Top
  1. W dzieciństwie sporo podróżowałam z rodzicami po Polsce, ale rzadko kiedy odwiedzaliśmy duże miasta, koncentrując się raczej na plenerowych wojażach. Łódź, tak jak i wiele innych dużych metropolii w naszym kraju, przez wiele lat była dla mnie niezbadanym obszarem.

Aż przyszedł rok 2012 i Mama zabrała mnie i siostrę na zakupowy HAUL (hehe, oczywiście w 2012 roku nikt nie słyszał o czymś takim jak HAUL, więc pozostańmy przy opcji – na „zakupowy weekend”) do łódzkiej Manufaktury. Spałyśmy w przepięknym hotelu Andel’s, który może się pochwalić jednym z najbardziej spektakularnych basenów w Polsce (a może i w szerszej perspektywie), a za dnia wędrowałyśmy po przestronnych pasażach handlowych, wydając moje pierwsze poważnie zarobione pieniądze na szmatki czyt. ciuchy. Przez 3 doby nie wychylałyśmy nosa poza olbrzymi teren Manufaktury i na tym w sumie zakończyła się moja pierwsza wizyta w Łodzi. Potem trafiłam do niej jeszcze raz przy okazji koncertu Florence + The Machine, który odbywał się w Atlas Arenie pod koniec 2015 roku. Wtedy spaliśmy w totalnie oldschoolowym hotelu Światowid niedaleko słynnej Piotrkowskiej, ale że był to głęboki grudzień, szybko zapadał zmrok, pogoda nie rozpieszczała, a pobyt przewidywał tylko jeden nocleg, to zrezygnowaliśmy z jakiegoś dłuższego spaceru po mieście.

Aż w końcu przyszedł rok 2019, a wraz z nim moja pierwsza sesja zdjęciowa mieszkania w Łodzi właśnie. W końcu byłam wręcz zmuszona wyjść poza utarte turystyczne ścieżki i w ten sposób trafiłam na okrytą złą chwałą ulicę Legionów. I wyobraźcie sobie mój… zachwyt!, gdy przechadzałam się wśród podniszczonych kamienic, które swoim (niegdysiejszym) rozmachem przyćmiłyby niejedną europejską metropolię i jej architekturę. Gdy zatem pewnego majowego popołudnia doszłam do wniosku, że najwyższy czas, abyśmy się z Lubym wyrwali z domu na krótki wyjazd, od razu pomyślałam o „stolicy” centralnej Polski. Dzisiaj z pomocą zdjęć opowiem Wam, jak udał się nasz wyjątkowy weekend w Łodzi.


Miasto meneli – a wcale, że nie!

Tak, w Łodzi łatwo trafić na takie widoki (na zdjęciu okolice ulicy Legionów). Ale nie warto na podstawie takich obrazków wyrabiać sobie opinii o całym mieście.

Łódź może się pochwalić tym typem zabudowy, który zawsze wzbudza mój zachwyt podczas zwiedzania wielkich miast Europy Zachodniej. Wzdycham na samą myśl o mojej podróży do Paryża, na wspomnienie Wiednia, który stał się naszym pierwszym tegorocznym celem podróżniczym, również dlatego tak bardzo doceniam urok Warszawy i okolic ulicy Marszałkowskiej, bo wysokie na 7, czasem 8 pięter kamienice, ustawione w charakterystyczne kwartały i poprzeplatane zielonymi skwerami, to mój przepis na miasto idealne. Wiem, że jako Gdańszczanka nie powinnam narzekać na architekturę mojej małej ojczyzny, ale nic nie poradzę na to, że sercem bliżej mi do takiej wielkomiejskiej zabudowy, a nie małych, urokliwych kamieniczek, które wiodą prym w gdańskiej architekturze.

Wyobraźcie sobie zatem, co poczułam, gdy odkryłam, że Łódź to jedna wielka ulica Marszałkowska i że dopiero tutaj można poczuć tego paryskiego czy wiedeńskiego ducha. W żadnym innym polskim mieście nie widziałam tylu wielkich kamienic, co tutaj. A co najlepsze, nie tylko tworzą one kwartały i nie tylko są poprzeplatane zielenią, ale na dodatek co i rusz można w ich sąsiedztwie trafić na gigantyczne zakłady przemysłowe, których industrialny, loftowy wdzięk onieśmieliłby niejednego millenialsa marzącego o własnym mieszkalnym studio, z gigantycznymi oknami, obowiązkowo z czarnymi szprosami.

Tak, prawdą jest, że obecny stan łódzkiej zabudowy woła o pomstę do nieba. Tak, rację mają ci, którzy mówią, że jeszcze daleka droga przed tym miastem, aby stało się prawdziwą perełką. Ale w błędzie są ci, którzy uważają, że Łódź to „miasto meneli”. Pewnie, podniszczona zabudowa ścisłego centrum, która zionie złowrogą pustką i straszy dzikimi wysypiskami śmieci, sprzyja powstawaniu melin, co widać zresztą na co drugim podwórku, ale ja myślę, że aby objąć rozumiem fenomen Łodzi, trzeba być trochę wizjonerem i trochę marzycielem. I wcale nie chodzi o żadną naiwność.

