Top

Od kilku lat, ba, chyba odkąd zaczęliśmy nasze wspólne podróże, wraz z Lubym chętnie i dość często odwiedzamy różne europejskie miasta. Lubimy tzw. „city breaks”, czyli krótkie wypady do dużych metropolii – spacerowanie ulicami gdzie nas nogi poniosą, zwiedzanie muzeów, czasem zakupy. Dodatkowo, odkąd zainteresowałam się na poważnie architekturą i wnętrzami, jak również odkąd uczyniłam z tych dziedzin mój zawód, wybierając cel podróży, duże znaczenie ma dla mnie jakość tutejszej zabudowy. Zależy mi na tym, abym z takiej wycieczki wróciła z ciekawym materiałem fotograficznym,  w końcu na tym buduję swoją markę. A jednak, gdy przyszło nam planować tegoroczny urlop, obraliśmy zupełnie inny kierunek, a wręcz zupełnie inny rodzaj wypoczynku. Częściowo, a raczej głównie motywowane to było pojawieniem się w naszym życiu Maszy. Ale za tą zmianą czaiło się coś jeszcze, przynajmniej w moim przypadku – odczuwałam silną potrzebę powrotu na łono natury. Potrzebowałam zjednoczenia z florą i fauną, potrzebowałam poczuć wiatr we włosach i piasek pod stopami, potrzebowałam perspektywy, głębokiego oddechu. I właśnie dlatego zdecydowaliśmy, że nasz letni wypoczynek spędzimy… w górach. Ale żeby jednak poczuć zew przygody i nabrać większego dystansu, jako cel podróży ustanowiliśmy dość odległą krainę, na samym południu Austrii. Tym sposobem udaliśmy się na wakacje w Karyntii, gdzie spędziliśmy wspaniałe 10 dni naszego pierwszego prawdziwego urlopu we trójkę.

Zapraszam Was dzisiaj na fotograficzne wspomnienia z tego wojażu. Dla mnie to bardzo przyjemna okazja do wspomnień, bo nie ukrywam, że choć od naszego powrotu nie minął nawet miesiąc, to gdy dzisiaj oglądam te zdjęcia, nie mogę uwierzyć, dokąd zawędrowaliśmy i czego doświadczyliśmy. To były wspaniałe wakacje!

Nasz domek w Waldenstein, ukryty pomiędzy dwiema górami. Zatrzymaliśmy się na samym wschodzie Karyntii, niedaleko Wolfsbergu.

Taras to było moje ukochane miejsce podczas pobytu!

To był pierwszy od lat urlop, kiedy daliśmy (czyt. ja dałam) sobie pozwolenie na totalny relaks. Bywały dni, kiedy siedzieliśmy w domku, czytaliśmy książki, graliśmy w planszówki. Bardzo potrzebowałam takiego odpoczynku, bez ciśnienia na zwiedzanie, które to uczucie zwykle towarzyszy mi podczas krótkich podróży do wielkich miast.

Bajkowe zachody słońca oglądane z naszego domku.

Jeden z tych wspaniałych dni, kiedy nie robiłam nic poza czytaniem. No i spożywaniem schłodzonego winka, wiadomo.

Czas na pierwszą górską wędrówkę tego wyjazdu!

Przy szlaku rosły krzaczki poziomek – wieki nie czułam w ustach tego smaku!

Chociaż nasze wędrówki nie były długie i pewnie dalibyśmy radę bez częstych odpoczynków, to w tzw. „huttach” spędzaliśmy czasem i pełne godziny 😉 Ale w końcu byliśmy na wakacjach! A to element tutejszego folkloru i nie sposób było sobie odmówić zimnego piwka czy miski gorącego gulaszu.

Tak hutty wyglądały w środku.

A tutaj wspomniane przed chwilą zimne piwko. Smak tych radlerów wspominam do dziś!

