Top

Gdybym miała określić, co uważam za swoje największe osiągnięcie w obszarze kobiecości, jako pierwszą i najistotniejszą rzecz podałabym zaakceptowanie swojego wyglądu, a zwłaszcza figury. Popełniłam zresztą na ten temat osobny, bardzo ważny dla mnie tekst, do którego przeczytania bardzo Was zachęcam.

Ale zaraz na drugim miejscu podałabym coś jeszcze – to, że po wielu latach w końcu polubiłam aktywność fizyczną, a co więcej, nareszcie zaczęłam ją traktować jako spełnianie mojej wewnętrznej potrzeby, a nie uleganie jakiejś dziwnej presji. Zanim jednak dotarłam do tego miejsca, w którym jestem dzisiaj, musiało minąć trochę czasu, a ja musiałam się nieco pomęczyć i pozmuszać do ćwiczeń.

Kojarzycie pewnie te wszystkie nagłówki, które napastują nas z prawie każdego pisma kobiecego i to przez cały okrągły rok: „forma do lata”, „przygotuj się na sezon bikini”, „nowa ty na lato!”. Machina rusza mniej więcej z końcem sierpnia – gazety przekonują, że to idealny czas na przeproszenie się z aktywnością fizyczną, aby wyrobić się przed wakacyjnym plażowaniem. Bo przecież nie wypada zaprezentować światu swojej krągłej oponki, prawda? Ale dopiero z początkiem stycznia agitacje wchodzą na zupełnie nowy poziom – w końcu „nowy rok to nowa ty!” i KAŻDA musi pomyśleć o zrzuceniu zbędnych kilogramów, jako że czerwiec jest tuż, tuż i myślami już powinnyśmy rozkładać ręczniczek na gorącym piaseczku. Ale czas leci, a karuzela musi się kręcić dalej – dlatego w lutym czytamy, że „to już naprawdę ostatnia chwila”, w marcu startuje wiosna, a „wiosna to najlepsza pora na rozpoczęcie fit przygody”, w kwietniu zwykle wypada Wielkanoc i „trzeba spalić świąteczne zaległości”, no a potem, UWAGA, wjeżdża majówka… Majówka to jest już FINAL CALL dla każdej dziewczyny, która marzy, aby latem móc pokazać wszystkim swoje zgrabne pośladki wyglądające jak dwie jędrne brzoskwinki, seksownie wystające spod kusego kostiumu. Ale to nie tak, że te nawoływania mijają wraz z nadejściem wyczekiwanego lata – bo gdy nadchodzi czerwiec i lipiec, z poradników kobiecych dowiadujemy się, że „jeszcze nie wszystko stracone i warto zawalczyć o nowe ciało na późny, jesienny urlop”. A że miesiące mają charakter cykliczny, po lipcu nastaje sierpień i zaczynamy zabawę od nowa.

I nie to, że w takiej „motywacji” jest coś złego – ale wydaje mi się, że jeśli chodzi o regularną i przede wszystkim przyjemną aktywność fizyczną, to jednak nie tędy droga. Pozwólcie może, że przytoczę Wam kilka anegdot z mojej „sportowej” historii, aby później opowiedzieć szerzej o tym, jak to wygląda obecnie i jak doszłam do jednego z ważniejszych wniosków w moim życiu:

Chcę mieć formę NA lata, a nie DO lata.

 


Jak to było kiedyś?

Zacznijmy może od tego, że ja nigdy nie byłam ani asportowa, ani tym bardziej nie byłam żadną sportsmenką – raczej kimś pomiędzy. Z jednej strony, gdy wspominam swoje dzieciństwo, to wydaje mi się, że ruch zawsze był wpisany w moją naturę i że nigdy nie stroniłam od śmigania po podwórku albo już zwłaszcza na rowerze. Ale im byłam starsza, tym aktywność fizyczna jako taka przestała pełnić choćby małą rolę w moim życiu. Myślę, że wynikało to z dwóch istotnych przyczyn: z jednej strony zawsze byłam (raczej) szczupłą dziewczyną, a wraz z wiekiem ruch coraz bardziej (i to niesłusznie!) postrzegałam jako antidotum na nadwagę. Skoro jednak nie miałam tego typu problemów, to nie przejmowałam się uprawianiem jakichkolwiek sportów – zupełnie tak, jakby sport był tylko i wyłącznie sposobem na zrzucenie zbędnych kilogramów. Być może brzmi to dla niektórych absurdalnie, ale jestem całkiem pewna, że wielu młodych (i nie tylko) ludzi ma na temat aktywności bardzo podobne zdanie.