Gdy zobaczyłam tę kamienicę, dosłownie oniemiałam!

Na tym podwórku poczułam się trochę jak w Gdyni – budynek ma w sobie coś z modernizmu, nieprawdaż?

Łódź – między przeszłością a przyszłością

Pierwszy czerwcowy weekend spędziliśmy z Lubym na spacerowaniu po Łodzi. Bez mapy, bez celu, bez większego planu. Szwendaliśmy się po Śródmieściu, Bałutach, Zarzewie, a okrzykom zachwytu nie było końca.

Zakochałam się w Łodzi. Zakochałam się w tych „menelskich” kamienicach, opuszczonych fabrykach i wyludnionych lokalach usługowych z wielkimi, wychodzącymi na ulicę witrynami. Przechadzałam się ulicami i nie mogłam przestać wyobrażać sobie, jak to było kiedyś żyć w takim mieście. Tętniącym życiem, wielkim ośrodku przemysłowym i kulturowym, gdzie swoje małe imperia budowało wiele znakomitych rodów. I chociaż od czasów tej świetności minęło już wiele lat, to spacerując tędy pod koniec drugiej dekady XXI wieku z łatwością można przywołać ducha przeszłości, właśnie dlatego, że znakomita część tkanki miejskiej nie zmieniła się nadto od okresu sprzed wojny.

Ale weekend w Łodzi to nie tylko przyczynek do rozpamiętywania wydarzeń historycznych, to również świetna okazja do snucia planów i dalekosiężnych wizji. Chociaż zaniedbana architektura przypomina nam o czasach rozkwitu sprzed wielu pokoleń, to równocześnie skłania do przemyśleń o tym, co przyniesie przyszłość. Nie ulega wątpliwości, że lata prawdziwego splendoru są jeszcze przed Łodzią. Pewnie zajmie to „trochę” czasu i pochłonie ogromne nakłady kapitału, ale nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że za kilka, może kilkanaście lat, te kamienice, fabryki i lokale usługowe będą przeżywały drugą młodość. Bo energia i witalność Łodzi przyciąga i fascynuje wielu.

A więc tak – patrząc powierzchownie z łatwością można wydać osąd, że to miasto meneli, ale ja poznawałam je przez pryzmat tego, czym było kiedyś i tego, czym stanie się wkrótce. Tutaj jak nigdzie indziej przekonałam się, co to znaczy, gdy przeszłość miesza się z przyszłością.


Po tym szerszym wprowadzeniu, zapraszam Was na fotograficzną relację z naszego weekendu w Łodzi ☺️

Sobota, 1 czerwca 2019

Widok z naszego okna w PURO Hotel. Moim marzeniem było zatrzymać się właśnie tutaj – o samym hotelu opowiem Wam więcej na moim kronikowym Instagramie.

Dzień dobry, pobudka! Pies już gotowy na śniadanie i zwiedzanie miasta!

Pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę słynnego OFF Piotrkowska – byliśmy bardzo głodni i potrzebowaliśmy dobrego śniadania 😉

OFF Piotrkowska to nie tylko zagłębie gastronomiczne, ale również lokalizacja wielu modnych butików niezależnych polskich marek. Nie mogliśmy odmówić sobie wizyty we flagowym sklepie naszej ulubionej marki Pan Tu Nie Stał.

Zajrzałam też do malutkiego showroomu marki Animal Kingdom (jeśli jeszcze jej nie znacie, warto nadrobić zaległości). Okazało się, że to właśnie tutaj powstaje (przynajmniej część) ich biżuteria – za kotarką widziałam, jak dziewczyny dzielnie nawlekały koraliki!

Najedzeni i wyposażeni w drobne pamiątki z PTNS, postanowiliśmy opuścić OFF i okolice Piotrkowskiej, aby poznać Łódź poza utartym turystycznym szlakiem.

Podniszczone kamienice od wielu lat są płótnem dla artystów i grafficiarzy – na każdej ulicy można trafić na zjawiskowy mural!

Kolejna perełka architektury wypatrzona gdzieś na obrzeżach Śródmieścia. Widzicie tę płaskorzeźbę?! A na balkonie ktoś urządził sobie grilla…….

Spacerując bez celu, przypadkiem trafiliśmy pod EC1, czyli Centrum Nauki i Techniki, gdzie akurat odbywał się jakiś piknik połączony z targami vintage. A że rozłożyli też leżaczki i polewali zimne piwko, a my byliśmy już gotowi na pierwszy tego dnia fajrant, z przyjemnością przysiedliśmy na zielonej trawce.

Hasło „Łódź Fabryczna” jest mi dobrze znane, ale jadąc do Łodzi nie miałam pojęcia, że powstał tu chyba największy dworzec w Polsce, obejmujący również największą inwestycję tunelową w historii współczesnej Europy (poprawcie mnie, jeśli się mylę). Pociągi i tory „zeszły pod ziemię”, a na powierzchni powstały gigantycznych rozmiarów hale dworcowe. Budynek zrobił na mnie ogromne wrażenie!