Bywało, że szlak prowadził przez pola, na których pasły się całe stada krów. Tutaj mieliśmy z nimi do czynienia po raz pierwszy. Nie byłoby w tym nic stresującego, poza tym, że przecież była z nami Masza, a krowy niekoniecznie musiały się z nią polubić. Przy szlaku ustawiona była tabliczka z instrukcją, jak należy się zachować wobec krów. Dla wędrowców z psami umieszczono tam uwagę o tym, że pies powinien być prowadzony na smyczy, ale w przypadku ataku ze strony krowy, należy natychmiast zwolnić psa ze smyczy i… uciekać. Na szczęście obyło się bez podobnych przygód 😉

Kolejne leśne przysmaki. Niestety tutaj wędrowaliśmy przez obszar chroniony, więc na jagody mogliśmy sobie tylko popatrzeć…

Kolejna hutta na szlaku. I chociaż poprzednia oddalona była o zaledwie 2 kilometry, nie mogliśmy nie zrobić sobie kolejnego przystanku 😉

Masza korzystała z wolności ile wlezie i nie ominęła żadnej okazji do zabawy. 

Chwilę później krowa ruszyła z impetem w naszą stronę. To był jedyny raz, kiedy faktycznie zrobiło się groźnie i musieliśmy mocno przyspieszyć kroku. Ja oczywiście w panice byłam bliska skakania przez płot, mimo, że był wykonany z drutu kolczastego 😉 Luby jednak zachował zimną krew!

Pierwszy szczyt zdobyty!

Moja rodzinka <3

Mniej więcej w tym miejscu przypadkowo zboczyliśmy ze szlaku, co skończyło się tym, że jednak trzeba było skakać przez płot z drutu kolczastego, bo inaczej wylądowalibyśmy po złej stronie góry 😉 Musieliśmy z tej okazji przerzucać przez płot również Maszę. O dziwo, obyło się bez ofiar, a nawet bez skaleczeń!

Kolejne leśne skarby napotkane po drodze – grzyby były ogromne i nikt ich tutaj nie zbierał z uwagi na obszar chroniony. Nie ukrywam, że w tym przypadku jednak się niepohamowałam…

Szczęśliwy pies na szlaku.

Nazajutrz, dla odmiany, wybraliśmy się nad najpiękniejsze jezioro alpejskie, które dla mnie było spełnieniem wszystkich pragnień o idealnym miejscu do kąpieli. Krystalicznie czysta, turkusowa, SŁODKA woda o temperaturze ok. 27-28 stopni. MARZENIE! Tak właśnie wygląda jezioro Wörthersee.

Kolejna górska wyprawa przed nami!

Ta przestrzeń, jaką oferują góry, jest nieporównywalna z niczym innym. Nigdy nie uważałam siebie za fankę górskich wycieczek, ale w Karyntii poczułam i zrozumiałam, co takiego widzą w takim wypoczynku inni. I wiem już, że dla mnie to również jest idealna forma relaksu.

Przy huttcie odkryliśmy taki oto basenik z widokiem. Tego dnia panował ostry upał (ok. 30 stopni), więc wyobraźcie sobie, jak wielką mieliśmy ochotę na kąpiel w tym momencie…

Kolejna wycieczka i kolejne delikatne zboczenie ze szlaku. Ale było warto! Dzięki temu odkryliśmy zaszytą w górach chatkę, która wyglądała jak ziszczenie snu o górskiej samotni.

Sielski klimat przy następnej huttcie.

Napojeni i najedzeni, wyruszyliśmy w dalszą drogę na szczyt!

Pierwszy dwutysięcznik tego wyjazdu.

Przy zejściu z góry natrafiliśmy na parking dla koni <3

Moja górska suka. Znaczy się – dziewczyna!

Niesamowicie szeroka perspektywa, prawda? Uczucie nie do podrobienia!

Po raz drugi wybraliśmy się nad Wörthersee, a na koniec dnia plażowania odwiedziliśmy urokliwe miasteczko Velden. To typowy wakacyjny kurort, dokąd zjeżdżają się goście z całej Europy, aby korzystać z uroków Karyntii i krystalicznego alpejskiego jeziora.

Trzeci (i niestety ostatni) dzień na szlaku. W tym momencie jeszcze nie wiedzieliśmy, że zakończymy go w mocno niebezpiecznych warunkach…

Gdy miałam lat osiemnaście i dostałam swój pierwszy półprofesjonalny aparat z lustrem, namiętnie wykorzystywałam go do fotografowania natury w rodzinnym ogrodzie. Z biegiem czasu zupełnie zapomniałam, jakie to wciągające i relaksujące zarazem zajęcie. Podczas minionego urlopu przypomniałam sobie o tej przyjemności i z wielkim zaangażowaniem dokumentowałam różne scenki rodzajowe wypatrzone przy szlaku.