Drugą zaś przyczyną takiego stanu rzeczy był fakt, że pod koniec gimnazjum uległam wypadkowi, w wyniku którego zostałam na kilka długich lat zwolniona z zajęć W-F w szkole. To nie tylko spotęgowało mój brak entuzjazmu wobec sportu, ale na dodatek dało mi doskonałą wymówkę do tego, aby się tą dziedziną zupełnie nie interesować. W końcu miałam oficjalne pismo na to, że ruch może mi wręcz zaszkodzić!

Przez cały okres liceum służyłam zatem za strażniczkę portfeli i telefonów komórkowych moich klasowych koleżanek, podczas gdy one grały w siatkę, tańczyły, ćwiczyły na siłowni lub uprawiały inne, jeszcze wymyślniejsze dyscypliny w ramach szkolnych zajęć. Ja natomiast skutecznie wykreśliłam wychowanie fizyczne z mojego planu zajęć, a przy okazji zupełnie zapomniałam o innych, pozalekcyjnych formach ruchu. A latka leciały.

Później nadszedł koniec liceum, a wraz z nim różne zawirowania w moim życiu osobistym, które to zawirowania najpierw doprowadziły do zrzucenia przeze mnie kilku kilogramów i osiągnięcia wagi sprzed czasów gimnazjum, a następnie przyprawiły o pierwszy w życiu efekt jojo. A ponieważ w etap studiów chciałam wejść jako super laska, wpadłam na „genialny” pomysł, aby zadebiutować w świecie diet. Jak się później okazało – tylko po to, aby ów dieta szybko skończyła się kolejnym, jeszcze poważniejszym w skutkach efektem jojo.

I tak oto nadszedł październik 2010 roku, ja czułam się jak mała grubaska, a na świecie powoli rozpoczynał się boom na bycie fit. Wtedy po raz pierwszy w życiu postanowiłam zapisać się na siłownię. Skąd taka decyzja? Chyba łatwo zgadnąć – bo chciałam zgubić zbędne kilogramy. Tym samym idealnie wpisałam się w schemat, który tkwił w mojej głowie od najmłodszych lat:

aktywność fizyczna to jedynie sposób na nadwagę.

Jako studentka starałam się zażywać ruchu dość regularnie. Przechodziłam w tym przez różne fazy – na początku studiów ochoczo uczęszczałam na spinning (w końcu cardio jest uznawane za najskuteczniejsze w utracie wagi), później złapałam joggingowego bakcyla i przez blisko rok regularnie biegałam (z wyjątkiem okresów zimowych). Jakoś na drugim roku usłyszałam od koleżanki o pewnej trenerce, jakiejś tam Ewie (Chodakowskiej – przyp. red.), której programy treningowe były dołączane na płytach DVD do gazetek o fitnessie. Kupiłam numer ze słynnym Killerem i zaczęłam eksperymentować z ćwiczeniami we własnym domu. Z czasem to mnie jednak znudziło i wtedy przekonałam się do grupowych zajęć ruchowych organizowanych w siłowniach (pamiętam moje zdziwienie, że pokazywali tam ćwiczenia zupełnie jak u Chodakowskiej – tak jakby ona miała na nie monopol :D). Chodziłam na ABT, TBC, płaski brzuch i różne inne treningi o równie skomplikowanych nazwach.

Ale niezależnie od tego, czy w danym momencie jeździłam na rowerku, biegałam, męczyłam się razem z Chodakowską albo grupą nieznanych mi współtowarzyszek fitnessowej „niedoli”, to przez cały czas moją motywacją do aktywności fizycznej było jedno – chciałam schudnąć.

