Top

Gdy dwa miesiące temu pożegnaliśmy Bebka, moją pierwszą reakcją na stratę ukochanego psa był płacz, a drugą – silna potrzeba bliskości z jakimś czworonogiem. Cały wieczór przepłakałam w domu, wyobrażając sobie, że wtulam się w białe, zawsze ciepłe futro Bebka, tak jak robiłam to zawsze w chwilach wielkiego smutku. Miałam wrażenie, że tylko fizyczny kontakt ze zwierzęciem – głaskanie go, przytulanie, może pomóc mi wyrwać się z ogromnej, ciemnej dziury, w jaką powoli się zsuwałam.

Ta potrzeba nie mijała z czasem.

Z każdym kolejnym dniem, tygodniem, tylko wzbierała na sile. Serce podskakiwało mi na widok mijanego na ulicy psa, a ja z trudem opanowywałam się, aby go nie zatrzymać, a potem mocno, mocno przytulić. To dlatego dość szybko zaczęłam myśleć o nowym psie. Z jednej strony czułam, że jestem na to gotowa, ale z drugiej… No właśnie, jak było z tej drugiej strony?


Bebek był psią miłością mojego życia – nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

Jego obecność w najważniejszych momentach mojej młodości bardzo mocno scaliła naszą więź i wiem, że będę o nim pamiętać już zawsze. I już zawsze będę za nim tęsknić. Być może nie płaczę już po nim każdego dnia (chociaż pisząc te słowa łzy spływają po moim policzku), jak to było na początku po jego odejściu, ale ten ogromny smutek dalej noszę w sercu. Wciąż czuję tę wyrwę w moim ciele, która powstała z chwilą, gdy wynosiliśmy jego białe, kudłate cielsko z naszego mieszkania. Nadal zdarza mi się złapać za klatkę piersiową i sprawdzać, czy aby na pewno nie ma w niej ogromnej dziury – bo zdaje mi się, jakby tam była.

Więc gdy szybko po jego śmierci pojawiły się w mojej głowie myśli o kolejnym czworonogu, od razu próbowałam przeanalizować, skąd się biorą: czy jest to przejaw gotowości i rozsądku czy może ślepa próba załatania ran, zapełnienia pustki bo ukochanym Bebku? Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. A dziś, z perspektywy miesiąca, jaki spędziliśmy z nowym psem, myślę, że ta potrzeba bliskości z innym zwierzęciem była i tym, i tym.

Ale bałam się. Bałam się, że próbując otworzyć serce na inne stworzenie, moja rozpacz tylko się pogłębi, a serce mimowolnie zamknie. Że rany okażą się zbyt świeże i że zamiast pocieszenia, nowy pies przyniesie mi tylko więcej bólu. Bo przecież nie będzie taki sam, nie będzie tym psem. Będzie miał inny zapach, inne zwyczaje, inny charakter. Niby byłam tego wszystkiego świadoma, a jednak zdarzało mi się samej sobie zadawać w duchu pytanie: „ale wiesz to Hanka, prawda? Wiesz, że to nie będzie Bebek?”.


W tym wszystkim nie byłam jednak sama. Luby kochał Bebka co najmniej tak bardzo jak ja i dzielił ze mną ten smutek. W tym czasie często wspominaliśmy różne anegdoty o Bebku – o tym, jak nam śpiewał, jak kładł się zawsze nie tam, gdzie trzeba i wciąż się o niego potykaliśmy, jak zwiewał nam na spacerach w poszukiwaniu najbliższego bajora, jak jeździł z nami do centrum Gdańska i razem spacerowaliśmy zabytkowymi uliczkami. Również o tym, jak zrobiliśmy mu kask z arbuza albo jak nie chciał zjeść cukinii z grilla, co było moją największą porażką kulinarną (bo nie chciał jej zjeść nikt z gości ani Bebek, który przecież jadł WSZYSTKO – to był totalny fail!). Dużo się przy tym śmialiśmy, ale zdarzało nam się razem uronić trochę łez. Mi zdecydowanie więcej, ale wiedziałam, że Luby przeżywa to wszystko równie mocno.

Nie widziałam w nim jednak tej samej potrzeby, którą odczuwałam silnej z każdym dniem. Wręcz przeciwnie – z naszych wspominkowych rozmów wnioskowałam, że on nie jest gotowy na nowego psa, że potrzebuje więcej czasu. Więc nie podnosiłam tego tematu i nie dzieliłam się z nim swoimi osobistymi dylematami.


Na początku kwietnia na kilka dni wyjechałam z domu w celach służbowych. Nie od dziś wiadomo, że podróże pozwalają złapać zdrowy dystans do codziennych spraw i nie inaczej było tym razem.