Jedno jest pewne – z tych wakacji na pewno wróciłam z nową tapetą na pulpit komputera 😉

Górskie hutty miały swój urok nie tylko z zewnątrz – w środku można się było poczuć jak w filmie sprzed kilku dekad! Tutaj czas zupełnie się zatrzymał.

Masza zdobywająca kolejny dwutysięcznik. Tutaj byliśmy na wysokości ponad 1900 m n.p.m.

Światło tego dnia dawało niesamowite efekty! Czuliśmy się jak na szycie świata, a pod nami rozpościerał się zapierający dech widok na dolinę.

Na tym zdjęciu już mniej-więcej widać, co czekało nas za kilkanaście minut…

Dosłownie 15 minut później niebo wyglądało już tak. I wyobraźcie sobie, że ja, jak to ja, nie potrafiłam odpuścić i tak bardzo chciałam zdobyć szczyt (to tam, gdzie te kule-obserwatoria), że jeszcze przez jakieś 10-15 minut szłam w jego kierunku, pomimo wszelkich znaków, że jednak wypadałoby zawrócić…

Zabrakło dosłownie kilkuset metrów podejścia do zdobycia wierzchołka, ale to była ostatnia szansa, aby zejść bezpiecznie na dół. Pierwszy raz doświadczyłam tak nagłej zmiany pogody w górach i powiem Wam, że chyba nie chcę już więcej takich przygód… Całość tej historii zostawiam sobie jednak na inną okazję i zapewniam Was, że zdziwi Was wkrótce, cóż to będzie za okazja… 🙂

Po burzowej przygodzie w górach został nam jeden dzień odpoczynku w Karyntii i akurat wtedy cały region tonął w strugach deszczu. Ściana opadowa nie odpuszczała przez calutki dzień, więc zmuszeni byliśmy spędzić go w domku. Nie był to czas stracony, ale jednak pewien niedosyt na sam koniec wyjazdu pozostał. Tym bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że musimy jeszcze wrócić w te strony 🙂

Wakacje w Karyntii – garść informacji praktycznych

Nie czuję się właściwą osobą do przygotowania dokładnego przewodnika po regionie ani poradnika o tym, jak zaplanować takie wakacje. Nasz wyjazd zorganizowaliśmy w sposób baaaaardzo spontaniczny i kierując się w stronę Austrii, nie mieliśmy absolutnie ŻADNYCH konkretnych planów, jak chcielibyśmy spędzić ten urlop. Oczywiście liczyliśmy na górskie wycieczki i kąpiele w jeziorach, ale poszczególne atrakcje wybieraliśmy będąc już na miejscu. To totalnie nie w moim stylu, ale chyba potrzebowałam takich wakacji nie w moim stylu 🙂 Poniżej umieszczam jednak dosłownie garść praktycznych informacji, być może przydadzą się Wam przy Waszych przyszłych wyjazdach. Gdybyście mieli jakiekolwiek pytania odnośnie Karyntii, śmiało zostawiajcie je w komentarzach – postaram się odpowiedzieć na wszystkie, o ile tylko będę posiadała odpowiednią ku temu wiedzę.

Jeśli chodzi o podróż z psem, o tym napiszę osobny tekst już wkrótce, ale również możecie już teraz pytać o piesełowe sprawy.

Dojazd

To były pierwsze wakacje, na które wybraliśmy się samochodem. Wybór środka transportu mieliśmy mocno ograniczony, ponieważ z psem odpadała opcja samolotu (Masza musiałaby lecieć w luku bagażowym, bo jest za duża na kabinę, a do tego w życiu bym nie dopuściła), a pociąg czy autobus raczej nie wchodził w grę przy takim dystansie. Dzięki temu, że jechaliśmy autem, mogliśmy m.in. zabrać ze sobą jedzenie, co znacząco obniżyło koszty wyjazdu – i to również przemawiało do nas podczas planowania podróży. Karyntia położona jest na samym południu Austrii, ale z Wiednia można tutaj dojechać w ciągu ok. 3-4 godzin – więc dla osób niezmotoryzowanych istnieje możliwość lotu samolotem do Wiednia i stamtąd dojazd np. pociągiem. Myślę jednak, że samochód jest w górach bardzo przydatny – mogliśmy bez problemów przemieszczać się po całym regionie Karyntii, co byłoby raczej niemożliwe bez auta. Jeśli ktoś chciałby jednak spędzić tutaj urlop i to bez własnych czterech kółek, wówczas radzę zatrzymać się w mocno turystycznej miejscowości, np. na którymś brzegu Wörthersee albo w stolicy landu, czyli Klagenfurcie (on również mieści się nad tym jeziorem). Stąd powinno być znacznie łatwiej znaleźć połączenie z innymi atrakcjami regionu.

