Top

Tak jak się spodziewałam, Open’er 2019 przejdzie do historii w moim osobistym przypadku jako najbardziej muzyczny ze wszystkich dotychczasowych edycji. A skoro to już 10. festiwal w Kosakowie, na którym się pojawiłam, chyba czas był najwyższy, aby skorzystać z tych muzycznych wrażeń, o których tyle się mówi przy okazji tego wydarzenia, prawda?

Pewnie dziwi Was to wyznanie w pierwszym zdaniu, ale fakt jest taki, że Open’er nigdy nie był dla mnie tylko festiwalem. Najczęściej był przyczynkiem do totalnego oderwania się od codzienności, często okazją do nadrobienia zaległości towarzyskich, spożycia nadprogramowej ilości trunków wyskokowych i foodtruckowej żywności, jak również do modowych przebieranek (akurat tych w ostatnich latach jest u mnie coraz mniej). Muzyka oczywiście była tłem dla wszystkich tych aktywności, czasem mocno wysuwała się na pierwszy plan, a ja wysuwałam się naprzód koncertowych tłumów, aby na ukochanych wykonawcach i zespołach móc bawić się w pierwszych rzędach pod sceną, ale nigdy nie było tak, żebym po Open’erze mogła powiedzieć „byłam na wszystkich koncertach, na jakich chciałam!”. Bo zawsze się na któryś spóźniliśmy, zawsze na jakiś zaspaliśmy, zawsze był taki, co to jednak przegrał z biforkiem przy samochodzie albo kolejką po burgera. I nie to, żebym w tym roku nie ominęła żadnego występu, na który planowałam się wybrać, ale był to tylko pojedynczy przypadek i uważam to za swój ogromny sukces. Poza tym, pojawiłam się na absolutnie każdym koncercie, jaki spodobał mi się w tegorocznym repertuarze, ba, udało mi się odwiedzić nawet kilka dodatkowych. I jak nigdy wcześniej na tym festiwalu, w tym roku czułam się jak rasowy koneser, bo naprawdę wsłuchiwałam się w muzykę i piosenki, a nie tylko darłam ryja pod wpływem alkoholu, udając, że znam każdą piosenkę, nawet zupełnie nieznajomego mi zespołu (bywało i tak w mojej festiwalowej karierze, przyznaję).

I właśnie dzięki temu, że tak aktywnie i tak mocno przeżywałam tegorocznego Open’era, pierwszy raz w historii mojego bloga mogę napisać taką prawdziwą, najprawdziwszą recenzję tej edycji festiwalu. Nigdy wcześniej się na to nie zdecydowałam, ale tym razem czuję się odpowiednio przygotowana i mam wystarczająco dużo wniosków i przemyśleń, aby wcielić się w rolę recenzenta. A zatem – do dzieła!

Dzień 1 – środa, 3 lipca 2019

Pierwszy dzień tegorocznego Open’era przejdzie do historii jako ten jedyny raz, gdy byłam na terenie festiwalu jeszcze przed oficjalnym jego otwarciem – uczestnicy mogą przekroczyć bramy od godziny 15:00, a my do Kosakowa dojechaliśmy już koło 14:00! Jubileuszowa dla mnie edycja już na samym starcie dostarczyła mi zupełnie nowych, nieznanych wcześniej wrażeń 😉

Środa była dniem, kiedy na festiwalu pojawiło się rekordowo… mało ludzi. „Totalnie chu*owy line-up”, jak internauci zwykli nazywać tegoroczny program Open’era, zwłaszcza tego pierwszego dnia dał o sobie znać, bo teren lotniska, w przeciwieństwie do rekordowego ubiegłorocznego wydarzenia czy ogólnie do edycji w poprzednich latach, był tak rzadko zaludniony, że aż trudno było mi się wczuć w festiwalowy klimat – jak to tak, bez kolejki po jedzenie, bez kolejki po piwo, bez kolejki po siku? ALE ŻE TAK NIC A NIC? Jednak szybko otrząsnęłam się z początkowej dezorientacji i przyzwyczaiłam do komfortu wynikającego z małej liczby uczestników. W końcu można było się cieszyć Open’erem bez przeszkód w postaci ponadstutysięcznego tłumu. To kolejna bardzo ciekawa i miła odmiana w tej edycji Open’era!