Któregoś wieczoru, siedząc sama w hotelowym pokoju, bez większego zainteresowania przeglądałam facebookowego feeda i trafiłam na to ogłoszenie: OTOZ Animals ponownie udostępniało informację, że do wzięcia jest kilkoro szczeniąt. Zdjęcia ślicznych, czarnych kulek przewinęły mi się wśród newsów już parokrotnie, ale dopiero wtedy, będąc wiele kilometrów od domu, zdecydowałam się podjąć temat z Lubym. Nie wiedziałam, jaka będzie jego reakcja, w sumie to ja sama nie wiedziałam, czy to jest pies właściwy dla nas – po prostu wysłałam mu przez Messengera link do ogłoszenia, bez żadnego komentarza z mojej strony.

Wkrótce odpisał: „chcesz pojechać je zobaczyć?”

I to był moment, który zmienił wszystko.


Umówiliśmy się, że gdy wrócę z podróży (a wracałam w czwartek wieczorem), zadzwonię do przytuliska OTOZ Animals i zapytam o możliwość adopcji. W piątek od rana, z drżeniem serca, wisiałam na telefonie. Nikt nie odebrał za pierwszym razem, to samo za drugim i za trzecim. W końcu udało mi się dodzwonić, ale usłyszałam tylko „szczeniaki mają już nowe domy”. Ech…

Ale nie poddaliśmy się. Myślę, że nadal nie byliśmy pewni, czy to jest ten właściwy moment na przygarnięcie nowego psa, ale jednocześnie chyba oboje nie chcieliśmy, aby to chwilowe poruszenie minęło. Tutaj przypomina mi się słynny cytat z bajki „Madagaskar”, bo idealnie oddaje charakter tamtej sytuacji: a teraz prędko, zanim dotrze do nas że to bez sensu.

Więc pojechaliśmy do siedziby OTOZ, tak o, aby zobaczyć inne psy. Nie wiedzieliśmy, co nas tam czeka i czy zdecydujemy się na adopcję, ale chcieliśmy po prostu sprawdzić, jak zareagujemy na widok czworonogów. Mieliśmy nadzieję, że jeśli będziemy gotowi na ten krok, to z chwilą przekroczenia progu przytuliska, sprawa po prostu stanie się jasna.

Pamiętam, że nim ruszyliśmy w drogę, Luby powiedział: „przecież nie musimy się od razu decydować”. Tja.

Nazajutrz, w sobotę, Masza była już z nami.

 

Druga psia miłość


Z perspektywy czasu wiem, że nie potrzebowaliśmy żadnego znaku, żadnej wielkiej chwili oświecenia – potrzebowaliśmy przypadku. Do przytuliska jechaliśmy z myślą, że wybierzemy jakiegoś szczeniaka (tamte konkretne nie były już dostępne, ale do wzięcia był jeszcze inny miot) i na pewno samca, a finalnie do domu wróciliśmy z 10-miesięczną suszką Maszą, uratowaną z łańcucha. To był totalny przypadek, który okazał się jedną z najwspanialszych decyzji, jaką podjęliśmy z Lubym w naszym wspólnym życiu.

Dziś mija dokładnie miesiąc odkąd Masza jest z nami. To był cudowny czas i ani przez chwilę nie żałowaliśmy dokonanego wyboru. Masza wniosła do naszego życia ogromną, ogromną radość i wypełniła nią każdy wolny kąt naszego mieszkania i naszych serc. Wciąż nie możemy się nadziwić, jakie szczęście nas spotkało i jakie pokręcone ścieżki pozwoliły złączyć nasz los z losem Maszy. Odtąd tworzymy pełną, ośmionożną rodzinę i każdego dnia odkrywamy ją na nowo.


Przez pierwsze tygodnie po odejściu Bebka codziennie zastanawiałam się nad tym, czy możliwa jest druga taka psia miłość? Czy będziemy kochać innego psa tak samo jak Bebka? Czy nowy towarzysz zapełni lukę po tym poprzednim? Czy tęsknota za Bebkiem minie? Czy nasze złamane serca zostaną wyleczone?

Dziś mogę ze stuprocentową pewnością udzielić jednosłownej odpowiedzi na wszystkie te pytania: nie.

Nie kochamy Maszy tak samo jak Bebka. Masza nie zapełniła luki po nim, a tęsknota za Bebkiem nie minęła. Serca nadal mamy złamane. Ba, wciąż zdarza mi się płakać na myśl o moim utraconym bladym Przyjacielu.

Ale to nie znaczy, że Maszę kochamy mniej – po prostu kochamy ją inaczej. Ona nie weszła w rolę Bebka w skali 1:1 i nie zajęła jego miejsca. Bo żadne stworzenie nie mogłoby go zastąpić. Ale z chwilą, gdy pojawiła się w naszym życiu, stało się coś niewiarygodnego – nie wypełniła dziury w naszych złamanych sercach, tylko znalazła w nich zupełnie nowy obszar, o którym istnieniu nawet nie wiedzieliśmy. Bo nie istniał dopóki ona nie była z nami.

Bebek był psią miłością mojego życia. Masza jest psią miłością mojego życia po Bebku. 

Jest zupełnie nową historią i nie mogę się doczekać, co przyniosą nam jej kolejne rozdziały.

 

Czytaj także: Po co Ci pies?

0