Owszem, ruch sprawiał mi mniejszą lub większą przyjemność, ale koniec końców u podstaw moich ćwiczeń leżało przekonanie, że muszę zrzucić zbędne kilogramy i to właśnie ruch miał mi w tym pomóc. Bardzo rzadko, jeśli w ogóle, myślałam o nim jak o spełnianiu swojej naturalnej potrzeby. Sport nadal postrzegałam jako antidotum na nadwagę, z którą się wówczas rzekomo zmagałam (mimo, że oficjalnie BMI nigdy nie wskazywało na jakiekolwiek negatywne odchylenia od normy – ot, moja fanaberia i chęć bycia szczupłą ponad wszystko).

Aż w końcu coś się zmieniło.

Myślę, że moja sympatia do aktywności fizycznej jest wypadkową kilku zdarzeń. Przede wszystkim nigdy nie polubiłabym regularnych ćwiczeń gdybym nie uporała się z różnymi kompleksami i nie zaakceptowała swojego ciała i figury (ponownie odsyłam do tekstu o samoakceptacji). Dzięki temu, po wielu latach kojarzenia sportu z presją i żmudnym procesem odchudzania, w końcu zaczęłam go postrzegać jak coś zupełnie naturalnego, tak jak potrzebę picia, jedzenia, spania lub dostarczania sobie rozrywki.

Przyczyn jest jednak więcej i tak się składa, że jednocześnie są to bardzo dobre przykłady dla innych, którzy potrzebują dodatkowej motywacji i, przede wszystkim, chcieliby polubić aktywność fizyczną jako taką. Rozsiądźcie się zatem wygodnie, bo teraz pora na tę część tekstu, która, mam nadzieję, pozwoli i Wam przekonać się do ruchu w dowolnej postaci.

Jak polubić aktywność fizyczną?

#1

Po pierwsze i najważniejsze – samoakceptacja

Wspominam o niej już po raz trzeci w tym poście, ale to jest pierwszy krok do zdrowego, aktywnego stylu życia i trzeba odrobić „lekcje” w tym zakresie, sorry!


#2

Stwórz sobie rytuał

Rytuał to jest to, co bardzo do mnie przemawia i z pewnością miało kluczowe znaczenie w procesie oswajania przeze mnie sportu. Uwielbiam mieć swoje rytuały i traktuję je całkiem poważnie. Zupełnie przypadkiem z zajęciami ruchowymi związałam pewne drobne przyjemności – np. gdy na pierwszym roku studiów regularnie biegałam, po każdym biegu brałam na spacer Bebka. A ponieważ jogging uprawiałam wieczorami, po zmroku, spacer w świetle latarni, podczas którego mogłam uspokoić ciało i umysł i na dodatek spędzić trochę czasu sam na sam z moim białym ulubieńcem, szybko stał się jednym z ulubionych momentów dnia. A skoro najpierw musiałam wybiegać swoje, aby obdarować siebie tą nagrodą – co zrobić, takie życie, trzeba było biegać! Ale z czasem, mimowolnie to przyjemne skojarzenie z wieczornym, rytualnym spacerem z Bebkiem zaczęło przechodzić również na etap biegu i w taki sposób lubiłam sport nieco bardziej.

Obecnie również mam takie rytuały – np. po sobotnich zajęciach ze sztangami, po powrocie do domu robię sobie kąpiel z bąbelkami i oglądam serial (ostatnimi czasy była to Żona idealna). Wkrótce okazało się, że trening Power Bar w sobotę rano to ten moment tygodnia, na który czekam już od poniedziałku.


#3

Znajdź sobie sparing partnerkę (lub sparing partnera)

Gdy sięgam pamięcią wstecz, to początek mojej regularnej i przyjemnej aktywności fizycznej jest związany z moją kuzynką, z którą zaczęłam uczęszczać na zajęcia ruchowe (a później na samodzielne treningi na siłowni!) jesienią 2016 roku. Umawiałyśmy się na 2, czasem 3 wyjścia na siłkę w tygodniu i szybko przekonałam się, że dla mnie to jest świetna motywacja. Wspólne ćwiczenia są znacznie przyjemniejsze, do tego można sobie pogadać i/lub poplotkować, a wykonywanie kolejnych serii jest łatwiejsze, gdy wiem, że moja sparing partnerka przechodzi przez te same męki. Poza tym, gdy już ustalimy termin treningu, trudniej jest z niego zrezygnować – co w przypadku samodzielnego chodzenia na siłownię zdarzało mi się bardzo często. No i nie ukrywam, że podczas naszych sparingów mam większą motywację do wykonywania kolejnych powtórzeń, bo nie chcę wyjść na tą słabszą!