Myślę, że sceptycy, którzy odpuścili środowe koncerty, mają jednak czego żałować. Tego dnia absolutnym numerem jeden, w mojej ocenie oczywiście, była Robyn, na której występ trzeba było czekać aż do 1:30 w nocy. Ale popis, jaki dała, był wart każdej przeczekanej minuty! Scenografia, jaką artystka przygotowała, przywodziła na myśl zmysłową sypialnię, pełną białych, miękkich tekstyliów, udekorowaną ciekawymi dziełami sztuki, oczywiście również w kolorze białym (solidnych rozmiarów, wyrzeźbione dłonie pełniące funkcję fotela? tronu?). Dopełnieniem tej aranżacji było nastrojowe oświetlenie oraz sam strój wokalistki – w pierwszej części koncertu ubrała się w seksowną, satynową sukienkę, na której wyraźnie odznaczały się… przyszyte cekinowe sutki. W połączeniu z sensualnymi dźwiękami, których repertuar Robyn jest pełen, całe widowisko ociekało seksem i cielesnością, ale w pozytywnym tych słów znaczeniu. A co najlepsze – Robyn słynie z melodyjnych, miejscami bardzo dynamicznych utworów, więc te sypialniane warunki finalnie stały się tłem dla super imprezy, w której artystka brała czynny udział. Ostatni raz równie rozbawioną i roztańczoną wokalistkę widziałam również na Open’erze, ale dwa lata temu – mowa o mojej ukochanej Lorde, która swoimi unikatowymi ruchami zdobyła moje serducho. Tymczasem okazało się, że Robyn również ma naturalne flow do tańca i dała się porwać swojej własnej muzyce równie bardzo, co wielotysięczna publiczność zgromadzona tej nocy na Tent Stage.

Co ciekawe, wizualna oprawa koncertu zupełnie odmieniła się w jego drugiej części – oświetlenie zamieniono na czerwone, przez co tkaninowa scenografia nabrała pazura, a artystka przebrała się w intensywnie czerwony garnitur, z (uwaga) naszytymi cekinowymi waginami. Wiem, że mizogini zaraz pomyślą, że „epidemia cipek” dotarła i na Open’era, ale zarówno sceniczny image, jak i cały występ Robyn, uważam za bardzo wyważony i perfekcyjnie dograny. Ani przez chwilę nie poczułam się jak na kiepskiej manifie, a jednocześnie uważam, że show było bardzo kobiece i, co by tu nie mówić, po prostu piękne. Muzycznie również!

Drugim hitem Open’erowej środy, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, okazał się Diplo. Nigdy nie przepadałam za występami DJ-ów, bo widok jednego czy nawet dwóch człowieczków za konsoletą, mixujących kawałki lecące z płyty i co jakiś czas krzyczący do mikrofonu jakieś zagrzewające do zabawy hasła, to nie jest moja definicja udanego koncertu, a jednak Diplo zrobił to dobrze. Porwał publiczność tak bardzo, że patrząc z boku wyglądała jak zahipnotyzowana grupa ludzi kołyszących się w rytm kolejnych wielkich przebojów (a przeboje były naprawdę wielkie, m.in. I will always love you Whitney Houston czy Take on me zespołu a-ha – takich utworów się zupełnie nie spodziewałam!). Tym samym Diplo złamał stereotyp kiepskich DJ-skich koncertów na Open’erze, przynajmniej w mojej osobistej ocenie (równie mocno zapadł mi w pamięć chyba tylko deadmau5, który pojawił się w Kosakowie dobrych kilka lat temu).