Dworzec był również przyjazny psom – bez problemu mogliśmy tam wejść z Maszą, mało tego – trafiliśmy nawet na ustawione w hali miski z wodą dla zwierząt.

Po południu wróciliśmy w okolice Piotrkowskiej w poszukiwaniu miejscówki na obiad. Przy okazji zajrzeliśmy do słynnej stajni jednorożców, czyli słynnego punktu przesiadkowego zlokalizowanego w samym centrum miasta.

Tego dnia Piotrkowska pękała w szwach od natłoku turystów. Bardzo chcieliśmy znaleźć coś na uboczu i tak, totalnym przypadkiem, trafiliśmy do meksykańskiej knajpy ukrytej w podwórku jednej z kamienic. Ustrzeliliśmy nawet stolik na zewnątrz, w rogu ogrodu, więc idealnie dla dwójki zmęczonych podróżnych z psem.

Mrożone margarity arbuzowe, które wtedy zamówiliśmy, nadal śnią mi się po nocach 😍

Po obiedzie kontynuowaliśmy nasz spacer po Łodzi i znów trafiliśmy na kilka zaskakujących widoków.

Takich zniszczonych, sypiących się budynków jest w samym centrum Łodzi bardzo wiele. Wyglądają nieco przerażająco, ale też równie fascynująco – niesamowite, co widziały i co przeżyły te mury!

Na powrocie do hotelu zupełnym przypadkiem trafiliśmy na najbardziej niezwykłą kwiaciarnię, jaką widziałam w życiu…

…w środku przypominała raczej palmiarnię niż sklep z kwiatami! 😮

To się nazywa urban jungle!

Moim zachwytom nie było końca i oczywiście nie oparłam się pokusie zakupienia nowego okazu do mojej domowej dżungli. Upolowałam ponadpółmetrowego starca Rowley’a, którym pochwaliłam się na Instagramie.

Wieczorem wróciliśmy do hotelu, aby dać odpocząć sobie i psu (Masza była już wyraźnie zmęczona natłokiem miejskich wrażeń).

Przez przypadek odkryłam, że na ostatnim piętrze PURO Hotel działa również bar z przestronnym tarasem i widokami zapierającymi dech w piersi. Tutaj widok na Pałac Poznańskiego, który jest również świetnie widoczny z okien pokoi hotelowych.

W takiej scenerii spędzaliśmy ostatnie chwile dnia, delektując się ciepłem zachodzącego słońca…

…i tutejszymi specjałami alkoholowymi 😉

W tej pięknej scenerii Luby zrobił mi pamiątkowy portrecik. Bardzo byłam z tego powodu rada!

Niedziela, 2 czerwca 2019

Nazajutrz Masza nie wstawała tak chętnie jak zwykle – wciąż odczuwała chyba zmęczenie po 8 godzinach spacerowania po Łodzi poprzedniego dnia 😉

Liczyliśmy, że uda nam się jeszcze trochę zobaczyć miasta przed wyjazdem, ale zapowiadane na ten dzień burze nieco nas zniechęciły. Postanowiliśmy przejść się po okolicy hotelu, aż do słynnej ulicy Legionów, którą bardzo chciałam pokazać Lubemu.

Łódzkie podwórka.

Tuż przed wyjazdem przypadkowo trafiliśmy na dodatkową atrakcję, która stanowiła idealne podsumowanie całej naszej podróży. Jak pewnie pamiętacie, we wstępie wspominałam o tym, że w Łodzi można poczuć się jak w czasach przed wojną – i wyobraźcie sobie nasze zaskoczenie, gdy w pewnym momencie naszym oczom ukazały się takie sceny – stare, wojenne samochody, wszędzie ludzie ubrani lat w latach 40-tych, a poza tym dużo hałasu i dymu. Okazało się, że trafiliśmy na plan filmowy! 😮

Pierwszy raz mieliśmy okazję przekonać się na żywo, ilu ludzi pracuje przy takich produkcjach i jak sprytnie współczesna Łódź została zaaranżowana na miasto z czasów wojny – w sumie w przypadku Łodzi wcale niewiele trzeba, aby osiągnąć ten cel 😁

Masza zrobiła duże wrażenie na całej ekipie filmowej 😉

Ostatnie chwile w pięknym PURO Hotel musiałam upamiętnić fotką w kiblu 😁

Pies zapakowany, można wracać do domu!

Roślinna pamiątka z Łodzi też znalazła bezpieczne schronienie na czas podróży 😉


To był wspaniały weekend w Łodzi! Razem z Lubym i Maszą w końcu lepiej poznaliśmy to miasto i nabraliśmy apetytu na kolejne odwiedziny. Następnym razem planujemy poświęcić trochę czasu na wizyty w muzeach, a ja dodatkowo W KOŃCU chciałabym trafić na Łódź Design Festival. Nie żegnałam się zatem z Łodzią zbyt żarliwie, bo jestem pewna, że wkrótce znów się tutaj pojawimy […]

0