Wybór lokalizacji

Jak wspomniałam wcześniej, zatrzymaliśmy się w malutkiej miejscowości Waldenstein – i to wydarzyło się zupełnym przypadkiem. Tak się jakoś złożyło, że domek zarezerwowaliśmy jakieś… 2 tygodnie przed wyjazdem? Tak, to był bardzo spontaniczny urlop.

Wybór lokum również był mocno utrudniony: po pierwsze, zabraliśmy się za to za późno i większość lokalizacji była już zajęta (szukaliśmy niezależnego domku, głównie przez AirBnB i Booking.com), a po drugie ograniczała nas liczba uczestników tej wycieczki oraz obecność Maszy. Potrzebowaliśmy noclegu dla 4 osób dorosłych i 2 dzieci, czyli przynajmniej 3 osobnych sypialni. Nie każdy gospodarz zgadza się też na obecność psa. Na szczęście udało nam się znaleźć idealny dla nas dom, zaszyty w górach w okolicy Wolfsbergu. Niestety, było to miejsce na samym wschodzie Karyntii, leżące dosłownie kilkanaście kilometrów od granicy z drugim landem – Styrią, co w praktyce oznaczało, że większość atrakcji Karyntii oddalona była od nas przynajmniej o godzinną drogę samochodem. Ale skoro byliśmy zmotoryzowani i skoro nie mieliśmy wielkich planów odnośnie tych wakacji, nie stanowiło to dla nas problemu. Plusem był natomiast fakt, że nasza okolica zupełnie nie była turystyczna i dzięki temu tutejsze szlaki górskie mieliśmy praktycznie na wyłączność. Gdy z kolei odwiedzaliśmy okolice jeziora Wörthersee, przekonaliśmy się, że Karyntia to baaaardzo popularny kierunek urlopowy – trudno było znaleźć wolny kawałek plaży dla naszej grupki. Wtedy bardzo docenialiśmy nasz spokojny, odseparowany od tego tłumu domek w Waldenstein.

Atrakcje regionu

W tym temacie wiedzę mam chyba najskromniejszą, bo poza górami i jednym jeziorem, nie zobaczyliśmy w Karyntii niczego innego 🙂 No, może z wyjątkiem Klagenfurtu, do którego wybraliśmy się na powrocie z wycieczki. I tutaj spojler – godzinny spacer po centrum wystarczy na zwiedzenie tego miasta, bo choć jest to największa miejscowość landu, to z pewnością nie można jej uznać za dużą metropolię z wieloma atrakcjami.

My jednak skupiliśmy się przede wszystkim na relaksie i rekreacji. Karyntia, jaką poznaliśmy, to przepiękne krajobrazy i możliwość cieszenia się nieskażoną ingerencją człowieka naturą. Nie potrzebowaliśmy żadnych muzeów, parków rozrywki ani innych bajerów. Chcieliśmy spędzić ten czas na totalnym wyciszeniu i odcięciu się od wszystkiego, co zostało w Gdańsku, a nawet w Polsce. I pod tym względem jest to idealny kierunek podróży.

Szlaki górskie

Góry w Karyntii mają różny stopień trudności wspinaczki. Tam, gdzie się zatrzymaliśmy, czyli na wschodzie, szczyty są znacznie niższe – ok. 2000-3000 m n.p.m. i to na nich się skupiliśmy. Częściowo dlatego, że nie chcieliśmy tracić czasu na dojazdy, a częściowo z uwagi na to, że wśród nas były dzieci w wieku 3 i 9 lat. Byliśmy zatem rodzinną wycieczką i łagodniejsze trasy górskie okazały się dla nas super rozwiązaniem. Nie ukrywam, że nie byliśmy też gotowi na wyczynowe wędrówki, bo były to nasze pierwsze w życiu wakacje w górach i najzwyczajniej w świecie nie chcieliśmy się forsować. Myślę, że dla bardziej zaawansowanych wspinaczy, lepszym kierunkiem będzie zachodnia część Karyntii. Pewnie jest to bardziej odwiedzany zakątek landu (i na pewno będzie tam przez to więcej turystów), ale dzięki temu można spróbować swoich sił na znacznie wyższych szczytach.