Tego dnia bardzo dobrze bawiłam się również na Vampire Weekend – ich mocno chilloutowy repertuar fajnie współgrał z zachodzącym słońcem, można było się wtedy poczuć jak na prawdziwych wakacjach. Miło skakało mi się również do piosenek Jain, z przyjemnością posłuchałam punkowych aranżacji zespołu IDLES, a na występie Interpol wystarczyło zamknąć oczy i pozwolić muzyce wypełnić całe ciało (niskie basy będące charakterystycznym elementem ich piosenek wprawiały w drgania całą Tent Stage, jak i całą mnie). Natomiast The Voidz, których największy hit według Spotify to bardzo przyjemny, relaksujący utwór o tytule Leave it in my dreams (nie dajcie się zmylić tym kojącym dźwiękom, to tylko przykrywka!), okazał się być zupełnie innym zespołem niż się spodziewałam i na ich koncercie nie zabawiłam zbyt długo. W drodze na show Robyn zajrzałam również do Alter Stage, gdzie grał bardzo kontrowersyjny duet Death Grips – ale to również nie mój klimat.

W środę występował także headliner Travis Scott, ale chyba nie zaskoczę nikogo wyznaniem, że na niego na Main Stage w ogóle nie dotarłam. I nie żałuję.

Dzień 2 – czwartek, 4 lipca 2019

Czwartek był według niektórych najmocniejszym muzycznie dniem festiwalu, a według wszystkich był najsłabszym pogodowo. Deszcz padał prawie bez przerwy od wczesnych godzin popołudniowych do późnej nocy. Tego dnia szczególnie doceniałam fakt, że na Open’era wybraliśmy się samochodem i w przypadku przemoczenia po prostu czmychaliśmy do auta, gdzie uruchamialiśmy dmuchawy i przebieraliśmy co bardziej mokre części odzieży (w ruch poszły chyba ze trzy pary skarpet!).

Podobnie jak poprzedniego dnia, tak i w czwartek na teren lotniska w Kosakowie dotarliśmy całkiem wcześnie – jednak deszcz nie zachęcał do szybkiego opuszczenia samochodu, gdzie chillowaliśmy sobie dobre 1,5 godziny. W oddali słychać było występ Kwiatu Jabłoni na Tent Stage – przyjemnie słuchało się ich piosenek i nawet trochę żałowałam, że nie wybrałam się na koncert osobiście tylko zdałam się na słuchanie go z oddali. Ale zawsze to coś!

Tego dnia w pierwszej kolejności skierowaliśmy się w stronę Main Stage, gdzie występowała MARINA. Ubrana w kusą, różową sukienkę, w otoczeniu tancerek i tancerza przyodzianych w neonowe stroje, fajnie zagrzała moknący tłum do tańca. Występ był bardzo poprawny, miejscami nawet więcej niż poprawny, ale przede wszystkim te kolorowe postaci na scenie super pasowały do równie kolorowej publiczności, która na okazję lejącego się z nieba deszczu wyposażyła się w peleryny i parasolki wszelkiej maści. To był zdecydowanie najbarwniejszy koncert tegorocznego Open’era!

W następnych godzinach słuchaliśmy na żywo również Toma Walkera (fajny występ, no i zaśpiewał też swoją piosenkę stworzoną razem z Rudimental, co było super biforkiem przed sobotą ;)), The 1975 (zagrali świetnie, a dodatkowo ze sceny padło kilka ważnych zdań od ich frontmana, m.in. to, w którym mówił, że nawet, jeśli ktoś jest rasistą czy homofobem, to finalnie jego kiepskie poglądy nie mają żadnego znaczenia, bo katastrofa klimatyczna, jaka wisi nad światem, nie patrzy ani na czyjąś rasę czy orientację, w oczach klimatu wszyscy jesteśmy równi i mamy równie przerąbane – sformułowanie tyleż motywujące, co przerażające, ale jednak celne), Jorji Smith (koncert w sam raz na Tent Stage, z przyjemnością odnotowałam również fakt, że wokalistka była ubrana w projekt polskiej marki MISBHV!).