Minęły już blisko 3 lata, a my nadal ćwiczymy razem, polecamy sobie nowe ulubione zajęcia, motywujemy nawzajem. Być może wspólnych treningów jest teraz mniej, ale zacięcie pozostało – obecnie znacznie łatwiej jest mi się zmobilizować do wyjścia na siłownię, nawet jeśli mam to zrobić sama. A to wszystko zasługa tego, że moją przygodę z regularną, niczym niewymuszoną aktywnością fizyczną rozpoczęłam w towarzystwie mojej sparing partnerki. Warto zatem znaleźć sobie kogoś takiego!


#4

Nie pozwól sobie na nudę i szukaj nowych wrażeń

Jeśli chodzi o uprawianie sportu, najwspanialsze jest w nim to, pod iloma postaciami występuje. Dyscyplin i rodzajów zajęć jest tyle, że każdy, absolutnie KAŻDY znajdzie coś dla siebie.

Jeszcze na studiach, gdy dopiero oswajałam się z regularnymi ćwiczeniami, marzyłam o tym, aby ktoś wymyślił trening, który opierałby się na układach choreograficznych jak z teledysków. Byłam pewna, że płonne me nadzieje, aż któregoś dnia wybrałam się na zajęcia Zumby. Jezusieńku, co to było za odkrycie! Czułam się jak wtedy, gdy jako nastolatka namiętnie oglądałam po szkole teledyski na VIVIE i tańczyłam sobie do nich w samotności. Coś wspaniałego! Wsiąkłam w zumbowy świat na długie miesiące i uwielbiałam te zajęcia. Nie mogłam uwierzyć w to, że mogę sobie (dziko) tańczyć do ulubionych piosenek w ramach zajęć sportowych. To było zbyt dobre, aby było prawdziwe. A jednak!

I chociaż z czasem mój entuzjazm do Zumby minął, to doświadczenie przekonało mnie, że trzeba szukać takich zajęć, które autentycznie sprawiają nam radość – a są takie, zapewniam. Od tej pory podążam za intuicją i uprawiam takie sporty, na jakie aktualnie mam ochotę. Raz na jakiś czas przepraszam się z rowerem w terenie, innym razem tygodniami chodzę na spinning, uwielbiam też zajęcia ze sztangami oraz interwałowe. A gdy tylko czuję, że coś zaczyna mnie nudzić czy męczyć, po prostu przerzucam się na coś innego.

Możliwości są naprawdę nieograniczone, więc jeśli wydaje Ci się, że jeszcze nie wymyślono sportu, który odpowiadałby Twoim wymaganiom i potrzebom, to znaczy tylko tyle, że szukasz w złych miejscach. Odpal Google albo popytaj znajomych, a gwarantuję Ci, że wkrótce trafisz na to magiczne coś.


#5

Dodawaj sobie przyjemności

Na 4. roku studiów, gdy bardzo polubiłam chodzenie na bieżni, wpadłam na super pomysł – a może by tak przynieść ze sobą książkę i czytać w trakcie marszu? W ten sposób przeczytałam m.in. książkę Miłoszewskiego, która już zawsze będzie mi się kojarzyła z siłownią.

Wkrótce poszłam krok dalej i gdy tylko dorobiłam się tabletu, zaczęłam brać go ze sobą na treningi i oglądać  różne seriale. Czytanie i oglądanie było możliwe np. na bieżni, orbitreku i paru innych urządzeniach – starałam się zatem ćwiczyć właśnie na nich. Dzięki temu czas leciał mi szybciej i znacznie przyjemniej, a ja zaczęłam wykorzystywać ten sposób jak przysłowiową marchewkę dla konia: postanowiłam sobie, że daną książkę lub serial będę czytać/oglądać wyłącznie na siłowni. W ten sposób zyskałam dodatkową, bardzo silną motywację do częstszej aktywności fizycznej – w końcu aby poznać dalsze losy ulubionych bohaterów, musiałam wybrać się na trening.