Jeśli chodzi o planowanie wędrówek, tutaj mogę Wam polecić super stronę i aplikację, którą odkryłam przy okazji tego wyjazdu. Tutaj zostawiam Wam link do interaktywnej mapy z trasami górskimi w całym regionie Karyntii. Wszystko wskazuje na to, że serwis umożliwia szukanie pieszych wycieczek również w innych krajach, więc na pewno przyda się przy innych destynacjach wakacyjnych. Warto również pobrać sobie ich aplikację, ponieważ po jej zainstalowaniu możemy na bieżąco śledzić przebieg naszej wędrówki i kontrolować, czy aby na pewno nie zboczyliśmy ze szlaku (nam się to zdarzyło przynajmniej trzykrotnie i wtedy appka była bardzo pomocna).

Poziom trudności szlaków można sprawdzić na powyższej stronie. My jesteśmy najlepszym przykładem na to, że do Karyntii spokojnie można jechać całą rodziną z dziećmi, bo każdy da sobie tam radę. Warto się jednak do takiej podróży odpowiednio przygotować, np. towarzysząca nam rodzinka wypożyczyła na tę okazję profesjonalne nosidło dla 3-latki i dzięki temu nawet ona miała szansę dobić prawie-że-do-szczytu 🙂 Co ważne, wstęp na szlaki jest z reguły bezpłatny, a przynajmniej my się nie spotkaliśmy z żadnymi opłatami.

Wszystkie szlaki, jakie zeszliśmy, były odpowiednio oznaczone. Co kilkaset metrów pojawiały się również drogowskazy informujące o kierunku wędrówki oraz wskazujące odległość do najbliższej hutty.

A skoro o huttach mowa – one również działały bez zarzutu, nawet na dużych wysokościach i pomimo małego ruchu, zawsze była szansa na zjedzenie czegoś ciepłego, skorzystanie z toalety itp. Niektóre hutty oferowały również noclegi. Co istotne, ponieważ my byliśmy dość leniwymi podróżnymi i na szlak wchodziliśmy zwykle koło południa, w momencie dobijania do wyższych partii trasy, zdarzało się, że hutty były właśnie zamykane – bo działały np. do 16 lub 17. Zakładam jednak, że Wy jesteście bardziej zmobilizowanymi podróżnymi i nie będziecie tak późno ruszać w góry. Ja w każdym razie odradzam, bo to też zwiększa prawdopodobieństwo trafienia na burzę, na którą na pewno nie chcielibyście trafić 😉

Pogoda

Istotnym plusem Karyntii jest klimat mający w sobie dużo z ciepłego południa. Jak już na pewno wiecie z poprzednich akapitów, land ten mieści się na samym południu Austrii i graniczy z Włochami i Słowenią, które to kraje są powszechnie uznawane za ciepłe. I Karyntia również taka jest 🙂 Latem temperatury, zwłaszcza jak na góry, są tu naprawdę wysokie, ALE bez przesady. Podczas naszego wyjazdu prognozy wskazywały na średnią temperaturę ok. 27 stopni, ale odczuwalna była nieco niższa – w końcu góry dawały przyjemny chłodek. Dla mnie to były idealne warunki do odpoczynku, bo nie przepadam za upałami i skwarem.


I tak oto dobiegły końca nasze wspaniałe wakacje w Karyntii. Jestem bardzo zadowolona z tej wycieczki, choć pozostawiła mnie z tym lekkim, ale jednak przyjemnym niedosytem. Podejrzewam, że jeszcze wrócimy w te rejony i szczerze liczę na to, że przy drugim podejściu lepiej rozkminimy temat atrakcji regionu 😉 Jeśli ktoś z Was był w tych stronach i chciałby się podzielić wrażeniami lub swoimi wskazówkami, bardzo chętnie przyjmę wszelkie takie ciekawostki. Z pewnością przydadzą mi się przy planowaniu kolejnego wyjazdu!

0