Po odsłuchaniu kilku piosenek panny Smith, udaliśmy się z Lubym na rytualne suszenie tyłków w samochodzie, a w tym czasie deszcz rozhulał się już po całości. I tak siedząc w ciepłym aucie, słuchając bębniących w szyby kropel wody i dając odpocząć zmęczonym stopom, doszliśmy do wniosku, że w sumie to koncert The Strokes, który właśnie rozpoczynał się na Main Stage, możemy sobie odpuścić, bo kiedyś już byliśmy na ich występie. I że najlepiej będzie trochę pochillować w ciepełku i potem od razu uderzyć na Gretę Van Fleet, do którego to koncertu zostało nam jakieś 40 minut. Postanowiliśmy, że dajemy sobie pół godzinki i potem w pełni zmotywowani ruszamy na Tent Stage. Ja dodatkowo chciałam się chwilę przekimać, więc Luby został „na czatach”, aby obudzić mnie za dokładnie 30 minut. No, a półtorej godziny później otwieram oczko, widzę śpiącego na skarbonkę Lubego na fotelu obok i z przerażeniem patrzę na zegarek, który wskazuje 00:17 XD Co oznaczało, że Greta Van Fleet właśnie kończy swój występ, nie wspominając nawet o Kamasim Washingtonie na Alter Stage XD

Ale postanowiliśmy się nie załamywać i czym prędzej pobiegliśmy do namiotowej sceny, gdzie zespół GVF odśpiewał jeszcze kilka długich kawałków, a ja zdążyłam nawet zaliczyć 2 piosenki na Kamasim 🙂 Więc finalnie nasza nieplanowana półtoragodzinna drzemka nie odebrała nam tak wielu muzycznych wrażeń, jak na początku się obawialiśmy, a z drugiej strony pozwoliła nabrać siły na dwa dodatkowe koncerty tej nocy – Stormzy’ego i Fisz Emade Tworzywo. O ile na tym pierwszym show nie zabawiliśmy zbyt długo (ale na tyle długo, aby stwierdzić, że zmiana headlinera z uziemionego w areszcie A$AP Rocky na Stormzy’ego wyszła wszystkim festiwalowiczom na dobre), to na Fiszu bawiliśmy się od pierwszej do ostatniej nutki. Może słowo „bawiliśmy” nie jest bardzo trafne, bo Fisz Emade Tworzywo to raczej melancholijne utwory, ale świetnie słuchało się ich w środku nocy, w opustoszałym już Tencie i na dodatek po tej wcześniejszej drzemce, która dała mi sporego kopa energetycznego 😉

Podsumowując zaś cały czwartkowy dzień na Open’erze, to mi osobiście przyniósł on najmniej muzycznej radości – czyli dokładnie na odwrót niż sugerowała większość relacji udostępnianych w popularnych serwisach informacyjnych.

Dzień 3 – piątek, 5 lipca 2019

Po nieco słabszym koncertowo czwartku, moje oczekiwania względem piątku były baaaardzo wysokie. Imprezowe nastawienie podkręcał również fakt, że tego dnia to ja byłam pasażerem, a Luby kierowcą, więc mogłam wspomóc swój humor odpowiednią dawką alkoholu 😀 Ale powiem Wam, że pierwszy raz po Open’erze mam takie wnioski, że zdecydowanie lepiej odbiera się te wszystkie muzyczne wrażenia na trzeźwo (brzmi jak wyznanie starego alkoholika, ale taka prawda). Kiedyś nie wyobrażałam sobie festiwalu bez biforka ze znajomymi, a potem bez szalonego skakania pod sceną, ale po czwartkowych występach, które konsumowałam bez żadnych wyskokowych wspomagaczy, przekonałam się, że dogłębne przeżywanie muzyki granej na żywo na pewno nie idzie w parze z szaloną imprezą %%%. Może to słuszna obserwacja, może to już starość, ale na przyszłorocznego Open’era, jeśli się wybiorę, to chyba dobrowolnie, bez urządzania losowania (jak w tym roku :D), siądę za kółkiem.

Nasza imprezowa miejscówka w, a czasem przy, samochodzie.