#6

Pokochaj stałość

Zauważyłam, że znacznie łatwiej jest mi się zmotywować do ćwiczeń, gdy ustalę sobie stałe dni i godziny, które przeznaczam na ruch. Tutaj najwygodniejszym rozwiązaniem jest uczęszczanie na zajęcia grupowe – od grubo ponad roku co wtorek chodzę na poranne TBC, a od kilku miesięcy jestem stałą bywalczynią sobotniego Power Bar. Oczywiście zdarza mi się ominąć któryś trening z przyczyn losowych (np. z powodu wyjazdowej sesji zdjęciowej), ale z grubsza trzymam się ustalonego planu i w ten sposób znacząco poprawiła się regularność mojej aktywności fizycznej.


#7

A gdy inne sposoby zawiodą, postaw na… gadżety

Wiecie, co swojego czasu było dla mnie super motywacją do regularnego odwiedzania siłowni? Nówki sztuki buty do fitnessu ( które UWAGA służą mi nieprzerwanie od 2014 roku i nadal wyglądają jak nowe!). Serio, może to brzmi banalnie, ale na mnie takie infantylne chwyty działają i to całkiem nieźle. Lubię modę, jestem gadżeciarą, więc z chwilą, gdy wyposażyłam się w ładne i wygodne treningowe buty, a także koszulki, topy i legginsy, jakoś przyjemniej zaczęło mi się chodzić na zajęcia czy biegać wieczorami. Nie namawiam oczywiście do kupowania od razu całego fitnessowego ekwipunku zanim jeszcze zdecydujemy się na jakąkolwiek formę ruchu (bo to pewnie okaże się skuchą), ale może warto sobie zrobić choćby małą zakupową przyjemność na dobry początek sportowej przygody? Spróbuj, w końcu zwroty są przyjmowane w sklepach 😉

***

Wszystkie wymienione przeze mnie czynniki sprawiły, że od 2016 roku aktywnie się ruszam i uważam siebie za stałą bywalczynię klubów fitness i siłowni. W tym czasie, z naprawdę incydentalnymi przerwami, ćwiczyłam regularnie kilka razy w tygodniu i  to naprawdę jest mój osobisty rekord, bo wcześniej moja aktywność fizyczna miała charakter epizodyczny, a pomiędzy kolejnymi epizodami zdarzały się wielomiesięczne przerwy. Ale nie tym razem!

Najważniejsze jest jednak to, że moją motywacją do ćwiczeń nie jest wizja schudnięcia ani sprostanie presji otoczenia. Stałam się głucha na nawoływania z pierwszych stron gazet i kompletnie nie interesuje mnie zrobienie „formy do lata”, jak również te wszystkie apele o byciu „lepszą wersją siebie”. Nie podążam już ślepo za fit-modą – ruch wszedł do mojego stałego planu tygodnia, niezależnie od pory roku. Chcę, aby taka czy inna forma ruchu była obecna w moim życiu już zawsze, aby była to sprawa, tak jak podałam w tytule tekstu, „na lata”.

I najważniejsze, że jedyne, co popycha mnie w stronę aktywności fizycznej, to tylko i wyłącznie wewnętrzna potrzeba i… czysta przyjemność. Serio! Czasem sama łapię się na tym, że w myślach zadaję sobie pytanie „Hanka, po co ci ten pot, łzy i zgrzytanie zębów na sztangach? W imię czego rezygnujesz z wolnego wieczoru spędzonego przed Netflixem i idziesz na zajęcia ruchowe?” – a moja odpowiedź brzmi mniej więcej tak: „a czemu nie? Taką mam akurat ochotę”. Po prostu! Nie chcę i nie muszę czegokolwiek, komukolwiek udowadniać. Nie potrzebuję być częścią „sezonu bikini”. Regularna aktywność fizyczna stała się u mnie czymś tak naturalnym jak jedzenie, picie, spanie czy dostarczanie sobie rozrywki. Więc gdy wybieram dwie godziny spędzone na siłowni zamiast obejrzanego kolejnego odcinka ulubionego serialu, to tylko dlatego, że tego chcę i że czerpię z tego mega frajdę. Sama dla siebie.

Nie wiem, czy jest lepsza czy nie, ale o taką wersję siebie walczyłam!

 

 

Źródło grafik: 1 & 2

0