Ale chciałabym wygrzebać z burzy komentarzy te, które mówią, że przecież nie tędy droga. Że nie chodzi o to, aby wschód oddzielić od zachodu, aby zbudować wielki mur, którego granica „sama się przecież wyznaczyła” i odseparować się od reszty, która myśli inaczej niż my. Jeśli nie chcemy tego zrobić, bo to po prostu mądrzejsza postawa, to warto to zrobić dlatego, bo to jedyna droga do zwycięstwa „naszych” racji w kolejnych wyborach: trzeba tę drugą stronę zrozumieć i wyciągnąć odpowiednie wnioski, skąd biorą się takie, a nie inne głosy, zamiast z góry zakładać, że „tamci to ciemna masa” i nic się z tym nie da zrobić. Ja myślę, że się jednak da, tylko wszyscy się do tego źle zabieramy.

#7

Super, że wraz z rozwojem technologii i dostępu do sieci, pojawiają się narzędzia takie jak Latarnik Wyborczy, które w łatwy sposób pomogą nam przeprowadzić wspomniany wcześniej przedwyborczy rachunek sumienia. Nie zastąpią oczywiście gruntownej analizy i głębszej, światopoglądowej rozkminy, którą każdy powinien w końcu przepracować dla siebie i tylko siebie, ale zbłądzonym politycznie duszom z pewnością okażą się cennym drogowskazem, choćby takim odnalezionym na 10 minut przed wycieczką do lokalu wyborczego (been there, done that).

#8

Nie od dziś wiadomo, że przyjęcie odpowiedniej perspektywy jest szalenie skuteczną metodą motywacji do działania. I ja dzisiaj chciałabym uzmysłowić młodym ludziom, jaka jest ich najbliższa perspektywa: jesienią znów nadejdzie czas wyborów, bardzo ważnych wyborów – tych parlamentarnych. Niezależnie od tego, czy jesteśmy zadowoleni z sytuacji panującej w kraju czy wręcz odwrotnie, czy interesujemy się bieżącymi sprawami politycznymi czy nie, nasza perspektywa jest taka sama – w tych wyborach ważyć się będą losy najbliższych 4 lat naszego życia. A jeśli jesteście w podobnym wieku, co ja (circa about 28 lat), to te 4 lata będą tymi szczególnie ważnymi, w których np. zwiążecie się z kimś na dłużej (może i na całe życie, biorąc ślub), założycie rodzinę i doczekacie się pierwszego potomstwa, stworzycie pierwsze własne biznesy, kupicie pierwsze własne mieszkanie (jest wysoce prawdopodobne, że na kredyt, ale jednak), będzie Was stać na pierwszą poważną, daleką podróż. I teraz wyobraźcie sobie, że od tego jednego niedzielnego popołudnia, gdy odbywać się będą wybory (dokładna data nie jest jeszcze znana) i od ich późniejszych wyników zależą wszystkie te Wasze ważne życiowe decyzje, które podejmować będziecie w najbliższych 4 latach, a które z dużym prawdopodobieństwem zdefiniują resztę Waszego życia.

Jeśli ta perspektywa nie jest wystarczająco mobilizująca do głosowania dla młodych, to kuźwa nie wiem, co nią jest.

#9

Cały czas zastanawiam się, czy istnieje jakiś prosty, ale za to skuteczny sposób na zmotywowanie ludzi do wzięcia udziału w wyborach. Ktoś z Was kojarzy jakiś system motywacyjny, który udało się wdrożyć w innym kraju, a który nie zrujnował przy okazji gospodarki państwowej? (nagrody finansowe zatem raczej odpadają) Wiem, że nie tędy droga i że idąc do urny powinniśmy się kierować wyższym dobrem, ale może warto zastosować politykę małych kroków i zacząć od dobra nieco niższego?

#10

Na koniec, last but not least, najważniejsza myśl, jaka towarzyszy mi od momentu ogłoszenia wstępnych wyników wyborów do PE i szacunkowej fekwencji. Wspominałam o tym na Instagramie i teraz tylko powtórzę: cieszę się, że tak wiele osób publicznych, artystów, celebrytów i internetowych influencerów podejmuje temat wyborów i zachęca swoich fanów do aktywnego w nich uczestniczenia. Ale to nadal za mało. Wcześniej wydawało mi się, że nie ma sensu, aby ten tę kwestię poruszały takie mniej znaczące (w sieci) jednostki jak ja, ale hej, jak już ustaliłam w punkcie 5., w kupie siła, prawda?

Dlatego niniejszym zapowiadam i obiecuję samej sobie, że przy okazji jesiennych wyborów i każdych kolejnych, będę głośniej mówiła o potrzebie głosowanie i gorliwiej zachęcała bliskie mi osoby, jak i internetowych obserwatorów do przyłączenia się do tej całej elekcyjnej „zabawy”.

Bo wiecie, ta najbliższa „zabawa” jest naprawdę bardzo poważna.

 

 

* „10 myśli (p)o wyborach” możecie rozumieć dwojako – jako „10 myśli po wyborach” lub jako „10 myśli o wyborach”. Nie warto doszukiwać się tu całkiem kiepsko zakamuflowanych aluzji do konkretnych partii politycznych.

 

Źródło grafik: 1 & 2

0