Czwartek rozpoczęliśmy od koncertu Darii Zawiałow (po drodze przystanęliśmy przy Tent Stage, aby odsłuchać jedną piosenkę Hani Rani, która grała bardzo przyjemnie, choć dość smutno) – fajny, energetyczny występ, w sam raz na rozkręcenie festiwalowego nastroju. Następnie udaliśmy się do sceny namiotowej, aby posłuchać Sheck Wesa. Nie zależało nam jednak na tym koncercie, więc rozsiadliśmy się przy zewnętrznym telebimie i z zaintrygowaniem obserwowaliśmy propsującą publiczność wtórującą raperowi. Nie nasz klimat, zdecydowanie.

A potem był G-Eazy i przy tej okazji poczułam spory zawód. G-Eazy gościł w Kosakowie bodajże 2 lata temu, grał wtedy w środku nocy i jego koncert wspominam baaaaaardzo dobrze – znałam może jedną piosenkę z jego repertuaru, a bawiłam się wyśmienicie, tańczyłam, śmiałam się, propsowałam. No było wtedy wszystko, co składa się na dobrą zabawę pod sceną. Tymczasem w miniony piątek raper nie porwał mnie do tańca, ba, po wcześniejszym podkładzie alkoholowym, koniec końców większość jego występu… przespałam w ramionach Lubego. A zatem zamiast wynieść mnie na imprezowe wyżyny, kalifornijski wokalista okazał się bardzo skutecznym usypiaczem.

Wieczorem zajrzeliśmy na Tent Stage, gdzie popis dała hiszpańska artystka Rosalia – wiele dobrego czytałam później o jej występie, ale mnie nowoczesna wersja flamenco jakoś nie porwała ¯\_(ツ)_/¯

Najważniejsze koncerty piątku były dopiero przed nami. Najpierw na Main Stage pojawiła się kultowa formacja The Smashing Pumpkins. Osobiście nie zaliczam się nawet do dalekich fanów zespołu, ale ich show oceniam pozytywnie, szczególnie z uwagi na świetną, mocno niepokojącą scenografię, która podkręcała klimat całego wydarzenia. Na żywo zrobiła na mnie i na Lubym naprawdę spore wrażenie! Po odsłuchaniu kilku utworów postanowiłam udać się na Tent Stage, gdzie śpiewała właśnie LP (Luby wolał zostać na „dyniach”). Ogrom ludzi zgromadzony w namiocie skutecznie odbierał mi wszelką koncertową frajdę, ale ogólnie patrząc to również był solidny muzycznie i wokalnie występ.

Ale to, co najfajniejsze tego dnia na Open’erze, wydarzyło się tuż po północy na scenie głównej. Nie wiem, co słyszeliście o widowisku Kylie, ale ja, jako totalna sceptyczka w temacie tej wokalistki, mogę Wam powiedzieć, że to był bardzo dobry i profesjonalny koncert. Widać przepaść, jaka istnieje między współczesnymi mega gwiazdami a tymi sprzed kilku dekad (tutaj wychodzę już myślami naprzód i odwołuję się do sobotniej Lany del Rey). Absolutnie nie jestem fanką pani Minogue, ba, istnieje wiele piosenek w jej repertuarze, których szczerze nie znoszę (na szczycie listy znajduje się In your eyes), ale samego jej występu byłam jednak ciekawa. W końcu nieczęsto ma się okazję słuchać na żywo artystek takiego formatu.

Historia zna koncertowe skuchy  „odkopanych” z przeszłości idolek i idoli, ale popis Kylie z pewnością do nich nie należy. Wokalistka udowodniła, że ma jeszcze sporo do powiedzenia w branży muzycznej i że potrafi rozkręcić zajefajną imprezę na festiwalu skierowanym głównie do młodego pokolenia, czyli z pewnością nie do jej ścisłej grupy fanów. Kylie ujęła mnie szczerością, naturalnością, wspomnianym wcześniej profesjonalizmem, ale też ogromnym dystansem do siebie i swojej twórczości. Spodziewałam się, że artystka może mieć już po dziurki w nosie śpiewania szlagierów takich jak I should be so lucky czy The Loco-Motion, a jednak można ich było posłuchać na żywo w Kosakowie. I super! I tak trzeba! Bo przecież wiadomo, że gro z tego tłumu, który pojawił się w piątek pod Main Stage, oczekiwało właśnie tych hitów sprzed lat, więc wielkie ukłony dla Kylie, że sprostała oczekiwaniom i odśpiewała je z takim samym zaangażowaniem jak swoje najnowsze kawałki. I jeszcze większe ukłony za to, że podczas The Loco-Motion zrobiła na scenie pociąg, czym zainspirowała wiele osób z publiczności 😉

Spotkałam się z opiniami, że koncert Minogue przywoływał na myśl wiejskie biesiady, ale absolutnie nie uważam, aby Kylie zrobiła na Open’erze wiochę. To nie jej wina, że jej złote przeboje kojarzą się z weselem w remizie (tutaj ponownie przywołam tytuł The Loco-Motion), bo takie przecież były całe lata 80-te, w których te piosenki powstawały 🙂 Osobiście bawiłam się na tym muzycznym wydarzeniu doskonale, czego zupełnie się nie spodziewałam. Ba, występ artystki zaliczam do ścisłej trójki najlepszych koncertów tegorocznego Open’era, a jak!

Dzień 4 – sobota, 6 lipca 2019

Sobota była dla mnie i Lubego zdecydowanie najważniejszym dniem całego tegorocznego festiwalu – o 18:00 na scenie głównej występował nasz najukochańszy współczesny zespół czyli Rudimental. O mojej miłości do tej formacji wspominałam kiedyś w osobnym poście, więc jeśli ich nie znacie albo nie rozumiecie ich fenomenu, to polecam zajrzeć do tekstu sprzed kilku lat.

Zanim jednak dotarliśmy do pierwszych rzędów pod Main Stage, najpierw wysłuchaliśmy prawie pełnego koncertu chłopaków z Bitaminy – to również był bardzo udany występ i silna polska reprezentacja na Open’erze! Zawsze wzruszają mnie występy młodych stażem artystów, po których widać, że śpiewanie dla wielotysięcznej publiczności jednego z największych festiwali w Europie to spełnienie wszelkich marzeń. Energia, jaką dzielą się wtedy z publicznością, jest nie do podrobienia i tak właśnie było w tym przypadku. Ubrani zwyczajnie, jak każdy mężczyzna z przedziału wiekowego 25-35, swobodni, nieudający nikogo. Po prostu fajne chłopaki, chciałoby się rzec 🙂

A potem nastała godzina 18:00, a my z Lubym z napięciem oczekiwaliśmy pojawienia się na scenie naszej ukochanej formacji z UK. I było tak zajebiście, jak oczekiwaliśmy, a nawet lepiej. To już trzeci koncert Rudimental, w którym braliśmy udział i za każdym razem bawimy się wyśmienicie. Znów wystąpili wieloinstrumentowym składem, znów towarzyszyły im zdolne wokalistki i wokaliści, którzy świetnie zastępowali głosy wielkich gwiazd (przypominam, że Rudimental często nagrywają z innymi popularnymi artystami, m.in. Edem Sheeranem, Ellą Eyre, Johnem Newmanem itp., ale na koncertach ich wokal zastępują inni, specjalnie dobrani barwą głosu muzycy). I znów rozkręcili pod sceną super imprezę, a my z Lubym prawie posikaliśmy się z wrażenia. I tutaj akurat bez ściemy 😀

Oboje doszliśmy do wniosku, że dla tego jednego koncertu warto było przetrwać wszystkie pozostałe dni festiwalu. Takie chwile się pamięta i tak samo będziemy pamiętać i długo wspominać nasze trzecie spotkanie z Rudimental. Ja dodatkowo będę wspominać moje epickie selfie z nimi, które planuję sobie oprawić 😉

Po występie Rudimental Open’er mógł się dla nas skończyć, bo i tak widzieliśmy i przeżyliśmy już wszystko, na czym nam zależało, ale sobota dopiero się rozkręcała. Zajrzeliśmy do Tent Stage na Flatbush Zombies, później odsłuchaliśmy prawie pełen koncert Kodaline (podobnie jak przed paroma laty, tak i tym razem spodobały mi się ich muzyczne aranżacje), a następnie ponownie udaliśmy się na Main Stage, aby zobaczyć i posłuchać czarującego głosu Lany del Rey. I tutaj znów wygłoszę pewnie niepopularny pogląd, ale w mojej ocenie jej show było tyleż groteskowe, co słabe. I zdecydowanie nie zasługiwało na tyle rozgłosu i na taką pozycję w ogólnym programie Open’era.

Wokół artystki od lat krąży wiele plotek i legend, cały jej wizerunek i sam wokal budzą liczne kontrowersje. Jej sobotni koncert w Kosakowie był tego wszystkiego najlepszym dowodem. Tutaj posłużę się cytatem z serwisu Trójmiasto.pl, bo ich redaktor celnie podsumował wszystkie moje odczucia:

„Każda pierwsza nuta, każdy jej gest, każde słowo spotykało się z potężnym piskiem dochodzącym spod sceny. Tyle że dla postronnego widza ta aż przerysowana eteryczność headlinerki gdyńskiego festiwalu mogła być nie do końca strawna. Nie dało się jednak ukryć, że wokal del Rey wciąż nie należy do jej najmocniejszych stron. Jakby celowo nie został puszczony przez realizatorów na pierwszy plan, z autotunem, mnóstwem modulatorów i efektorów głosowych, wspomagany półplaybackiem. Ale to też niejako znak czasów, który widać na wielu większych i ważniejszych festiwalach. Zmieniająca się publika festiwalowa nie przyjeżdża już dla wybitnych występów, ale dla zabawy i samej możliwości zobaczenia swoich ulubieńców na scenie.

To ostanie zdanie uważam za szczególnie trafne. Jak wspominałam wcześniej, to był mój 10-ty Open’er i przez te wszystkie lata dostrzegam ogromną zmianę jaka nastąpiła po stronie publiczności. Coraz mniejsze znaczenie ma sama jakość muzyki czy wokalu, a coraz bardziej liczy się to, kto w ogóle się na scenie pojawia i jak wygląda. A takie gwiazdy jak Lana del Rey są tego najlepszym przykładem – to nie jest wybitna artystka, ba, nie mieści się pewnie w przedziale artystek dobrych, a jednak budzi ogromne zainteresowanie i dla samego faktu, że było się na jej koncercie (a niekoniecznie dobrze słuchało się jej na żywo), ludzie są w stanie zapłacić krocie za bilet na festiwal.

A wokalnie Lana wypadła naprawdę bardzo, bardzo, BARDZO kiepsko. Doszło do tego, że podczas finałowego utworu, gdy zeszła ze sceny, aby pozwolić się dotknąć (sic!) i sfotografować fanom, zapomniała, że muzyka z podkładu leciała dalej i w pewnym momencie nerwowo przyłożyła mikrofon do ust, aby odśpiewać słowa piosenki, ale zrobiła to o kilka wersów za późno – nie dało się już dłużej ukrywać, że piosenki zagrane tego dnia przynajmniej w połowie miały solidne wsparcie półplaybacku. Jeśli ktoś przyjechał na Open’era, aby w końcu rozwiać swoje wątpliwości odnośnie tej artystki, to do domu pewnie wrócił z jeszcze większym poczuciem dezorientacji. Ja już sama nie wiem, co o niej myśleć, za to Luby trafnie podsumował, że Lana jest totalnie nierealna, tak pod względem (wątpliwego) talentu, jak i wyglądu, który przywołuje na myśl mokry sen amerykańskich kowbojów sprzed kilku dekad.

Sobotnią noc spędziliśmy jeszcze w towarzystwie takich zespołów i artystów, jak Swedish House Mafia (chociaż robili wszystko, aby z hukiem zamknąć Main Stage, to zjawiskowe efekty świetlne i pirotechniczne nie rozbudziły wśród publiki takiej wixy jak podczas środowego występu Diplo – przynajmniej w moim odczuciu), Anny Calvi (pechowo grała podczas finałowego show na scenie głównej, więc pewnie wiele osób ominęło jej koncert, a szkoda, bo to bardzo zdolna rockowa wokalistka, która świetnie poradziła sobie z graniem i śpiewaniem na żywo) i już w drodze do samochodu – Jungle. Ci ostatni okazali się miłą niespodzianką i przyjemnym akcentem na samo zakończenie festiwalu.

Open’er 2019 – podsumowanie festiwalu

Typowa Hanka na Open’erze – a w tle kalosz i czujnik cofania.

Tegoroczna edycja Open’era może okazać się przełomową. Nie dlatego, że pobiła rekordy popularności, bo w rzeczywistości było zupełnie odwrotnie, ale dlatego, że liczną krytyką i środowymi pustkami w Kosakowie zdecydowanie dostarczyła organizatorom spory materiał do przemyśleń. Przez ostatnich 9 lat, kiedy uczestniczyłam w tym wydarzeniu, nastąpiło wiele zmian tak w samym przemyśle muzycznym, jak i w społeczeństwie w ogóle. Zmieniły się motywy, dla których ludzie wybierają się na festiwale, zmienił się sposób, w jaki je przeżywają i w jaki konsumują muzykę, aż w końcu – zmienili się sami artyści. Wszystko jest inaczej niż w 2010 roku, kiedy po raz pierwszy pojawiłam się na tej imprezie.

Line-up AD 2019 najlepiej udowadnia, że organizatorzy zmienili kierunek rozwoju tego wydarzenia. W tym roku stanowczo postawili na młodą publiczność, wydając krocie na artystów pokroju A$AP Rocky czy Travis Scott. „Coraz więcej rapsów, coraz mniej dobrej muzyki” to zdanie, które często przewijało się tak wśród internetowych komentarzy jeszcze przed startem całej imprezy, jak i już w trakcie, wśród uczestników przemieszczających się po terenie festiwalu. W mojej ocenie, tegoroczny 4-dniowy Open’er wypadł blado przy dwudniowym programie Orange Warsaw Festival, organizowanym przez tę samą agencję Alter Art. A przed nami jeszcze Kraków Live Festival, gdzie również pojawi się wielu ciekawych artystów. Wspólnie z Lubym doszliśmy do wniosku, że jeśli Open’er faktycznie się „zepsuł”, to pewnie dlatego, że Alter Art ma monopol na organizację największych tego typu wydarzeń w Polsce i być może patrzy na te trzy wielkie imprezy jako całość, a nie jako niezależne, osobne byty. Liczba sprzedanych biletów musi się zgadzać w całej puli, przez co pojedyncze repertuary mogą ucierpieć. I tak się chyba stało w tym roku w Kosakowie.

Oczywiście, wszystko jest kwestią gustu – jedni uważają, że to była bardzo udana edycja Open’era, inni załamują ręce i wspominają, że „kiedyś to były czasy i wtedy to był Open’er”. I chociaż nie lubię malkontenctwa, a już zwłaszcza nie lubię hejtu wylewającego się z internetowych komentarzy udostępnianych pod każdym kolejnym ogłoszonym na Facebooku artystą dołączającym do line-up’u, to trudno nie przyznać racji tej drugiej, mocno sceptycznej grupie. Najlepszym tego przykładem niech będzie fakt, że wśród uczestników tegorocznego festiwalu wypatrzyłam w tłumie pana z koszulką upamiętniającą Open’era 2009 i ówczesny repertuar, z którego wymienić by można choćby kilka nazw: Arctic Monkeys, Basement Jaxx, Gossip, Sex Pistols, Faith No More, Kings of Leon, Lily Allen, Placebo, Moby, The Prodigy, Duffy, a mniejszym druczkiem (sic!) dopisano również The Kooks, Madness, White Lies, M83, Crystal Castles, Buraka Som Sistema i wielu, wielu innych.

Trudno zatem nie powtórzyć klasyka: kiedyś to były czasy i kiedyś to był Open’er.

Czytaj także: 10 myśli po Open’erze 2018

Zapraszam również na mojego Instagrama, gdzie nadal udostępniam zdjęcia i filmiki z open’erowych koncertów 2019!

0